Mandziara: Europejskie puchary? Nie byliśmy jeszcze gotowi
Weszło

Mandziara: Europejskie puchary? Nie byliśmy jeszcze gotowi

– Osobiście uważam, że potrzebujemy jeszcze trochę czasu, aby to wszystko ustabilizować i na stałe zadomowić się w czołówce. To pewien proces, który musi potrwać trochę dłużej niż rok czy półtora – mówi z rozmowie z Weszło prezes Lechii Gdańsk Adam Mandziara, z którym pogadaliśmy o masowo przeprowadzanych transferach, europejskich pucharach, budżecie klubu i wielu innych kwestiach. Zapraszamy.

Słyszał pan o żartach, jakie opowiadano o Lechii jeszcze na początku roku? 

Coś tam słyszałem, ale nie przywiązywałem do nich większej wagi. Mógłby pan jakiś przytoczyć?

Było ich kilka. Np. że będziecie musieli zgłosić prośbę o możliwość przydzielania trzycyfrowych numerów na koszulkach. 

Żarty są po to, aby móc się z nich pośmiać. Ale to już raczej nieaktualne.

Jeśli dobrze policzyłem, to w dwóch ostatnich okienkach – czyli od czasu, kiedy został pan prezesem – pozyskaliście 16 piłkarzy. W porównaniu z latem ubiegłego roku da się zauważyć wyraźną tendencję spadkową, ale to wciąż za dużo. Dwie trzecie kadry. 

W pierwszym okienku, kiedy przejęliśmy klub, zdecydowaliśmy się na całkowite przebudowanie drużyny. Obecnie natomiast uzupełniamy zespół według zapotrzebowań i sugestii sztabu szkoleniowego. Jeśli trenerzy są zdania, że trzeba podjąć jakieś kroki, to staramy się iść w tym kierunku. Teraz liczy się dla nas, kto może i chce oddać temu klubowi serce. Nie chodzi o to, żeby ktoś przyszedł i tylko sobie tutaj pokopał. Ważne jest zaangażowanie.

Co rundę zespół nabierał zupełnie innego kształtu. Nie sądzi pan, że brakuje mu trochę stabilizacji?

W zimie dokonaliśmy tylko docelowych zmian. Doszli Mila, Wawrzyniak, Wojtkowiak…

Ale już w lecie znowu przyszła większa liczba piłkarzy.

To prawda, ale to dlatego, że też więcej zawodników odeszło. Musieliśmy uzupełnić braki.

A to nie jest tak, że w dwóch ostatnich okienkach chciał pan posprzątać po Andrzeju Juskowiaku?

Absolutnie nie. To nie ma nic do rzeczy.

Odrzućmy na chwilę dyplomację. Ile procentowo transferów, według pana, było jak na razie trafionych?

Nie liczę tego w ten sposób. Widzimy, że kilku zawodników nieźle gra i jesteśmy z nich zadowoleni. Podkreślam: mamy czterech reprezentantów kraju, a biorąc pod uwagę wszystkie narodowości – dziewięciu. Jeśli weźmiemy to wszystko do kupy, to wykrystalizuje się cała grupa, która przyzwoicie się tutaj zaaklimatyzowała.

Skoro już wywołał pan ten temat… Wiem, że to może niewygodne pytanie, ale nie dziwi pana, że Adam Nawałka wciąż powołuje Sławomira Peszkę i Sebastiana Milę? Bo nie da się ukryć, że – delikatnie mówiąc – nie są oni w optymalnej formie.

To absolutnie sprawa Adama Nawałki i w żaden sposób nie chcę w jego decyzje ingerować. Powiem tak: pan Nawałka stworzył świetną drużynę, wszystko umiejętnie podobierał i bardzo dobrze to funkcjonuje. Nie można mu niczego zarzucić.

