Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Kibice Lecha zdenerwowali się – tak to łagodnie określę – na Hamalainena. To ich oczywiste prawo.

A prawem Hamalainena było zmienić klub na taki, który zaoferował mu lepsze warunki.

To Fin. Pisząc, że Fin, nie chodzi mi o to, że obcy, że najemnik itd. To oczywiście również. Trudno od obcokrajowców wymagać dożywotniego przywiązania do barw klubowych, dla nich zazwyczaj to tylko kolejne miejsce pracy. Ale z Finami jest jeszcze inaczej (opieram się na własnych doświadczeniach i trzech Finach, z którymi pracowałem): to dość wycofani, zamknięci w sobie ludzie, analityczni, niezwykle zdroworozsądkowo postrzegający świat. Nie ulegają emocjom, nie za bardzo rozumieją, że dla kogoś piłka nożna to sprawa życia i śmierci, traktują futbol jako – hmm – interesujący sport. Po prostu. Oczywiście mogą wam powiedzieć, jeśli bardzo tego chcecie, że przechodzą ich ciarki z tego czy innego powodu, mogą udawać całkowicie pochłoniętych klubem. Ale to tylko poza, swego rodzaju gest dobrej woli wobec gospodarza. Coś jak mówienie, że jedzenie jest bardzo smaczne, mimo że w rzeczywistości mdłe jak cholera.

Fin nigdy nie będzie miał mentalności Serba. Nie zakocha się do szaleństwa w klubie piłkarskim, zakocha się w żonie albo w dziecku. Ale nie w klubie. Tak jak fiński bankowiec nie zakocha się w biurowej kserokopiarce.

Hamalainen w Lechu był tak dyskretnie uśmiechnięty, teraz poszedł do Legii i też jest uśmiechnięty. Jak za dwa lata – pofantazjujmy – dostałby fantastyczną ofertę z Lecha, złożoną dla jaj, to pomyślałby sobie z uśmiechem: czemu nie? Jemu po prostu nie mieści się w głowie, że dokonał jakiejś wielkiej zdrady, bo wychował się w innej kulturze, ma inną mentalność. Zapewne sądzi, że kibice Lecha piłką interesują się tylko w weekendy, bo w sumie tak powinno być. Poza tym przecież czytał, że Lewandowski przeszedł z Borussii do Bayernu i nic wielkiego się nie stało, prawda?

Można się wściekać na Bereszyńskiego – to rozumiem. Wychowanek, syn byłego piłkarza Lecha. Ale na Hamalainena? E tam. Niemądre. Oderwane od realiów życiowych. Skończył mu się kontrakt, podpisał nowy gdzie indziej. Tyle. Zmienił kolor koszulki, tak jak zmienia się kolor samochodu.

Jak przyjedzie do Poznania, to pewnie będą i gwizdy, i wulgarne przyśpiewki. Większości piłkarzy kompletnie to nie rusza. Myślę, że jego w szczególności.

Fin.

* * *

Kiedy ostatnio porównałem transfer Hamalainena z transferem Lewandowskiego, to kilka osób na mnie naskoczyło, że to kiepskie zestawienie – bo gdyby „Lewy” przeszedł do Schalke, dopiero wtedy byłoby adekwatne.

No to teraz się narażę. Trudno.

Lech zawsze był rywalem Legii, jednym z tych większych. Ale dopiero w ostatnich latach ta rywalizacja naprawdę stała się interesująca także dla Warszawy, ponieważ „Kolejorz” wybił się na jedynego mocnego rywala (tak sportowo, jak kibicowsko – reszta skapcaniała). Gdyby jednak cofnąć się w czasie, jest wiele klubów, które wzbudzały na Łazienkowskiej większe emocje. Górnik, potem Widzew, potem Wisła… Teraz jest Lech, ale nie postrzegam walki Legii z Lechem jako jakiegoś odwiecznego klasyku. Póki co w historii naszej ligi to ledwie świeży epizod.

Pamiętam jak razem z Pawłem Mogielnickim, założycielem 90minut.pl, jechaliśmy na mecz do Poznania. To chyba była końcówka lat dziewięćdziesiątych. Przesiadaliśmy się wtedy w inny pociąg, w Koninie, żeby nie przyjechać tym z Warszawy na stację Poznań Główny. To dlatego, że na peronie stał komitet powitalny i mówił: „dokumenty proszę”. Adres zamieszkania Warszawa był oczywistym powodem do oklepu. A nas takie atrakcje nie interesowały.

Zmierzam do tego, że odkąd pamiętam była tam niesamowita wrogość, moim zdaniem daleko większa niż w drugą stronę. Kibice Legii nigdy nie interesowali się Lechem w tym stopniu, w jakim Lech interesował się Legią. Jak najbardziej pasuje mi więc to do zestawienia Bayernu i Borussii.

* * *

Takie „zdrady” to też sól futbolu, emocje, których nie gwarantują żadne gole i żadne dryblingi. Kiedy jeszcze byłem kibicem i faktycznie robiło mi różnicę, kto gdzie gra, miałem niewyobrażalny żal do Macieja Szczęsnego. Pamiętam do dziś mecz Widzew – Legia, niesamowicie liczny wyjazd kibiców z Warszawy. Chyba ze cztery tysiące ludzi!

