Azerbejdżan się już skończył, ale były kluby, w których za jeden mecz dostawałeś więcej niż za miesiąc w Polsce…
Weszło Extra

Azerbejdżan się już skończył, ale były kluby, w których za jeden mecz dostawałeś więcej niż za miesiąc w Polsce…

O azerskich klubach, do których przydzielone zostały największe państwowe firmy i federacji, która działa według własnego widzimisię. O Cyprze, na którym panuje luzik arbuzik a najczęściej słyszane słowo to „jutro”. O muzułmanach, święcie ofiarowania i obcowaniu z nimi na dłuższą metę. O wypadku samochodowym po pijaku i o piłkarskich podróżach. Zaparzcie herbatę i zapraszamy do lektury. Bardzo długi wywiad z Pawłem Kapsą.

Ile zarabia się w Azerbejdżanie?

2-3 razy więcej niż w Polsce.

To jest kosmos.

Mówię o klubach, w których grałem, a Simurq to był ligowy średniak. W Gabali na przykład jedna premia meczowa była większa niż miesięczne zarobki w Polsce. Wygrywasz jeden mecz z ostatnią drużyną w tabeli i masz lepiej niż za miesiąc grania w kraju. Jest różnica? Jest.

Zastanawiało mnie, jak podejdziesz do swojej gry w Azerbejdżanie. Czy będziesz czarował, że to ciekawy kierunek, nowe doświadczenia, czy powiesz wprost – pojechałem tam dla kasy.

No przecież nie będę nikogo oszukiwał. Wiadomo, że to był główny czynnik. Ale po 2,5 roku mogę powiedzieć, że gdyby utrzymał się poziom sportowy, mógłbym tam grać nawet na gorszych warunkach.

Jakie miny robią twoi znajomi, kiedy mówisz, że grałeś w Simurqu Zaqatala? Nawet nie umiem tego wypowiedzieć.

Simurg Zakatala, dobrze czytasz. No… raczej zdziwione. Nikomu to nic nie mówi. Ja też jechałem tam z duszą na ramieniu. Wiedziałem tyle, co poopowiadał mi Marcin Burkhardt. Mówił, że wszystko jest w porządku. Poziom, trener, piłkarze – raczej wszystko zachwalał. A ja nie chciałem mu wierzyć. Siedziałem w internecie i czytałem wszystko o kraju, o klubie. Podglądam chłopaków, którzy tam wtedy grali i mówię: „nie no, dużo jest tu obcokrajowców, spróbuję. Pojadę na zgrupowanie do Turcji i podejmę decyzję”.

Czego się najbardziej obawiałeś?

Najbardziej ciekawiło mnie, na jakim oni są poziomie. Zremisowaliśmy w pierwszym sparingu z Dila Gori, a to nie były jakieś ogórki, grali wtedy w Lidze Europy. Drugi mecz ze Spartakiem Nalczik, przegrywamy 0:1, ale po normalnej grze, jak równy z równym. Myślę sobie: „wcale nie jest tak źle”.

Decyzję podjąłeś nie widząc na własne oczy kraju, do którego jedziesz.

Strach był niesamowity. Jak to wszystko wygląda, co ja tam zastanę? Polecieliśmy do Azerbejdżanu prosto z Turcji, jeszcze w międzyczasie musieli mi na szybko wyrobić wizę. Lądujemy w Baku, a tam pełen blichtr. Wszystko złote, wszystko się błyszczy. Takie rosyjskie podejście. Im więcej świecidełek, tym fajniej. Droga z lotniska do hotelu – super. Europa pełną gębą. Na miejscu dowiedziałem się, że stadion w Zaqatali jest w remoncie, więc przez rok będziemy grać i mieszkać w hotelu w Baku. Czyli czekało nas takie całosezonowe zgrupowanie, z tą różnicą, że z żonami. Raz mecz u siebie graliśmy na obiekcie Interu Baku, parę razy na Karabachu czy Nefczi. Aż do czasu. Przegraliśmy jakiś mecz, przyszedł do nas prezydent i powiedział, że… wracamy za karę do Zaqatali.

Jak to za karę?

Normalnie, za karę. Azerbejdżan jest pod tym względem bardzo specyficzny. U nich każdy chce mieszkać w Baku. U nas miasta ze sobą konkurują, czy to Wrocław, Kraków czy Warszawa – wszędzie da się żyć na takim samym poziomie. A tam – przepaść. Baku i długo, długo nic. Widzę po Azerach, że są na serio załamani. My, obcokrajowcy, nie bardzo wiemy, o co chodzi. Jedziemy, czuć w drużynie takie napięcie, wysiadamy i… o Jezu, dramat.