Wielu z pozyskanych zawodników – przede wszystkim tych przed poprzednim sezonem – już pożegnało się z Gdańskiem. Mówił pan o pierwotnym założeniu przebudowania zespołu, ale czy mimo wszystko nie przesadziliście?

Było sporo przypadków, że piłkarze sami zgłaszali chęć odejścia, bo mało grali. Jeśli ktoś nie widzi szans na pierwszy zespół, to nie będziemy trzymać go na siłę. Nie powiemy komuś: „Nie odejdziesz, bo nie”. Przykład? Marcin Pietrowski. Niezły piłkarz, ale u nas właściwie nie dostawał okazji. Trener nie widział go w składzie. Mecze przesiadywał na trybunach, więc pozwoliliśmy mu się rozwijać w innym miejscu. Ale jeśli chodzi o zawodników, którzy regularnie grają, jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś sam z siebie poprosił o transfer. Osobna sprawa to Antonio Colak i Kevin Friesenbichler. Oni byli związani z innymi klubami.

I w pewnym momencie zostaliście bez klasycznego napastnika. Później tę lukę w jakimś sensie uzupełnił Grzegorz Kuświk. Strata którego z tych zawodników była dla was bardziej dotkliwa? 

To ciężkie pytanie, bo to napastnicy o całkowicie innej charakterystyce, ale dzięki temu fajnie się uzupełniali. I z jednego, i drugiego byliśmy bardzo zadowoleni. Colak ciut więcej grał, więc – co normalne – więcej też strzelał. Friesenbichler miał trochę pecha z kontuzjami, ale widać było, że posiada duży potencjał. Żałujemy, że obaj odeszli.

Rozumiem, że obu staraliście się zatrzymać?

Tak, jasne. Próbowaliśmy, ale niestety – nie udało się.

A nie żałujecie odejścia Patryka Tuszyńskiego, który świetnie poradził sobie w Jagiellonii i za niezłe pieniądze odszedł za granicę?

Wtedy wzięliśmy innych zawodników, właśnie Friesenbichlera i Colaka, i razem ze sztabem trenerskim podjęliśmy decyzję, że dla samego Tuszyńskiego będzie lepiej, jeśli poszuka sobie nowego klubu.

Bijecie się w pierś, że skusiliście się na transfery last minute Sławomira Peszki i Milosa Krasicia? Obaj zawodnicy dotychczas niewiele dali zespołowi, a – jak się domyślam – zarabiają niemało.

Wszyscy wiemy, że oni potrafią grać w piłkę i nikomu nie trzeba tego udowadniać. Problem z Krasiciem polega na tym, że miał rok przerwy. Peszko w ostatnim czasie też za dużo nie grał. To także pewna zmiana klimatu, otoczenia. Dajmy im trochę czasu. Nie mam zamiaru oceniać ich przydatności do zespołu na podstawie dwóch miesięcy. Poczekajmy spokojnie do końca sezonu i dopiero wtedy będziemy mogli zweryfikować, czy trafiliśmy z tymi wyborami.

Ma pan wiedzę, dlaczego Krasić miał całoroczny rozbrat z piłką?

Wiem, że to kwestia obcokrajowców w Turcji. Ale nie chcę za bardzo rozwodzić się na ten temat. O to musiałby się pan zapytać w Fenerbahce.

Ale kiedy pojawił się pomysł sprowadzenia go do Gdańska, na pewno zaczęliście sondować jego sytuację w klubie.

Tak, sprawdziliśmy to. Mieliśmy swoje informacje, ale pozostawię je dla siebie. Doszliśmy do wniosku, że jeśli chce potwierdzić, że nadal jest dobrym piłkarzem, to damy mu szansę.

Szefem scoutingu w kwietniu został Marek Jóźwiak. Może pan już teraz w jakiś sposób ocenić jego pracę?

