Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Ostatnie tygodnie minęły mi na wielogodzinnych dyskusjach z ekspertami śledzącymi wnikliwie wszystkie najsilniejsze zagraniczne ligi. Trwoniąc godziny przed rodzimą Ekstraklasą i w dość czasochłonnych podróżach za moim trzecioligowcem czasem ciężko ogarnąć jednocześnie to, co dzieje się u Zlatana, jednocześnie nie tracąc z oczu Bellarabiego i kolejnego udanego występu Dimitriego Payeta.

Nie będę się tutaj użalał nad swoim losem, chociaż gole w Transfermarkcie zliczam już szybciej niż słynny dział skautingu jednego z polskich klubów, a od internetowych dyskusji na temat roku 2015 w wykonaniu Krychowiaka wytarła mi się litera „k” na klawiaturze i to nie tylko dlatego, że w nazwisku naszego pomocnika występuje aż dwa razy. Jasne, to dość duże wyzwanie ustalić, czy wyżej powinien się znaleźć wykręcający chore liczby w lidze ukraińskiej Alex Teixeira czy jednak podstawowy obrońca Juventusu, mistrza Włoch i finalisty Ligi Mistrzów, Leonardo Bonucci. Jak wysoko „wycenić” sukcesy w Copa America? W Pucharze Narodów Afryki? Ile dał Barcelonie Rakitić, ile dał Bayerowi Leverkusen Calhanoglu? Może i są tam rzeczy, które w drodze dyskusji można by było zmienić. Ale na pewno – w przeciwieństwie do zagranicznych tytułów z podobnymi rankingami – nie znajdziecie u nas Ribery’ego, który zagrał w 2015 roku dziewięć meczów.

Skoro już ustaliłem, że nie będę się żalił, a jednocześnie postaram się uniknąć przesadnego wychwalania dobrej roboty, jaką wielu ludzi wykonało wokół tego rankingu – czas na moim zdaniem kluczowy wniosek. Wszystkie dyskusje przy nim bledną. To właśnie on powinien się wysuwać jako motto, jako myśl przewodnia takiego zestawienia najlepszych zawodników. Mianowicie: za nami cholernie, nieprawdopodobnie udany, romantyczny i obfitujący w kapitalne mecze rok.

Sami wiecie, że nie jestem fanem Barcelony, najbardziej traumatycznym przeżyciem tego sezonu było dla mnie ich zwycięstwo nad Juventusem, jako rodzaj nokautującego ciosu po tym, jak moim zdrowiem psychicznym zachwiała porażka Realu w półfinałowym dwumeczu w Lidze Mistrzów. W tym świetle im wyżej w rankingu, tym boleśniej – bo przecież nawet najbardziej zajadły przeciwnik Katalończyków nie podważy maestrii Busquetsa, nie podważy przydatności Daniego Alvesa, wreszcie nie będzie na siłę próbował wepchnąć na podium kogokolwiek spoza wielkiego tercetu z Barcelony. Tak, bolało przypominanie, że Messi i spółka wygrali w tym roku niemal wszystko, co mieli do wygrania, ale… za ich plecami działy się rzeczy cudowne.

– Leicester City, który wepchnął do setki dwóch koksów znikąd, którzy do niedawna wycierali szatnie na jakichś prowincjach – to oczywiste.
– Kevin De Bruyne, facet, który przebił wszystkich graczy Barcelony w liczbie asyst w 2015 roku – co za historia, co za gość.
– Robert Lewandowski, który dociera niemal na sam szczyt, startując z pozycji faceta niechcianego przez Legię, a następnie wyszydzanego w Dortmundzie.
– Grzegorz Krychowiak, jakiś szurnięty perfekcjonista, który pewnie przeliczałby nawet liczbę płatków, które wrzuca do mleka (gdyby nie fakt, że pije tylko wodę).
– DWÓCH Polaków w rankingu i to nie jest żadne naciąganie po znajomości.
– mnóstwo utalentowanych, młodych zawodników, którzy zachwycają nie tyle morderczą wydolnością i szeroko pojętą motoryką, ale przede wszystkim finezją, nieszablonowym podaniem, nieoczywistym dryblingiem i ogólnie wszystkim tym, za co kochamy piłkę.
– Aduriz właściwie w pojedynkę rozmontowujący Barcelonę.
– wyśmienite (no, niemal…) zakończenie pięknej przygody Pirlo i Teveza z Juventusem.