Aż tak źle?

No może przesadziłem. Miasteczko – tak na oko – ze dwadzieścia pięć tysięcy mieszkańców. Ani ładne, ani brzydkie. Tuż za miastem góry. Pytamy, co za tymi górami jest. – Tam? Tam to już tylko terroryści. Masakra. Każdy z nas dostał domek. Z Adamem Banasiem później śmialiśmy się, że trafiliśmy na wczasy agroturystyczne do ośrodka „Jarzębina”. W jednym domku trener, w drugim asystent, w trzecim doktor. Cały klub razem obok siebie.

 kapsa 3 domek

W takich domkach mieszkał Simurq Zaqatala

Zupełnie jak na koloniach. Z jednej strony to musiało być pozytywne dla integracji, z drugiej – drużyna może się udusić we własnym sosie. Czasem pewnie chciałoby się odpocząć od tych twarzy.

Atmosferę generalnie mieliśmy super. Na tylu grillach, co wtedy, to chyba przez całe życie nie byłem. My, obcokrajowcy, trzymaliśmy się razem, Azerowie byli w tej drużynie gdzieś na uboczu. Oni w ogóle dziwni są. Można z nimi pogadać, ale raczej chodzą swoimi ścieżkami. Kiedy widzisz przez pół roku jedne i te same twarze, przebywasz z nimi praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę – musisz się zżyć. Obcy kraj, dużo wolnego czasu, malutkie miasto… Powiem tak: jakby nie było dobrej atmosfery to pewnie popadłbym w depresję albo inne nałogi.

Nie patrzyłeś z zazdrością na chłopaków w Polsce? Z jednej strony – ty byłeś ustawiony finansowo. Z drugiej – oni mieli większy splendor, otoczkę, zainteresowanie.  

Nie, bo nie grałem w słabej drużynie. Wiem, że to tylko sparingi, ale graliśmy z Besiktasem, z Olympiakosem i wcale nie widziałem, żebyśmy bardzo odstawali. Okej, przegraliśmy, ale nie byliśmy chłopcami do bicia, nie biegaliśmy za piłką. Poziom ligi był niezły. Brakowało mi – jasne – tych stadionów, tego poczucia, że mecz to święto, wydarzenie. Dwadzieścia kamer, wywiady, kibice. W Azerbejdżanie był jeden gość kręcący mecz – w cudzysłowie – komórką. Ostatnio się to trochę zmienia, weszła do ligi turecka telewizja, ale i tak medialność jest nieporównywalna. Miałem w drużynie kilku chłopaków, którzy z Karabachem wyeliminowali Wisłę z pucharów. Są oczarowani polskimi stadionami, publicznością, mediami, tego nam zazdroszczą. Ale piłkarsko? „Eee, spokojnie ich przeszliśmy” mówią. A ciebie to boli, bo przecież wiesz, że tamta Wisła wygrałaby ligę azerską bez najmniejszego problemu.

W Azerbejdżanie na mecze chodzi po pięćset widzów, mimo że wejściówki są za darmoszkę.

Najgorsza frekwencja jest paradoksalnie w Baku. Za moich czasów ze stolicy było siedem na dziesięć drużyn. Pojechaliśmy na AZAL a tam dwudziestu widzów. Żony piłkarzy, dzieci i ci którzy akurat mieszkali obok. Na Neftczi – pięćset osób. Trudno się dziwić, skoro w Baku w promieniu pięciu kilometrów jest kilka stadionów. Inter znalazł na to sposób – płacił dzieciom po pięć manatów, czyli w przeliczeniu jakieś dwadzieścia złotych, żeby przyszły na mecz i dopingowały.

Jakie to uczucie, kiedy jedziesz na taki mecz, na którym są same puste krzesełka? Chce się w ogóle grać?

Sparing. Jak masz fajną drużynę i wiesz, że jesteś faworytem, to jakoś to przeżyjesz. Wieczorem, przy światłach, dało się grać. Ale najgorzej jak mecz wypadł o czternastej… Niektóre kluby kibica były sponsorowane. Klub opłacał autokary, posiłki i dawał jakieś pieniądze gratis, a oni jechali na mecz. Przynajmniej nie było mowy o żadnych burdach.

Wiesz, w pracy byli. Nikt w Azerbejdżanie się nie zreflektował, że pompują w ten biznes niesamowite pieniądze, a zyski z tego są praktycznie żadne? Skoro ludzie nawet za darmo nie chcieli przychodzić na mecze, to trudno powiedzieć, żeby piłka obchodziła tam kogokolwiek.

