Ale to już było: Krzysztof Bukalski często oglądał numer Roberto Carlosa
Weszło

Ale to już było: Krzysztof Bukalski często oglądał numer Roberto Carlosa

Dlaczego trener Łazarek rugał Wisłę Kraków, kiedy ta wygrywała z Widzewem Łódź 5:0 do przerwy? Czemu jeden z piłkarzy na Cyprze nigdy nie zmieniał butów? Jak Krzysztof Bukalski wspomina swój pierwszy wywiad? Odpowiedź na te i na inne pytania w kolejnym odcinku „Ale to już było”.

Kariera z dzisiejszej perspektywy – spełnienie czy niedosyt?

Kariera? Przygoda z piłką. Karierę to zrobił pan Boniek, teraz robi ją Lewandowski. Proszę mnie poprawiać, jeśli użyję tego słowa. Mogło być lepiej, mogło być gorzej. Chyba spełnienie. Ale potencjału nie wykorzystałem w stu procentach. Mógłbym pewnie osiągnąć więcej. W decydującym momencie, kiedy grałem w Wiśle, przytrafiła się kontuzja kolana i to przeszkodziło w dalszym rozwoju. Był też inny powód, ale o nim nie chcę mówić.

Największe spełnione piłkarskie marzenie?

Gra w reprezentacji Polski. Od dziecka sobie wyobrażałem, jak to jest. Okazuje się, że marzenia się spełniają. Co mi najbardziej zapadło w pamięci? Debiut i mecz z Izraelem. Przegrywaliśmy 1:2, weszliśmy w przerwie z Tomkiem Wieszczyckim i ostatecznie wygraliśmy 4:3, a mnie udało się zaliczyć asystę. Także mecz z Brazylią w Recife i Francją na Parc des Princes.

Największe niespełnione piłkarskie marzenie?

Hm, może wyjazd do mocniejszego klubu zagranicznego?

Duży transfer zagraniczny, który był blisko, ale nie doszedł do skutku?

Kiedy grałem w Hutniku, miałem propozycje z pierwszej ligi angielskiej, z Port Vale, i z włoskiej, z Verony. Nie wiem, na ile one były konkretne, bo wszystko rozbiło się w negocjacjach z klubem. Ja byłem po rozmowach z wysłannikami klubów i wszystko było w porządku. Poszło o finanse. Hutnik chciał na mnie zarobić, więc stawiał ostre warunki, normalna rzecz. Nie mam żalu, rozumiem to. Tym bardziej, że byłem reprezentantem Polski, strzelałem sporo bramek. Nie mam pojęcia, jak wyglądały te rozmowy. Może skończyły się po pierwszym telefonie? „Ile chcecie? Tyle i tyle. Dobrze, dziękujemy”. Mogło tak być. Kiedy grałem w Belgii, chciało mnie też Tenerife. Obserwowali mnie, ale doszło tam do zmiany trenera i nowy już nie widział mnie w swojej koncepcji. Temat upadł.

Najlepszy piłkarz, z którym pan grał w jednej drużynie?

Oj, ciężkie pytanie. Grałem z tyloma, że trudno mi się zdecydować na kogoś konkretnego. Z reprezentacji – Piotr Nowak i Romek Kosecki. Z Hutnika na pewno Andrzej Sermak, Mirek Waligóra, Marek Koźmiński, Kaziu Węgrzyn, z GKS-u Moussa Yahaya, Marek Świerczewski. Wisła? Cała plejada. Radek Kałużny, Zającowie, Tomek Frankowski, Grzesiek Pater, Rysiu Czerwiec. Musiałbym cały skład wymienić. To byli piłkarze o jakości międzynarodowej.

Najlepszy piłkarz przeciwko któremu pan grał?

O, tu zadanie jest o wiele łatwiejsze. Zidane. Był wtedy na początku swojej drogi, ale już było widać, że zrobi wielką karierę. I Roberto Carlos. Grał na lewej obronie, ja na prawej pomocy. Często oglądałem numer jego koszulki (śmiech). On mojej – niestety nie. Nigdy nie byłem typem szybkościowca, nie było takiej możliwości. Udało mi się parę razy go przedryblować, ale szybko mnie doganiał. Musiałem oddawać piłkę kolegom, zresztą z korzyścią dla zespołu. Im krócej ją trzymałem, tym było lepiej.

Najlepszy trener, który pana trenował?