Zrzut ekranu 2016-01-09 o 12.29.43W pierwszej połowie Szczęsny grał w bramce od strony zegara, czyli blisko kibiców Widzewa. A kiedy po przerwie zmienił stronę… Oj, działo się. W jego pole karne poleciało chyba z pięćdziesiąt rac i kiedy tylko gasły, wrzucano kolejne. I kolejne, i kolejne. Mecz przerwany na długo. Po stadionie niosło się tylko: „Szczęsny pedał, Legię sprzedał”.

Po latach złość mija, poznajesz argumenty drugiej strony, całe tło zdarzenia, sam masz większy bagaż doświadczeń. Wiesz, że po prostu różnie bywa. Czasami człowiek robi komuś celowo na złość, aby się odegrać za faktyczne bądź urojone krzywdy. Albo chce zmienić pracę na taką, by mieć dalej blisko do domu, ponieważ generalnie bardziej niż herbem na koszulce przejmuje się katarem dziecka. Mnogość argumentów i ludzkich charakterów jest tak wielka, że po prostu machasz na to ręką.

Szczęsny odszedł i został znienawidzony. Michalski odszedł razem z nim i nikogo to nie wzruszyło. Podbrożny przeszedł z Lecha do Legii i stał się wrogiem numer jeden, ale już Maciej Murawski czy Adam Majewski pokonali tę samą drogę i nie mieli z tego powodu wielkich nieprzyjemności. Pogmatwane to wszystko. A pamiętacie zdradę poczwórną? Łapiński, Citko, Siadaczka i Wojtala w Legii. To dopiero!

W całej sprawie Hamalainena irytuje mnie jedno.

Najpierw pisano, że żonie się Poznań nie podoba (moim zdaniem bardzo ładne miasto). Potem przeczytałem w GW, że podoba się jej Warszawa (też ładne miasto). No dobra, miasta miastami, ale nie róbmy z tego piłkarza takiego totalnego pizdeusza. Jak za pół roku żona stwierdzi, że jednak Poznań fajniejszy, bo mniejsze korki, to co: będzie chciał wrócić? Ona mu mówi, gdzie są ładniejsze parki, gdzie podają lepszą latte? Może to z nią trzeba robić wywiady? Może niech oceni jeszcze Kraków, Wrocław, Gdańsk?

Nie no… Dlaczego nie można powiedzieć, że Poznań to ładne miasto, dobrze nam się żyło, ludzie byli dla nas mili, ale Lech nie ma dość pieniędzy, by nas dłużej zatrzymać? To znacznie kulturalniejsze niż wciskanie kitu, połączone z jednoczesnymi szpilkami w miasto, na którego wygląd pracowały całe pokolenia.

I bardziej męskie niż zasłanianie się kobietą.

* * *

Śmieszna sprawa z tym śpiewaniem. Podobno Hamalainen gdzieś mruczał, że „legła Warszawa”. Kiedyś z tego powodu wielkiej nieprzyjemności miał Paweł Kaczorowski.

Okrzyk „legła Warszawa” śpiewany przez przeciwników Legii po wygranym meczu w żaden sposób nie wydaje mi się obraźliwy. To raczej kreatywne stwierdzenie faktu. Przegrała, czyli poległa. Czyli legła. Akurat brzmi podobnie do „Legia”. O co się tu tak pluć? Gdyby śpiewali jakąś wulgarną piosenkę, to rozumiem. Ale że legła? Naprawdę? Gdyby śpiewali, że przegrała – bo akurat by się rymowało – to wówczas również byłby to jakiś skandal?

Wrażliwość niektórych ludzi nie przestaje mnie zdumiewać.

* * *

Ariel Borysiuk to jak na polskie warunki dobry piłkarz. I jak na aktualne warunki Legii: niewykluczone, że się bardzo przyda. Jednak nie mogę wyzbyć się wrażenia, że ten transfer tylko pokazuje, że o ile klub rozwinął się w bardzo wielu obszarach przez ostatnie lata, to w sportowym jednak nie. I że się kręci w miejscu. Ot, zanotowaliśmy powrót do punktu wyjścia. Obrót od 360 stopni.

Wszystkim teraz będzie miło, że Borysiuk wrócił, wszyscy się do siebie pouśmiechają, będą przybijać piątki, pokazywać stare fotografie, wspominać dawne czasy. To naprawdę miłe chwile. Jak zawsze to ja muszę być tym niesympatycznym, więc trudno. Ariel pewnie się przyda, ale wszyscy wiemy, gdzie jest dla niego sufit. Trochę za nisko, jak na rozbuchane ambicje klubu.

Gdyby przez ostatnie trzy sezony Legia poszła znacząco do przodu jako drużyna piłkarska, a nie organizacja, nie byłoby dla tego zawodnika miejsca, a już na pewno nie na zasadzie płatnego transferu.

To mniej więcej tak, jakby wrócił też Jakub Wawrzyniak. Pewnie szybko wywalczyłby sobie miejsce na lewej obronie i stanowił wzmocnienie. Ale jednocześnie stanowiłby też niezbity dowód, że zmarnowano kilka lat.

* * *

Przypominam, że można w przedsprzedaży zamawiać moją książkę. Jeśli podejrzewacie, że tak czy siak ją kupicie, to zachęcam, by kupić ją właśnie w ten sposób – TUTAJ (wersja z dedykacją) albo TUTAJ (wersja z autografem).

KOMENTARZE (0)