Każdy widzi, że pozyskuje do Lechii dobrych, młodych zawodników – takich jak Makowski czy Żebrakowski. W pierwszym zespole zadebiutował już 16-letni Macierzyński, a być może niedługo swoją szansę dostanie też Chrzanowski. To pokazuje, w jakim kierunku idziemy. Staramy się zbierać młodych chłopaków z całej Polski i ich kształtować. Nie zapominamy też o wychowankach. Do pierwszego zespołu trafili właśnie 17-letni Juliusz Letniowski czy rok od niego starszy Adam Gołuński, który przeszedł do nas przed czterema laty.

Tak na marginesie – dlaczego zerwaliście współpracę z akademią?

Chodzi o APLG (Akademia Piłkarska Lechia Gdańsk – przyp. red.), tak? To nie jest akademia, która należy do naszego klubu. Oni mieli swoją koncepcję szkolenia młodzieży, a my swoją. Różniliśmy się w wielu kwestiach. Chcieliśmy mieć pod sobą coś, co będzie kierowane przez Lechię. Myślę, że dla każdego klubu bardzo ważne, by pion sportowy miał pełną kontrolę nad tym, co się dzieje na każdym szczeblu.

Jaki był pierwotny cel Lechii na ten sezon?

Przede wszystkim – kwalifikacja do pierwszej ósemki.

A potem?

A potem – zobaczymy. Postaramy się wygrać tyle spotkań, ile będzie możliwe, a na co to wystarczy – przekonamy się na samym końcu. Ale jeśli chcemy regularnie plasować się w pierwszej trójce, to myślę, że jeszcze jest trochę za wcześnie.

Gdyby miał pan wskazać miejsce Lechii w Ekstraklasie na podstawie samej piłkarskiej jakości kadry, to które by to było? Pytam, bo stawiano was w roli jednego z głównych faworytów do miejsca na podium.

Tego typu rankingi są po to, by można było sobie pospekulować. Na tym polega rola ekspertów. Osobiście uważam, że potrzebujemy, jako Lechia, jeszcze trochę czasu, aby – tak jak pan powiedział – to wszystko ustabilizować i na stałe zadomowić się w czołówce. To pewien proces, który musi potrwać trochę dłużej niż rok czy półtora.

Zasadne zdaje się pytanie, czy obraliście prawidłowy kierunek. W zeszłym sezonie zajęliście piątą pozycję, a teraz jesteście na 12. miejscu. Jak na razie – spory regres. 

Dwa sezony temu zaczęliśmy słabo, a skończyliśmy na czwartej lokacie. W minionych rozgrywkach też zaliczyliśmy falstart, dopiero w ostatniej kolejce udało nam się wskoczyć do grupy mistrzowskiej, a potem znów byliśmy blisko pucharów. 12. miejsce? Okej, ale tracimy tylko trzy punkty do pierwszej ósemki (rozmowa został przeprowadzona w czwartek – przyp. red.). Gdybyśmy do niej weszli, to później cały dorobek zostanie podzielony na pół i wszystko będzie możliwe.

Nawet sam Peszko, o którym już kilkukrotnie wspomnieliśmy, ostatnio otwarcie wyznał, że – cytuję – nawet w najczarniejszych snach nie wyobrażał sobie takiego scenariusza, gdy przychodził do Gdańska. 

Szczerze mówiąc, my też nie myśleliśmy, że znowu będziemy musieli tak zażarcie walczyć o najlepszą ósemkę. Naszym marzeniem było to, aby tym razem nie drżeć o kwalifikację do ostatniej kolejki. Taką sytuację mieliśmy już dwa razy z rzędy. Nie ukrywam, że trochę nerwów nas to kosztowało, ale wygląda na to, że zawodnicy znowu postanowili potrzymać nas pod presją. (śmiech)

Jak będzie wyglądało zimowe okienko? Spokojniej niż dotychczas?

Tak, raczej spokojnie.

Na jakich pozycjach będziecie chcieli się wzmocnić?

Nie zdradzę tego panu. Najpierw poinformujemy o tym naszych piłkarzy, żeby nie dowiadywali się o takich rzeczach z gazet.