Wszyscy dostają takie trudne pytania? Najlepszy trener… No jak ja mogę jednego wyróżnić, skoro pracowałem z tyloma dobrymi? Ś.p. pan Marian Pomorski nauczył mnie w ogóle grać w piłkę, nabyłem technikę, którą potem tylko kształciłem. Musiałem jakąś mieć, skoro wzięli mnie do Hutnika. Tam pracowałem pod okiem trenera Łacha i Kocąba i mocno się rozwinąłem. Później pracowałem z trenerem Łazarkiem, z trenerem Smudą, który wprowadzał mnóstwo nowinek taktycznych z Niemiec. Trener Liczka, świetny fachowiec, bardzo dobrze przygotowany merytorycznie. Nie wspominając już o selekcjonerach. Przede wszystkim o trenerze Apostelu, który dał mi najwięcej szans w reprezentacji. Trochę się przewinęło tych trenerów.

Może opowiem anegdotę o trenerze Łazarku. Pamiętam jak graliśmy mecz z Widzewem Smudy. A to był już wtedy absolutny top. Tak nam wszystko wychodziło, że wygrywaliśmy do przerwy 5:0. Trener Łazarek wchodzi do szatni, nagle cisza, pierwsze jego słowa:

– Panowie! Przecież tak nie można grać!

Chodziło mu o jakąś sytuację z początku spotkania, ale to nas wszystkich postawiło na nogi. Nie było możliwości, że w drugiej połowie osiądziemy na laurach.

Najgorszy trener, z którym miał pan przyjemność?

Z całym szacunkiem, ale tego pan ode mnie nie uzyska. Może powiem tak, że czasem miałem kłótnie z różnymi trenerami. Pamiętam jedną sytuację, kiedy byłem obrażony na to, że nie zagrałem. Powiedziałem trenerowi, co myślę. Trener przedstawił mi swoje zdanie. Obaj się zrozumieliśmy, nasze relacje po tej rozmowie się diametralnie zmieniły.

Gej w szatni? Spotkał pan takiego chociaż raz? 

Nie, nie spotkałem. Jeżeli był – nigdy tego nie pokazał. Jestem tolerancyjny, wszystko rozumiem, nie mam nic przeciwko.

Najlepszy żart, jaki zrobili panu koledzy? Kto i gdzie? 

Chyba byłem zbyt poważny, żeby wykręcać mi żarty. Nie przypominam sobie żadnego numeru, który ktoś mi wykręcił. Wesołe szatnie się zdarzały, jasne. W Hutniku czy w Wiśle klimat był jedyny w swoim rodzaju.

Najlepszy żart, który wykręcił pan?

Jak mówię: ja sam nie robiłem żartów. Jak byłem już trenerem, piłkarze wzięli koledze kluczyk do samochodu i przestawili auto. Jeden z zawodników wracając do szatni zobaczył, że nie ma auta i mocno się zdziwił. Kiedy chciał dzwonić po policję, koledzy powiedzieli mu pewnie, żeby dał sobie spokój. Jako trener akceptuje takie żarty. Byleby nie było chamstwa. Trzeba znać granice. No i wszystko powinno zostać w szatni.

Kim chciał pan być po zakończeniu kariery i jak bardzo marzenia różnią się od rzeczywistości?

Chciałem być trenerem. Zrobiłem licencję UEFA A, później UEFA Pro. Los pokierował mnie na niższe ligi, pracowałem w czwartej, trzeciej i drugiej. Czekam na propozycję z klubu, który by spełniał moje oczekiwania. Jak się już czegoś podejmuje, angażuję się na sto procent. Jestem bardzo wymagający, zarówno od siebie, jak i współpracowników. Uważam, że potrzeba porozumienia na linii trener – działacz. Klub powinien wiedzieć, dlaczego zatrudnia akurat tego trenera, jak duże plany z nim wiąże i jaką on ma strategię. U nas często zmienia się trenerów, a to nie wpływa zbyt dobrze na zawodników. Trener pracuje 1,5 roku, osiąga dobre wyniki, nagle przegra pięć meczów z rzędu i co, w momencie stał się złym trenerem? Nie da się zbudować drużyny w rok. No, kiedyś udało się Bogusławowi Cupiałowi, ale on naściągał tylu reprezentantów Polski, że to musiało się udać. Dziś klubów na to nie stać.

Której decyzji podjętej podczas kariery żałuje pan najbardziej?

Wydaje mi się, że na tyle rozsądnie potrafiłem się zachować w trudnych sytuacjach, że raczej nie ma niczego, czego bym żałował. Może to, że moje odejście z Hutnika było różnie odbierane. Miałem 26 lat, klub nie chciał ze mną przedłużyć kontraktu pomimo moich usilnych starań. Ja chciałem, ale umowy nie było na stole. A czasy były takie, że byłem zawodnikiem Hutnika nawet po wygaśnięciu kontraktu, dopiero potem w Polsce weszło w życie prawo Bosmana. Jedyną możliwością był wyjazd za granicę. Ale nie mogę powiedzieć, że tego żałuję. Moje decyzje nie były uwarunkowane wyłącznie kwestiami sportowymi, ale też finansowymi, rodzinnymi.

