Geniusz, rekordzista i reżyser, za którym nie sposób nie tęsknić
Weszło

Geniusz, rekordzista i reżyser, za którym nie sposób nie tęsknić

Dziś 36. urodziny obchodzi człowiek, za którym nie sposób nie tęsknić. Jeden z nielicznych, którzy rozgrywali mecz głową, a nie łokciami czy nogami. Kreator. Esteta. Reżyser. Gość, który pociągał za sznurki w dwóch historycznych drużynach. Akcja bez jego stempla nie miała prawa bytu. Xavi Hernandez. Dziś poświętuje zapewne nieco mocniej. Ale jak to jest nieco mocniej u Xaviego? Wypije dwie lampki wina zamiast jednej?

Wzór piłkarza oddanego pracy. W każdym jego zagraniu widać było dziesiątki tysięcy powtórzeń na treningach, każde jego podanie było wymuskane, dopieszczone do granic możliwości. Tym imponował – wiedział, gdzie zagrać piłkę i doskonale potrafił zrobić to z aptekarską precyzją. Pozostałe atuty? Wbrew pozorom miał ich niewiele. Szybkość? Nie. Siła? A gdzie tam. Gra głową? Skądże. Tytaniczna praca w defensywie? Znów pudło.

Ale to właśnie Xaviego pokazują dziś dzieciakom w La Masii i mówią: to jest wasz przykład. Macie być jak on.

Jeśliby upchać wszystkie trofea Xaviego w jednym miejscu, potrzeba by sporego pomieszczenia. Łącznie zgarnął ich… trzydzieści. Rzecz jasna to rekord w hiszpańskiej piłce. Na krajowym podwórku rządził ośmiokrotnie, po Ligę Mistrzów sięgał cztery razy, reprezentacyjnie jest także spełniony – dwa mistrzostwa Europy i jedno mistrzostwo świata. Indywidualnie? Złotej Piłki wprawdzie nigdy nie otrzymał (jego pech – zresztą nie tylko jego – że urodził się w czasach dwóch kosmitów), ale na liczby nie ma prawa narzekać. Zagrał najwięcej meczów w europejskich pucharach (bijąc rekord takiego kozaka jak Paolo Maldini), w występach w samej Lidze Mistrzów też nie ma sobie równych.

 

Xavi w barwach Al-Sadd

Czy mógłby jeszcze pograć w dzisiejszej Barcelonie? Pewnie tak. Jego rola z miesiąca na miesiąc była coraz mniejsza, ale od biedy by sobie poradził. Tak jak z jego brakiem poradził sobie Luis Enrique. To modelowy dowód na to, że naprawdę „nie ma ludzi niezastąpionych”. Xaviemu nie ma co się dziwić – trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. Lepsza gra w Katarze za kokosy niż siedzenie na ławce.

Chyba, że na fotelu trenera. Do zobaczenia, Xavi.

KOMENTARZE (0)

INNE SPORTY