Ale piłka nie jest dla Azerów! Tak samo jak ostatnie Igrzyska Europejskie, one nie były dla tamtejszych ludzi. Azerowie mówili, że poszło na to dwanaście miliardów dolarów. Sam stadion lekkoatletyczny na siedemdziesiąt tysięcy miejsc, który teraz będzie stał pusty, kosztował miliard. Chcą pokazać Europie, że są Dubajem. Wszystko ma być złote, musi się świecić.

Zastaw się, a postaw się.

Tam nie robi się remontów. Burzy się i buduje nowe. Żona prezydenta jest honorowym prezesem federacji gimnastycznej, więc zrobili salę gimnastyczną na piętnaście tysięcy. Widziałeś kiedyś tyle osób na gimnastyce? Przecież to niepojęte. Ale azerska piłka już się kończy. Cena ropy spada, nie ma już takich pieniędzy, jakie były wcześniej.

Widać to choćby po Simurqu. Przez długi czas było bardzo dobrze, a klub nagle po prostu upadł.

Wpływy z ropy były coraz mniejsze, zaczęły się machlojki, w afery zamieszany jest prezydent klubu… Nie wiem, czy już siedzi, czy jeszcze jest poszukiwany. Sponsor FK Baku też jest ścigany przez policję. Inter już nie płaci jak dawniej, Neftczi – tak słyszałem – przegrało jakąś sprawę w FIFA z Mpenzą, musi mu wypłacić milion czy dwa. Nie wygląda to za dobrze. W Simurqu do końca udawali, że wszystko jest okej. Parę ostatnich pensji nie dostałem i chyba już ich nie odzyskam.

Nie będziesz próbował?

Rozmawiałem z prawnikami, ale wszyscy mi mówią, że to nie ma sensu. Nie ma się z kim sądzić. Komu sędzia może nakazać spłatę zaległości? Klub formalnie już nie istnieje. Zmienił nazwę i teraz gra już w drugiej lidze.

Jedno upada, na gruzach rodzi się coś nowego, na tej zasadzie.

Dokładnie tak, zmienili nazwę na FK Zaqatala, zmienili kolory, koniec. Szukaj wiatru w polu. Z Simurqiem sobie odpuszczę, ale boli mnie to, co się działo w Lenkoranie i z nimi będę walczył do samego końca. Podpisali ze mną kontrakt a później wyszło na jaw, że mają zakaz transferowy. Mówię im, że w porządku, skoro już podpisaliśmy a nie możecie mnie zgłosić do gry, to wolałbym odejść. A oni, że nie, bo w ciągu dwóch tygodni dostaną zgodę na potwierdzenie nowych zawodników – w takim zawieszeniu byłem nie tylko ja, ale ponad pięciu piłkarzy – i musimy czekać. Odwoływali się do CAS-y, ale wiadomo, że to nie trwa dwa dni. Oni wysyłają te pisma a ja siedzę i nie mogę grać.

Nie wiedziałeś, że mają zakaz transferowy?

Podpisałem z nimi kontrakt pierwszego lipca, a oni nie zarejestrowali mnie od razu tylko czekali do końca lipca aż wygrają sprawę w CAS. Twierdzili, że na sto procent się uda i mnie zarejestrują pod koniec miesiąca. A w najgorszym razie – pod koniec sierpnia, bo do tego czasu obowiązywał zakaz. Ale po drodze wyszły jeszcze inne sprawy i zakaz został przedłużony. Najgorsze było ich nastawienie – żyli tym, że kiedyś tam wygrali jakąś sprawę z FIFA i byli pewni, że tym razem też pójdzie gładko. Mówię im: „no to chociaż mnie wypożyczcie na te pół roku”. „Nie, wygramy”.

Kilku zawodników na kontraktach, ale żaden z nich nie może grać. Burdel na kółkach.

Organizacyjnie leżeli. Sprawy były w toku. Oni byli pewni, że je wygrają. No ale… przegrali. Przyszło pismo, że zakaz transferowy jest utrzymany do pierwszego stycznia. Nie zamierzałem tyle czekać na granie.  Za chwilę przestali płacić. Gdybym jeszcze mógł grać a nie byłoby pieniędzy – jakoś bym to przeżył. A tak? Nie wytrzymałem. Po trzech miesiącach zerwałem kontrakt z winy klubu.

Nie płacili ci na złość, bo chciałeś odejść?