Co kupił pan za pierwszą grubszą premię?

Nic. Pamiętam jak jechałem z trenerem Łachem w samochodzie, zanim jeszcze w ogóle dostałem pierwsze pieniądze. Powiedział: – Kiedyś podpiszesz kontrakt i dostaniesz pieniądze. Pamiętaj, że niejednego już zmieniły. I jakoś miałem w głowie te słowa, bo nigdy nie byłem specjalnie rozrzutny.

Najbardziej wartościowy przedmiot, który pan kupił?

Samochód, bo co innego?

Największa suma pieniędzy przepuszczona w jedną noc?

20 marek. Poszedłem do kasyna, miałem 20 marek, grałem, grałem, aż w końcu… przegrałem. Myślę sobie: cholera, to chyba nie dla mnie. Z kolegami próbowałem też grać w karty, zdarzało się, że o coś. Zawsze przegrywałem. Do hazardu się nie nadaję.

Najbardziej pamiętna impreza po sukcesie?

Po mistrzostwie Polski na rynku krakowskim i awans z Hutnikiem do pierwszej ligi.

Z którym piłkarzem z obecnych ekstraklasowiczów najchętniej by pan zagrał w jednej drużynie?

Arek Głowacki. Kiedy „Głowa” przychodził do Wisły, ja leczyłem kontuzję. Nie było nam dane razem zagrać. A uwielbiam taki typ zawodnika – charakterny, twardy, silny.

Z którym z obecnych trenerów ekstraklasy chciałby pan pracować?

Nie znam osobiście wszystkich trenerów ekstraklasy, ich warsztatu. Z tych, co znam, bez wątpienia Mariusz Rumak. Poznałem go na kursie trenerów. Przekonuje mnie jako całokształt. To materiał na świetnego szkoleniowca.

Poziom Ekstraklasy w porównaniu do pana czasów – tendencja wzrostowa, czy spadkowa?

Jeszcze niedawno powiedziałbym, że spadkowa. Obecnie – chyba wzrostowa. Poziom podnosi się z roku na rok. Trafiają do nas coraz lepsi piłkarze. Proszę zobaczyć, ilu ekstraklasa ma reprezentantów na Euro. Przychodzą do nas piłkarze z silnych lig, którzy coś znaczą w swoich krajach. Podoba mi się to.

Najcenniejsza pamiątka z czasów kariery piłkarskiej?

Medal za mistrzostwo Polski.

Pierwszy samochód?

Syrenka, którą jeździł jeszcze mój ojciec. O, fiata 126p też miałem. Będąc reprezentantem Polski jeździłem 15-letnim maluchem, który miał dziurę w podłodze. Późną jesienią, kiedy nie było jeszcze przymrozków, wracając z treningu wlewała mi się woda do środka. Rano, po nocy, miałem w samochodzie lód. Było ciekawie.

Najlepszy samochód?

A to nie będzie reklama? Sprawiłem sobie niezłego SUV-a.

Najlepszy młody polski piłkarz, który ma szansę zrobić wielką karierę?

Nie będę oryginalny – Bartosz Kapustka. Chłopak ma ogromny talent. Myślę, że powinien odejść do Niemiec, najlepiej do Borussii. Tam łatwo wybić się młodym.

Artykuł prasowy o panu, który najbardziej zapadł w pamięć? 

Mój pierwszy wywiad do „Gazety Krakowskiej”. Mam go gdzieś jeszcze w teczce. Byłem mocno stremowany, powiedziałem do dziennikarza, że to mój pierwszy wywiad w życiu. Próbowałem używać nie wiadomo jakich słów, ale nie wychodziło mi to za bardzo. Redaktor znał się na robocie i wyszło o wiele lepiej niż było w rzeczywistości.

Ulubione zajęcie podczas zgrupowań?

Żadne PlayStation czy inne gry mnie nie wciągały. Wolałem poczytać, pouczyć się, obejrzeć telewizję. Normalne zajęcia.

Najpopularniejsza z piosenek puszczanych w szatni?

Adam Matysek przyniósł kiedyś do szatni płytę Metalliki. Przed wyjściem puszczał nam jeden utwór, ale nie pamiętam tytułu. Każdy był po nim w bojowym nastroju.

Ulubiony komentator?

Laskowski i Smokowski.

Ulubiony ekspert?

Kaziu Węgrzyn i Grzesiu Mielcarski. Najbardziej trafiają w moje spostrzeżenia.

Najważniejsza ze zdobytych bramek?

Ważnych specjalnie nie zdobywałem. Ale nieskromnie powiem, że miałem szczęście do ładnych goli. Najładniejszy? Chyba ten z Polkowicami, był nominowany do bramki roku w 2005 roku.

