Po wtorkowym felietonie. DOGRYWKA!
Blogi i felietony

Po wtorkowym felietonie. DOGRYWKA!

Gorąca dyskusja w komentarzach pod wczorajszym felietonem (TUTAJ) kazała mi… napisać drugi. Dogrywka. Kto był najlepszym sportowcem w 2015 roku i dlaczego nie Agnieszka Radwańska?

* * *

Jak to tak – jednego dnia pisać, że Tomasz Majewski rzuca garnkiem na odległość, a następnego stawiać lekkoatletów przed Agnieszką Radwańska w plebiscycie na sportowca roku.

A tak to. Wszystko się zgadza.

Cieszę się, że tak wnikliwie czytacie moje felietony i nie ustajecie w próbach złapania mnie na niekonsekwencji – która z pewnością będzie się mi przytrafiać co jakiś czas, ale… akurat nie w tym wypadku.

Gdyby się zastanowić tak całkiem na chłodno, to zdecydowana większość sportów nie ma sensu. Poza bieganiem i pływaniem – to w zasadzie wszystkie. Sprowadzić do absurdu można i piłkę nożną (wiadomo, znane: faceci biegający za napompowanym kawałkiem skróty), i rzut młotem, i pchnięcie kulą, i tenisa też. Celowanie paletką w nadlatującą żółtą piłeczkę nie jest w niczym ani mądrzejsze ani głupsze niż to, co robią lekkoatleci, a co ja nazwałem rzutem garnkiem na odległość. Dlaczego jednak z takim zacięciem trywializuję niektóre dyscypliny? Ano dlatego, że ich przedstawiciele ciągle się spłakują, jak to im źle i jacy to są finansowo niedopieszczeni. Wtedy lubię sięgnąć po ten chamski argument: hej, kolego, rzucasz garnkiem na odległość i chcesz na siłę zainteresować tym innych.

Wyobraźmy jednak sobie alternatywną rzeczywistość.

Ludzie masowo chcą oglądać zawody w pchnięciu kulą czy w rzucie młotem. Natomiast tenis nikogo nie obchodzi (tak jak nikogo nie obchodzi squash albo badminton). Pojawia się Agnieszka Radwańska i mówi: – Jak to jest, że za jedno pchnięcie kulą sportowcy zarabiają grube miliony? Ja godzinami odbijam piłkę i nie mogę nawet za to wynająć mieszkania.

Napisałbym jej wtedy: dziewczyno, zajmij się w życiu czymś innym, bo twoje wymachiwanie paletką nas nie wzrusza. Jak pojawią się prywatni sponsorzy, to sobie mieszkanie wynajmiesz, ale skoro ich nie ma to nie myśl, że będziemy ci sponsorować hobby z publicznych środków.

Czyli dlatego lekceważąco odnosiłem się do niektórych sportów, aby niejako wskazać miejsce w szyku ich przedstawicielom. Aby poprzez celową przesadę wykazać, że ich pasja nie jest wysoko wyceniana przez rynek z jednego powodu: ludzie mają ją gdzieś. A ja lubię wolny rynek, i tyle.

Natomiast zupełnie czym innym jest zastanawianie się, który sportowiec jest lepszy. Jak wiadomo – generalnie jest to bez sensu, ale skoro i tak się to robi, to można w tej bezsensownej zabawie (ważne słowo – zabawa) wziąć udział. Wtedy należałoby osiągnięcia tych wszystkich sportowców jakoś logicznie zmierzyć i zważyć. Moim zdaniem wygranie turnieju, który nie należy do czterech najbardziej prestiżowych w tenisie, nie jest osiągnięciem większym niż złoty medal mistrzostw świata i rekord świata Anity Włodarczyk, ustanowiony kilka miesięcy temu. Bo czym innym jest wygrać jeden turniej (w dodatku żaden z czterech najbardziej prestiżowych), a czym innym jest osiągnąć najlepszy wynik w historii danej dyscypliny sportowej. Żadna kobieta nigdy nie rzuciła tym żelastwem dalej niż Włodarczyk – ani rok temu, ani dziesięć lat temu, ani dwadzieścia lat temu.

I to jest naprawdę pieprzony wyczyn.

Oczywiście wiem, że są sporty mniej i bardziej masowe – a w tych najbardziej masowych trzeba pokonać większą konkurencję, by wdrapać się na szczyt. Trudniej jest zostać wielkim piłkarzem niż wielkim zawodnikiem hokeja na trawie – jasne. I trudniej zostać światowej sławy tenisistą niż ciskać patelnią. Jednak wciąż gdy zestawiam wygrany tenisowy turniej z najlepszym wynikiem w historii danego sportu i ze złotym medalem MŚ, to wychodzi mi na to, że jednak więcej warte jest to drugie. Po prostu. Oczywiście wy możecie mieć inne zdanie, nie bronię. Każdy waży po swojemu.

Argument zarobków – też poruszany – w tej kwestii moim zdaniem nie ma zastosowania. To fantastycznie, że Radwańska zarobiła tak dużo, ja lubię, gdy ludzie dużo zarabiają. Jej pękate konto bankowe wynika ze specyfiki sportu. Po pierwsze – jest to sport widowiskowy. Po drugie – względnie masowy. Po trzecie – uprawiany z reguły przez dość zamożnych ludzi, co jest kluczowym argumentem dla reklamodawców. Dla odmiany golf też jest masowy, ale nie jest widowiskowy. Za to uprawia go jeszcze bogatsza klientela, co sprawia, że zarobki przedstawicieli tej dyscypliny są kosmiczne – to się po prostu kalkuluje reklamodawcom, którzy docierają do odpowiedniej grupy docelowej. Rzut młotem, pchnięcie kulą czy inne miotanie nigdy nie zainteresuje sponsorów, ponieważ nikt po wyłączeniu telewizora nie pójdzie porzucać sobie żelastwem przed blokiem, nie kupi dziesięciu młotów i specjalnego obuwia. A już na pewno nie zrobi tego dyrektor dużej firmy, który nie ma czego robić z gotówką.

Tylko co to wszystko ma wspólnego z plebiscytem na najlepszego sportowca? Przecież wybiera się najlepszego, a nie najbogatszego. Radwańska osiągnęła sukces i nikt go jej nie odbiera, ani nie deprecjonuje. Trzeba tylko zastanowić się, czy był to największy sukces polskiego sportu w 2015 roku, czy nie.

Ja skłaniam się do opinii, że nie.

U mnie Radwańska ma piąte miejsce (najwyżej piąte – musiałbym ten cały rok dogłębnie przeanalizować). Przed nią na pewno złoci medaliści MŚ w lekkiej atletyce oraz Robert Lewandowski. Kolejność ustalcie sobie sami, bo mi codziennie wychodzi inna.

KRZYSZTOF STANOWSKI

KOMENTARZE (0)