Za chwilę zaczęły wypływać jeszcze inne sprawy. Wiesz, oni też nie dostali tego zakazu za nic, mieli milionowe zaległości. Jak zaczęli spłacać dawnych piłkarzy, brakowało dla obecnych. Sponsor przestał wykładać taką kasę jak wcześniej, no i zaczęły się kłopoty.

kapsa1

Drużyny często mobilizują się przy problemach finansowych – widzieliśmy to chociażby w przypadku Polonii Warszawa – i paradoksalnie wykręcają wyniki ponad stan. Wasze piąte miejsce może to potwierdzać.

Obcokrajowcy – tak, starali się. Ale Azerowie? W życiu. Oni byli rozpieszczeni. W lidze był taki przepis, że musiało grać co najmniej czterech Azerów. A to ich ustawiało. Czemu żaden Azer nie jedzie za granicę? Bo nigdzie lepiej miał nie będzie. W Azerbejdżanie jest – powiedzmy – trzydziestu azerskich piłkarzy, którzy reprezentują jakiś tam poziom. Reszta – niedobitki, młodzieżowcy. No to jak w każdym zespole musi grać czterech, to oni się o nich zabijają. Karabach wziął najlepszych reprezentantów, Neftczi i Lankaran zgarnęli kolejnych, a reszta… walczyła. Obcokrajowców miałeś do wyboru tysiące z całego świata, a liczba Azerów była mocno ograniczona, więc dostawali, ile chcieli. Padały pensje z kosmosu. Ja jak już się jakiś dostał do reprezentacji, to przejechał na nazwisku długie lata. U nich musi być gotówka w portfelu i nie ma dyskusji. Dwa pierwsze mecze w Simurqu, zwycięstwo i remis, a Azerowie już zaczynają knuć, już im się nie podoba. Pytamy, o co chodzi. „No jak to, dwa mecze i jeszcze nie ma premii? Jak tak może być?!”. A wszystko było przecież na czas! Dla mnie to był szok, a przecież pojechałem tam świeżo po Cyprze, gdzie przyzwyczaiłem się do obsuw. Tam, wiadomo, co chwilę słyszysz „αύριο, αύριο”, czyli „jutro, jutro”.

To pewnie pierwsze słowo, które poznałeś na Cyprze.

No tak (śmiech). U nich „jutro” to nieokreślona daleka przyszłość. Na koniec sezonu byłeś na zero. Ale w trakcie… Zdarzało się, że nie płacili trzy miesiące, a za chwilę dostałeś pensję na dwa miesiące do przodu. Nigdy nie wiedziałeś, kiedy dostaniesz pieniądze i ile. Taka mentalność. Tylko APOEL płacił na czas. Podobno wzięła się za nich FIFA i teraz to wygląda lepiej. Spóźniają się – dostają karę. I mogą w jednym okienku kupić tylko pięciu piłkarzy, bo wcześniej w pół roku wymieniali całe drużyny. Nie mam pojęcia, czemu to miało służyć. Idzie, masz trzecie miejsce, a w okienku przychodzi dziesięciu nowych. Co mi się podobało: trening był tylko przygotowaniem do meczu, a nie wyznacznikiem twojej formy. Na dobrą sprawę mogłeś nie trenować cały tydzień. Rozliczany byłeś na podstawie meczu.

Różnie zawodnicy reagują. Przy takim systemie trzeba założyć, że piłkarz świadomie prowadzi swoją karierę. Niektórzy jak nie czują bata nad sobą to się luzują.

Ja jak nie popracuję w tygodniu to się źle czuję. Ciężej harowałem w poniedziałek-wtorek, potem trochę odpuszczałem, ale wiedziałem, czego mi potrzeba i z czym czuję się najlepiej. Na Cyprze była walka o wynik na już. Nie na jutro, nie na następną rundę. Na już. Dwa-trzy mecze i nie ma wyników – trener out. Przed meczem w Polsce są krzyki: – Kto wygra mecz?! Power, mobilizacja. A tam? Luzik, piąteczka, co tam, jak tam. Zupełnie inne podejście. Mieszkałem na osiedlu z zawodnikami Salaminy, AEK-u, Anorthosisu. Pogoda świetna, więc się nie siedziało w domu. Normalnie się widywaliśmy przed meczem – w sklepie, czy to na placu zabaw – i gadka-szmatka, od słowa do słowa szedłeś na luzie o dwunastej na kawkę z gościem, z którym o osiemnastej grałeś mecz. U nas? Zgrupowanie przedmeczowe, presja, koncentracja. Zupełnie inaczej.

W ogóle nie jeździliśmy autokarem. Każdy dostał swój samochód, dostawał tylko plan, gdzie i o której ma być. Miałeś wyznaczone: o 14 możesz – ale nie musisz – przyjechać na obiad, o 18:30 masz być na stadionie, potem – jeśli chciałeś – jechałeś na kolację w wyznaczone miejsce. Tyle widziałem trenera. W Polsce już od wtorku zaczynała się pompka. Dawaj, dawaj, bo w niedzielę mecz. A jeśli derby to już w ogóle.