A jak pan zareagował na zarzuty Gazety Wyborczej, że ściągacie niektórych piłkarzy tylko po to, by pewni agenci mogli zarobić?

Nie chcę wnikać w te bzdury. W tej sprawie podjęliśmy już stosowne kroki prawne.

Dalej macie na głowie nadzór finansowy PZPN?

Każdy klub musi na początku roku zadeklarować budżet do licencji. Po złożeniu wniosku pojawili się nowi właściciele, co skutkowało zwiększeniem naszego budżetu. Jeśli skalę wydatków masz wyższą niż tę, którą wcześniej zadeklarowałeś, to z automatu dostajesz nadzór. Ale w ogóle go nie odczuwamy.

Zapłaciliście już Śląskowi całą należną kwotę za transfer Sebastiana Mili?

Myślę, że gdyby wszyscy w polskiej piłce płacili w tak terminowy sposób jak my, to byłoby naprawdę fajnie. Jeśli w Śląsku maja zamiar z tego powodu płakać, to ich sprawa.

Czyli mam rozumieć, że zapłaciliście całkowitą sumę?

Tak.

Dlaczego postawiliście akurat na Thomasa von Heesena?

To pytanie już nie tylko do mnie. Mamy całe gremium, które o tym decyduje. Właściciel dobrze go zna, więc zaczęliśmy toczyć rozmowy w tym kierunku.

To jednak spore zaskoczenie, że zatrudniliście kogoś, kto w zawodzie nie pracował od trzech lat, a od 2007 roku osiągał ze swoimi drużynami same mierne wyniki.

Nie chcę tego oceniać. Wiem, że miał też bardzo dobre rezultaty – nie można o tym zapominać. Uważam, że to świetny fachowiec. Zastał drużynę w trudnej sytuacji. Jego autorski projekt szkoleniowy tak naprawdę zacznie się dopiero od zimy, bo to, co robi teraz, to tylko małe korekty. Zostawmy go do końca sezonu i wtedy zobaczymy, jakie będą owoce jego pracy.

Podobno swego czasu von Heesen był jednym z inwestorów, wspierających klub. On sam stanowczo temu zaprzecza, ale nie wydaje mi się, by ktoś ot tak puścił w obieg taką plotkę. 

Tak jak mówiłem – pan von Heesen dobrze się zna z panem Wernze. Współpracowaliśmy już wcześniej, ale nie w takim sensie. Von Heesen pomagał nam tylko w niektórych kwestiach. To prawda, że był inwestorem, ale nie naszym, tylko HSV.

Michał Probierz zarzuca von Heesenowi, że to on był jednym z głównych pomysłodawców jego zwolnienia.

Z całym szacunkiem, ale nie będę komentował tego, co mówi Michał Probierz. Nie interesuje mnie to.

Załóżmy hipotetyczną sytuację, że pan Wernze będzie chciał się wycofać z tego biznesu. Gdyby tak się stało, Lechia musiałaby mu oddać zainwestowane przez niego pieniądze?

Nie zajmujmy się sprawami, które nie mają miejsca w rzeczywistości. Zacznijmy od tego, że pan Wernze sam musiał spłacać nie swoje długi. Dla nas liczy się to, że w tym roku spółka Lecha Gdańsk osiągnie swój najlepszy wynik finansowy.

Ile obecnie wynosi dług Lechii? Gdzieś wyczytałem, że niedawno było to 13 milionów złotych.

Teraz jest już 10, więc tendencyjnie jest on zmniejszany. To oczywiście dług, który został nam przekazany od poprzednich właścicieli.

Legia chwali się budżetem powyżej 100 milionów złotych, Lech ma około dwa razy mniejszy. A wy?

Obecnie oscyluje w okolicach 40 milionów złotych.

I to będzie tendencja wzrostowa?