I można tak wymieniać dalej. Właściwie każda pozycja w rankingu to kilkanaście ciepłych skojarzeń, kilka historii, które warto opowiedzieć, warto przypomnieć. Chile, które ograło Argentynę, wszystkie te fantastyczne zagrania Jamesa Rodrigueza czy Mesuta Ozila… Naprawdę, warto to przeczytać choćby po to, by jeszcze raz przeżyć ten 2015 rok. Rok w piłce nożnej naprawdę przeuroczy, zresztą już drugi z rzędu. Albo ja dziecinnieję, albo ten futbol staje się coraz piękniejszy. Czego dowodem jedna ze świeżynek, Theo Walcott.

Rety, jaka ta piłka cudowna.

***

Skoro już jesteśmy przy rzeczach miłych – w sobotę odbyła się VIII pielgrzymka kibiców na Jasną Górę. Jak zwykle pewnie większość skupi się na tym, że ksiądz powiedział dwa słowa o polityce za dużo, a jakiś anonimowy Sebastian miał dresy i niestosowną koszulkę. Byłem tam jednak już piąty raz i jestem naprawdę zbudowany rosnącą świadomością w naszym środowisku. Pamiętam, jak kiedyś wielu obawiało się, czy patriotyzm koszulkowy nie zostanie na koszulkach. Patrząc na zapełnione aule podczas prelekcji, na dyskusje prowadzone w wielu miejscach Częstochowy – wśród tych ludzi, którzy tam się znaleźli, raczej nie ma obaw. Po hucznych obchodach rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego, nagłośnionych w wyjątkowy sposób przez środowisko piłkarskie, to kolejny sygnał, że kibice nie zamknęli się w wygodnym kręgu wzajemnych pochwał dotyczących modnych czapek z Żołnierzami Niezłomnymi.

Symbole na koszulkach rokrocznie zmieniają się w realne czyny, co zapewne potwierdzą działacze Stowarzyszenia Odra-Niemen czy same rodziny na Kresach wspomagane przez fanatyków z całej Polski. Z dumą przypominam wywiad sprzed niemal roku z organizatorem pielgrzymki, ks. Jarosławem Wąsowiczem – W TYM MIEJSCU. I do zobaczenia za rok.

***

Zazwyczaj jestem pierwszy do rytualnego oburzania się na zdradę, gdy piłkarz odchodzi do znienawidzonego rywala, ale Kasper Hamalainen to moim zdaniem wzorzec wykonania takiego ryzykownego szpagatu z zachowaniem godności i klasy. Nie przypominam sobie całowania herbów. Nie przypominam sobie pogadanek o tym, jak w Lechu spędzi resztę życia. Ba, dość jasno postanowił i poinformował z wyprzedzeniem, że nowego kontraktu z „Kolejorzem” raczej nie podpisze. Że do Legii? Cóż, pewnie wyboru na tej półce finansowej nie było. Najemnik – okej. Ale najemnika i zdrajcę dzieli jakieś kilkanaście pięter na skali od zera do totalnej pogardy.

***

Cieszy mnie, że manifestacje Komitetu Obrony Demokracji i towarzyszące im hasła dotyczące wolności słowa stają się sztywnym elementem w kalendarzu wielu oddanych aktywistów. Mam nadzieję, że gdy po przerwie zimowej wrócą rozgrywki Ekstraklasy w wyliczance zarzutów wobec władz wszelkiej maści członkowie KOD-u wspomną o próbach cenzurowania trybun przez różne Komisje Ligi i tym podobne. Ha, to by był dopiero zwrot akcji. Tomasz Lis rzucający wiązanki w kierunku organów dyscyplinarnych środowiska piłkarskiego, by obronić prawo fanatyków do rozwieszania haseł pokroju „stop islamizacji Europy”.

Kończąc równie optymistycznym akcentem – raduje serce także powrót z emigracji policji w Kolonii, która po okresie urlopowym wróciła już do ogarniętego bezprawiem miasta i ostro obeszła się z manifestującymi przeciw przemocy seksualnej. Niedawne wydarzenia w tym mieście stawiały w wątpliwość ich profesjonalizm, a może nawet istnienie, ale już wszystko jest w porządku.

Są, istnieją, mają się dobrze. Manifestanci (do których zresztą sympatii nie czuję) z pewnością to potwierdzą.

KOMENTARZE (0)