Po przegranych derbach strach wyjść na miasto.

Nie mówię, że w Polsce jest gorzej. Jest po prostu inaczej. W Lechii chodziłem bardziej nakręcony, nabuzowany. Jak po pięciu Red Bullach, czasem aż za bardzo. Za granicą złapałem spokój, luz. I jeszcze to wpajanie, że liczy się piłka. Walka, zapieprzanie – tak. Ale mamy udowodnić przeciwnikowi, że lepiej gramy w piłkę, a nie że możemy mu połamać nogi. Zabraniali mi wykopywać.

Na pozór wygląda to jak Azerbejdżan – sielanka.

Wiesz, takiego luzu do końca nie było. Prezes był furiatem. Wpadał do szatni, wyzywał wszystkich, rozwiązywał kontrakty z połową drużyny. Po następnym meczu, który wygrałeś, prosił żebyś został w klubie na trzy lata, bo on ci tu da wszystko. Trener to samo – kopał, rzucał butelkami, wrzeszczał, ochroniarze go musieli trzymać, żeby nikomu krzywdy nie zrobił, a na drugi dzień cię kochał. U nich tak jest. Gorączka, zimno, gorączka, zimno. Jak wypijasz dziesięć kaw dziennie to musisz taki być (śmiech).

Finansowo jak to wyglądało?

Porównywalnie z Polską. Ale co z tego, skoro nic nie zostawało. Tam życie jest okropnie drogie. Nie było z czego odłożyć. Przedszkole dla córki – tysiąc euro. Prąd – nie dość, że ceny są kosmiczne, to jeszcze klimatyzacja musi być ciągle włączona, bo się nie da wytrzymać. 700-800 euro to norma. Życie cztery razy droższe.

Rodzina nie miała ci za złe tych ciągłych podróży?

My z żoną nie lubimy siedzieć zbyt długo w jednym miejscu, męczymy się. Córka chyba też. Jak jej mówię, że ktoś tam dzwoni i jest jakaś oferta to ona już w ciemno się pakuje. Czy to jest pełna cywilizacja czy kompletna egzotyka, szybko się aklimatyzujemy. Jak mamy jechać gdzieś, gdzie się rozwinę sportowo, przeżyjemy fajne chwile i przy okazji dobrze zarobię, to czemu tego nie zrobić?

kapsa

Najgorsze były trzytygodniowe obozy w Simurqu. Ileż można rozmawiać przez tego Skype’a? Już nawet bajkę na dobranoc czytałem córce przez internet. To już jest standard, nawet teraz jestem w Legnicy sam (rozmawiamy, kiedy Paweł był na testach w Miedzi – JB) i bajka musi być. Podróże kształcą, nauczyliśmy się języków, mamy przyjaźnie na całym świecie, kolega mnie teraz zaprasza do Brazylii i na pewno go odwiedzę. Gdybym siedział całe życie w Lechii to na pewno bym tyle nie zobaczył.

Kręci cię bardziej sam fakt poznawania czegoś nowego czy to, że za granicą można lepiej zarobić?

I jedno, i drugie. Myślę o tym, żeby po skończeniu grania w piłkę zostać trenerem. Jakim ja byłbym trenerem, zamykając się wyłącznie na Polskę? Okej, można jeździć na staże, ale tam ci wszystkiego nie pokażą. Musisz widzieć to od środka. Proste porównanie – jedziesz na wycieczkę z biura podróży do Nigerii. Pokażą ci stolicę, zwiedzisz zabytki, super. Ale nie poznasz tej kultury, jeśli z nią nie poobcujesz, jeśli tam nie zamieszkasz.

Azerbejdżan to są dwa światy. Gość, który ma sto milionów mija się na ulicy z babkami taszczącymi jakieś podróby na bazar. Wielkie Range Rovery z pojemnością 5,0 i ze złotymi klamkami wyprzedzają stare, sypiące się łady, a za chwilę muszą się zatrzymać, bo krowa przechodzi przez ulicę. Zderzenie dwóch zupełnie innych światów. Wyjeżdżasz z Baku i nagle z autostrady robi ci się droga dla konia.

Stada owiec, które są przeprowadzane przez ulice. Jedziesz autokarem na mecz i musisz przystanąć, żeby kilkanaście tysięcy owiec przeszło na drugą stronę. Albo ich toalety. Na początku to był szok. Jest dziura w podłodze i to wszystko. Teraz już zrobili normalnie sedesy, głównie dla Europejczyków, ale na początku nie wiedziałem jak się zachować.