Przede wszystkim chcielibyśmy go ustabilizować. Wszystko zależy od tego, jak klub będzie się rozwijał. Zawsze na początku trzeba zainwestować, a dopiero potem można czerpać korzyści. Poza tym – i Legia, i Lech grali w pucharach, więc łatwiej im to wszystko zbilansować.

Jaka frekwencja satysfakcjonowałaby was na waszym stadionie?

Taka jak w poprzednim sezonie, czyli ponad 16 tysięcy, była całkiem niezła. W rankingu zajęliśmy drugie miejsce, a wyprzedziliśmy chociażby Legię Warszawa. Ale wiadomo, że zawsze chcielibyśmy więcej. Gdyby na każdy mecz przychodziło średnio 20 tysięcy – byłoby rewelacyjnie.

Obecnie frekwencja jest o cztery tysiące niższa niż w ubiegłych rozgrywkach. Nie martwi to pana?

Naturalnie, ale na to składa się kilka uwarunkowań. Po pierwsze – sytuacja w tabeli. To kluczowa kwestia. Druga sprawa – bardzo często graliśmy w piątki, bo Eurosport tak chętnie wybiera nasze mecze. Po trzecie – przeciwnicy. Z tych najmocniejszych klubów mieliśmy dotąd tylko Legię. Dopiero teraz będziemy podejmować Lecha, Śląska i Wisłę, czyli – przynajmniej teoretycznie – atrakcyjniejszych marketingowo rywali. No i piąta kwestia – zauważyłem, że frekwencja zawsze zdecydowanie poprawia się w rundzie finałowej. Jeśli awansujemy do grupy mistrzowskiej, to powinna pójść ona do góry.

Jaki jest długofalowy cel właścicieli klubu?

Początkowe założenie były takie, żeby regularnie plasować się w top 5. Chcemy mieć szanse na walkę o europejskie puchary. Wiadomo, Legia jest o kilka kroków przed nami i nie da się ot tak zmniejszyć tego dystansu. Mówiliśmy o budżetach. Legia ma trzy razy większy od naszego. Różnica jest kolosalna.

Dlatego warto grać w pucharach.

Szczerze mówiąc, kiedy w zeszłym roku zajęliśmy czwarte miejsce, nie byliśmy z tego powodu jakoś bardzo źli. Dlaczego? Jeśli drużyna nie jest jeszcze przygotowana do pucharów, to gdy musi tam grać, dzieje się to z krzywdą dla niej. Jeśli mamy z każdym przegrywać, to wolimy poczekać i być pewni, że nie damy plamy. Jagiellonia pojechała do Nikozji i okazało się, że nie ma szans na korzystny wynik. Poza tym trzeba mieć szeroką kadrę. Proszę spojrzeć na mniej popularne kluby belgijskie czy niemieckie, które zakwalifikowały się do pucharów. Efekt jest taki, że z reguły później tułają się z tyłu tabeli we własnej lidze.

A gdybyście mieli już w tym sezonie zagrać w pucharach – uważa pan, że dalibyście radę?

Inaczej byśmy do tego podeszli. Poczynilibyśmy trochę inne ruchy transferowe. Wiadomo również, że gdy gra się w międzynarodowych rozgrywkach, to łatwiej ściągnąć do klubu dobrego gracza. Zawodnicy chcą się pokazać, a puchary to najlepsze okno wystawowe.

Gdzie widzi pan Lechię – powiedzmy – za trzy lata?

Na pewno nie powiem, że w Champions League.

Właśnie to miałem na myśli.

Trudno mówić w Polsce o ambicjach gry w Lidze Mistrzów, skoro przez 20 lat żaden klub nie był w stanie tego dokonać. Musimy realnie stąpać po ziemi. Champions League to miejsce, gdzie każdy mistrz Polski chce się dostać. Szkoda tylko, że nikomu się nie udaje i wciąż pozostaje to w sferze marzeń. Ale próbować trzeba.

Rozmawiał Kamil Kaliszuk

fot. www.lechia.pl