Największy jajcarz, z którym dzielił pan szatnię?

Leszek Kraczkiewicz w Hutniku. Dusza szatni. Potrafił rozbawić wszystkich w każdym momencie. Przy swoim niskim wzroście miał dość dużą stopę. Kiedy siadał to zawijał palce u nóg, żeby to jakoś wyglądało (śmiech).

Największy pantoflarz?

Pantoflarz, pantoflarz… Ja byłem raczej w charakternych zespołach.

Najlepszy podrywacz?

Pewnie jakiś kawaler! Ja z raczej z kawalerami nie trzymałem, chociaż nie mogę powiedzieć, z kilkoma się kumplowałem. Zmieniłem stan cywilny w wieku 21 lat, więc szukałem towarzystwa gdzie indziej.

Największy modniś?

Był taki jeden na Cyprze. Chodził całe życie w jednych klapkach, zawsze w tej samej koszulce i spodenkach. On te klapki zdejmował tylko wtedy, kiedy wchodził na boisko. A tak to był w nich wszędzie. Pod prysznicem, na obiedzie, w szatni. Dosłownie wszędzie. Nie to, że go nie było stać, wiadomo. Po prostu nie zwracał żadnej uwagi na ubiór.

Najlepszy prezes?

Mam bardzo dobre wspomnienia jeśli chodzi o Wisłę i Górnik. No i fantastyczny prezes w Genku. Kiedy przyjechałem, od razu wziął mnie do siebie, potem na kolację. Później kilkukrotnie się spotkaliśmy. Zawsze pozytywnie. Nie było tematu, kiedy miałem jakąś sprawę.

Najgorszy prezes?

Miałem różne przejścia z prezesami, ale nie na tyle, żebym mógł powiedzieć o którymś, że jest najgorszy. Większych konfliktów nigdy nie miałem. To zależało od mojej osobowości i – nieskromne powiem – jakości. Często prezesom nie opłacało się konfliktować ze mną.

Największe opóźnienie w wypłaceniu pensji?

GKS Katowice. Problem nie został rozwiązany do dziś.

Najładniejsze miasto w jakim przyszło panu grać?

Paryż. Ale nie było czasu na zwiedzanie.

Całowanie herbu – zdarzyło się?

Tak, praktycznie w każdym klubie. Chciałem pokazać, że skoro podpisałem kontrakt, to daję z siebie wszystko.

Kibice, z którymi zżył się pan najbardziej?

Górnik, Wisła, Hutnik.

Alkohol w sezonie?

Jasne, oczywiście, że tak. Większość społeczeństwa pije alkohol i nie ma w tym nic złego. Gorzej, jeśli zdarza się to w nieodpowiednim momencie. Ja się bardzo źle czułem po większej dawce. Z reguły wolałem lżejsze alkohole, wino, piwo. Wszystko w niewielkich ilościach, wiedziałem, kiedy odejść od stołu.

Najlepszy kumpel z boiska po zakończeniu kariery?

Kaziu Węgrzyn, Mirek Waligóra, Krzysiek Popczyński, Marek Koźmiński. Spotykamy się, dzwonimy do siebie. Mam wielu przyjaciół, jestem też na łączach z Belgią czy z Danią. To kapitał, który uzbierałem dzięki piłce.

Obozy sportowe – bieganie po górach czy bieganie po górach z kolegą na plecach?

Było tak, i tak. Przeżyłem to i… jakoś żyję. Dalej funkcjonuję, biegam, gram w piłkę. Dziś żaden trener by sobie na to nie pozwolił, ale wtedy wszyscy uważali, że to najlepszy sposób. Cały świat tak trenował. U trenera Kasalika poszliśmy kiedyś na marszobieg. Mieliśmy iść do schroniska, podbić pieczątkę i wrócić. I wszystko byłoby fajnie gdyby nie fakt, że spadło pół metra śniegu. Nie było przeproś. Byłem wytrzymałościowcem, więc zacisnąłem zęby i szybko to przeszedłem. Później tak mi się zapaliły ścięgna Achillesa, że nie mogłem chodzić przez dwa miesiące.

Najgroźniejsza kontuzja?

Kontuzja kolana, która była źle rozpoznana. Później to się za mną ciągnęło. Musiałem poddać się operacji, która wykluczyła mnie na osiem miesięcy.

Czego zazdrości pan dzisiejszym piłkarzom?

Generalnie niczego nikomu nie zazdroszczę. Może troszkę stadionów i równych płyt boiska. Ale pokolenie przede mną pewnie też czegoś nam zazdrościło.

Przygotował JAKUB BIAŁEK

 

KOMENTARZE (0)