Najbardziej ekstremalna sytuacja, którą przeżyłeś?

Święto Ofiarowania. Moja żona jest bardzo czuła na cierpienie zwierząt, musieliśmy wtedy pozamykać wszystkie okna i się zabunkrować. Przed każdym domem zabijali zwierzęta. Wiesz, żeby progi domów i ulice doznały krwi ofiarowania. Najgorsze, że nie robili tego gdzieś w szopie, w ogrodzie, gdziekolwiek. Wychodzili przed dom i obcinali zwierzętom łby. A one tak okropnie wyły… Najgorsze święto, jakie można sobie wyobrazić. W ogóle ciężko było spać przy otwartym oknie. Czwarta rano i słyszysz zewsząd ich modły, od razu się budzisz. Baku jest bardziej europejskie, ale są regiony, gdzie kobiety chodzą zakryte, plaże są podzielone, jest część męska i część damska…

Jak to?

Wchodzisz na plażę a na środku parawan. Panowie na prawo, kobiety – na lewo. Można normalnie pływać, ale kiedy chcesz przejść na drugą stronę to zatrzymuje cię strażnik. Płyniesz sobie na materacu i przecież nie zwracasz uwagi na to, gdzie wolno. No ale musisz. Na basenach podobna sytuacja – są wydzielone pory. Od 10 do 14 mężczyźni, od 14 do 18 kobiety. Nie wiedziałem o tym, wszedłem z córką na pływalnię, a tu gość za mną leci i wrzeszczy:

– Co pan robi?! Przecież nie wolno!!!
– Panie, ale ja z córką jestem.
– Trzy kobiety tam pływają!
– Przecież nie są nagie, normalnie pływają w kostiumach, poza tym ja mam żonę.
– Nie wolno!!!

W szatni także nie można chodzić nago, trzeba mieć na sobie szorty. Azerbejdżan jest zdominowany przez muzułmanów. Zdarzało się, że ktoś chodził ubrany ortodoksyjnie, ale to raczej jednostki. Kobiety mogły nawet pracować – czy to na poczcie, czy w urzędach. Czas na modlitwę to czas na modlitwę. Piłkarze jeżdżą na mecze z dywanikami. Odprawa musi być zorganizowana odpowiednio wcześniej, bo wszyscy muszą iść po niej pod prysznic, później zmówić modlitwę i dopiero wtedy mogą wychodzić na mecz. Pamiętam sytuację, że o 16 mieliśmy wyruszać na mecz, 16:05 nie ma siedmiu osób. Trener chodzi, szuka, głowi się.

– Trenerze, modlitwa.
– A no tak…

I trzeba czekać. Mieliśmy też wyznawcę judaizmu, nosił te wszystkie rzemienie, też co chwilę się modlił, byli ortodoksyjni Rumuni. Jerozolima (śmiech).

Tak szczerze: nie bałeś się funkcjonować pośród nich?

Nie, azerscy muzułmanie to bardzo w porządku ludzie. U nich w kraju jest dyscyplina, bo policjant może wszystko, więc z ich strony nie stanie ci się krzywda. Zresztą, to bardzo gościnni ludzie, nawet ci najbiedniejsi. Od razu zapraszają cię do domu, odnoszą się do ciebie z pełnym szacunkiem, mimo że jesteś obcokrajowcem. Chcą ci dać wszystko, choć sami mają niewiele.

Azerską gościnnością był zachwycony nawet Berti Vogts. Mówił: „Zanim usiądziecie, już macie w ręce kubek herbaty i owoce. Jak raz zaproszą Cię do domu, zaczynają Cię traktować jak członka rodziny”.

I ja się pod tym podpisuję. Herbata to u nich rytuał. Wypijasz po dziesięć dziennie. I to taka mocna, że jak masz problemy ze snem to lepiej jej nie pij wieczorem. Samego czaju nie słodzisz. Przegryzasz cukier i wypijasz. Wracamy z meczu, trzecia w nocy i nagle postój. „Po co, człowieku, stajesz?”, myślę sobie. „Przerwa na herbatę”, mówi mi kolega. Wszyscy wychodzą z autokaru i piją herbatę.

Nie można pić i jechać?

Nie! To rytuał! Musi być dzbaneczek, herbata fusiasta, mocna, zaparzona. Jak cię Azer zaprasza do domu to musisz iść, bo to obraza jak nie pójdziesz. Wyciąga od razu cukierki, parzy siekierę i musisz posiedzieć, pogadać. Azerowie piją ją nawet po treningu w trzydziestopniowym upale. A czaj musi być gorący, więc sobie wyobraź.

Z innej beczki – duży był dym jak w sierpniu zamordowano w Azerbejdżanie dziennikarza sportowego?

Cały Azerbejdżan tym żył, dziennikarze byli bardzo cięci na piłkarzy, przez cały miesiąc pisali tylko o jednym. Javid Husejnow, który podobno zlecił to zabójstwo, siedzi teraz w więzieniu.

Opowiedz jak to było, widziałeś, co się działo w kraju z bliska.

Wiem tyle, co powiedzieli mi Azerowie, Husejnow też był reprezentantem, i to takim grubym, etatowym. FK Gabala grała mecz z Apollonem Limassol, a musisz wiedzieć, że Cypryjczycy mają z Turkami konflikt, za to Azerowie żyją z nimi jak bracia, nasza przyjaźń z Węgrami to przy tym nic. No i ten piłkarz po meczu założył na siebie turecką flagę i biegał po stadionie, podburzając tym samym kibiców. A na Cyprze – wiadomo – nie dość, że przegrali, to jeszcze doszła do tego ich gorąca mentalność. Kibice zaczęli wbiegać na murawę, zrobiła się niezła awantura. Jakiś dziennikarz skrytykował potem to zachowanie, no i Husejnow ponoć zlecił karkom, żeby z nim pogadali.

Aż strach pracować na Weszło!

Musicie się pilnować! (śmiech) Nie no, jesteśmy cywilizowanym krajem. Jak ktoś ze mną jedzie to przecież wiem za co. A tamci tak się rozmówili, że dziennikarz trafił do szpitala i po dwóch dniach zmarł. Bilingi, nie bilingi, zaraz wszystko wyszło. Dziennikarze solidarnie jechali po piłkarzach, że im odwaliło, że się uważają za Bogów. Sprawą zajęło się ministerstwo i podobno nie było mowy o żadnym polubownym rozwiązaniu i trzeba było potraktować tego Husejnowa na ostro, wręcz na pokaz.

Dziennikarze jak na to zareagowali?

Zaczęły pojawiać się krytyczne teksty o azerskich piłkarzach – że zarabiają nierynkowe kwoty, a nic z tego nie ma, bo jeszcze nic nie wygrali, nigdzie się nie pokazali. Że pływają w luksusach, a umiejętności zupełnie tego nie odzwierciedlają. Piłkarze od razu się zbuntowali, że teraz nie będą udzielać wywiadów i takie tam. Typowy konflikt.

1311094026_kapsa

Mówi się, że ekstraklasa przyjmie z otwartymi ramionami każdego…

Ja chyba byłem w za bardzo egzotycznym kraju.

Masz dobre wspomnienia, ale w CV trochę ci nabrudził.

Jeśli teraz myślę o powrocie do Polski to mam ciężej po Azerbejdżanie. Gdybym wyjechał przykładowo do Grecji, nawet na ławkę – miałbym łatwiej.

Wyjechałeś w wieku 29 lat, zagrałeś 91 meczów w ekstraklasie. Szału nie ma.

No nie ma. Dolicz do tego setkę meczów w innych ligach i już jest lepszy bilans. Tam cały czas grałem. Nie wyjechałem za granicę jako turysta, nie siadłem na ławce, poza tym epizodem w Chazarze.

Bardziej spełnienie czy bardziej rozczarowanie?

Wiadomo, że raczej nie spełnienie. Ale nie rozpamiętuję, to nie ma sensu. Mógłbym teraz się zastanawiać, co by było, gdyby KSZO nie zawołało za mnie kosmicznej sumy, kiedy jako osiemnastolatek byłem na testach w Hannoverze. Miałem też oferty z ligi rosyjskiej, ale wszyscy pukali się wtedy w głowę: co ty, kto dzisiaj jeździ do Rosji? Można było te sukcesy z juniorów pociągnąć dalej.

O ile twoja kariera wyhamowała przez wypadek?

No trochę wyhamowała… Z Widzewa, który niezależnie od tego, w której grał lidze, był niepodważalną firmą, musiałem wrócić do KSZO.

Opowiesz o nim?

A muszę? To nie jest dla mnie przyjemny temat.

Ale po latach pewnie podchodzisz do niego na chłodno.

Było tak: trening, po treningu sauna, a w saunie – wiadomo – piwko. Potem pojechaliśmy do jakiegoś lokalu, poszło w ruch kolejne piwko lub dwa, już nie pamiętam. Siedzimy, gadamy, nagle przypominam sobie, że przecież mam psa i trzeba z nim wyjść. Nie miałem daleko do domu. Pomyślałem, że pojadę do domu, zostawię samochód pod blokiem, przespaceruję się z psem i wrócę do baru już taksówką. Później ludzie mi nie wierzyli, że musiałem wyjść z psem. Serio, tak było.

Wierzę, sam mam psa, to normalne, że trzeba z nim wyjść.

Zostawiam samochód, wyprowadzam psa, pies się załatwia, wsiadam w taksówkę i wracam do lokalu – taki był plan. Uwierz mi, jechałem mega ostrożnie. Trzydzieści na godzinę, wszystkie siły skupiałem na drodze. Pełna koncentracja. Żółte światło – od razu zwalniam. Przejście dla pieszych – puszczam wszystkich, czekam nawet jak ktoś tylko przymierza się do pasów. Zielone, ruszam i nagle nawalony gość wpada mi zza tramwaju na maskę. Ja byłem podpity, ale on był mega zrobiony. Całe szczęście, że nic poważnego się nie stało, skończyło się na pękniętej nodze. Według akt sądowych miałem na liczniku 34 km/h. Przyjeżdża policja, ja się do wszystkiego przyznaję i nagle cała marka, którą sobie wypracowałem, pada jak domek z kart. Zaczynam od zera. Już nie jestem Pawłem Kapsą, ale Pawłem K.

Człowiek czasem potrzebuje takich momentów, żeby wyciągnąć jakąś lekcję. Ty wyciągnąłeś?

Wziąłem się za siebie. Zacząłem zasuwać i stałem się pełnym profi.

A wcześniej?

Na treningach zawsze dawałem z siebie maksa.

A po?

Jak to młody człowiek, różnie bywało. Popełniałem te same błędy, co inni dwudziestoparolatkowie, którzy w młodym wieku mają za dużo kasy i odnoszą sukces. Karnawał trwał za długo.

Zapytam raz jeszcze: o ile wyhamowała przez ten wypadek twoja kariera?

Może o nic? Może gdyby coś takiego się nie wydarzyło to wszystko poszłoby jeszcze dalej, aż do momentu, w którym nie miałbym żadnych hamulców? Może Widzew awansowałby do ekstraklasy a ja byłbym kluczowym zawodnikiem? Trenowałem w Łodzi pół roku, ale nie byłem brany pod uwagę przy ustalaniu składu. A to dla młodego piłkarza mega dużo czasu. Dochodzi do tego frustracja, w człowieku się gotuje. I tak jestem wdzięczny, że nie wywalili mnie od razu, ale dali możliwość treningu, to też ważne. Jak trenujesz samemu – fizycznie jesteś gość, na badaniach wszystko wychodzi super. Ale to jest coś zupełnie innego, kiedy trenujesz z drużyną.

Żeby była jasność – ja nigdy nie wpadłem w żadne nałogi. Kiedyś było inaczej, teraz piłkarze mają inną świadomość. Wchodzę do szatni Miedzi a tam po treningu wszyscy mają jakieś ciasteczka, sałateczki, opowiadają o tym, co warto zjeść. My biegliśmy przez karierę bez mapy. Żyliśmy w przekonaniu, że im więcej ciężarów podniesiemy na siłowni, tym lepiej. Inne czasy. Teraz my – starsi piłkarze – też możemy z tego czerpać, przedłużać sobie karierę. Na pewno chciałbym jeszcze zagrać w ekstraklasie.

Ale też nosi cię po świecie.

Wiesz, ja nie wykluczam żadnego kierunku. Grałem w drużynie z Czechem, którego kolega grał w Indiach. Tam sezon trwa trzy miesiące. Jesteś w polskiej ekstraklasie i dogadujesz się na zwolnienie na trzy miesiące i jesteś w dwóch ligach na raz. Ciekawa opcja. Azerbejdżan nauczył mnie jednego: w piłkę gra się wszędzie, na całym świecie. Weźmy taką Tanzanię. Pomyślałbyś, że tam grają na poważnie w piłkę? Sparowaliśmy kiedyś z mistrzem tanzańskiej ligi i było 2:2. Okazało się, że nie przyjechali goście bez nóg. Albo Iran – mają swój zamknięty świat, a mimo to poziom jest o wiele większy, na stadiony przychodzi po 90 tysięcy ludzi. Miałem kiedyś ofertę z irańskiej ligi, ale wtedy odpuściłem. Bałem się. Marco Paixao – mieszkaliśmy na Cyprze w jednym bloku – grał tam przez jakiś czas, ale jego opowieści wcale mnie nie zachęciły.

A inna egzotyka?

Jakby kiedyś trafił się jakiś Kazachstan czy Tajlandia… Czemu nie?

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

KOMENTARZE (0)