Image and video hosting by TinyPic
Magiera: – Ostatni rok dał mi trochę w kość. Na siłę szukałem w sobie inspiracji.
Weszło Extra

Magiera: – Ostatni rok dał mi trochę w kość. Na siłę szukałem w sobie inspiracji.

– Miałem dwa razy możliwość być trenerem Legii na zasadzie strażaka. Nigdy jednak nie czułem takiej potrzeby łapania okazji tylko dlatego, że ktoś mi zaproponuje siedzenie na ławce pierwszej drużyny w trzech-czterech meczach, co dumnie mógłbym sobie wpisać do CV. Kompletnie nie interesował mnie taki układ. Po drugie wiem, że nie byłem gotów. Jeśli kiedyś miałbym coś takiego osiągnąć, to na własnych zasadach. I będę pracował po to, by w przyszłości tak się stało. Dziś natomiast mam zupełnie inne misje do wykonania – mówi Jacek Magiera, który w czerwcu – po 18 latach w klubie – odszedł z Legii Warszawa. Porozmawialiśmy z nim o tym, jak wygląda jego nowe życie. Zapraszamy. 

Osiemnaście lat w Legii, po których rozstanie trwało około minutę. Coś tu ewidentnie jest nie tak.

To brzmi bardzo efektownie, ale nie do końca tak było. Minutę trwało samo przekazanie ostatecznej decyzji, czyli formalność. Natomiast to, że nie przedłużę swojego kontraktu jako trener Legii II było jasne już w kwietniu, może nawet w marcu. Było, minęło.

Często pan bywa teraz na Łazienkowskiej?

Ciągle mam tam wstęp, mogę przychodzić na mecze czy treningi, kiedy tylko chcę, jednak postanowiłem się trochę od tego odciąć, wyciszyć, spojrzeć z dystansem. Byłem na razie chyba tylko na trzech meczach pierwszej drużyny i jednym juniorów. Ale weekend to czas, w którym z reguły jeżdżę po Polsce. Tak sobie ustalam kalendarz, by obejrzeć wtedy trzy mecze. Ekstraklasa, pierwsza liga, druga liga, bywam w wielu miejscach. Za chwilę jadę na trening Dolcanu Ząbki, jutro do Chorzowa na mecz Ruchu ze Śląskiem [rozmawialiśmy w zeszły czwartek – red.]. Mam czas, który staram się wykorzystać do maksimum.

Był pan zmęczony pracą w Legii?

Na pewno ten ostatni rok dał mi trochę w kość. Otwarcie o tym mówię. Piłka nożna jest rozrywką. Tu człowiek musi być uśmiechnięty, zadowolony, nie ma prawa być w smutku. Nie może być przymusu. A ja miałem momenty, w których na siłę szukałem w sobie tej radości, inspiracji. Tak nie może być. Jeśli trener zachowuje się w ten sposób, to jest problem.

Mecz z Lechią Tomaszów Mazowiecki, nad którym pełną kontrolę przejął sztab pierwszego zespołu, był najtrudniejszym momentem?

Na pewno jednym z trudniejszym. Ten mecz to… nieporozumienie, ale świat jest pełen kiepskich pomysłów. Taka sytuacja nie miała prawa się zdarzyć, a się zdarzyła.

Z dzisiejszej perspektywy żałuje pan, że w ogóle usiadł wtedy na ławce?

Zastanawiałem się, co zrobić i miałem różne myśli. Ale porozmawiałem z zawodnikami i oni chcieli, abym przyszedł i był z nimi. Z „mojej” drużyny grał tylko jeden zawodnik, Norbert Misiak, dwóch moich chłopaków siedziało na ławce, wszyscy pozostali byli z pierwszej drużyny. Będąc na odprawie przed meczem w szatni i nie mając prawa głosu, doszedłem do wniosku, że prowadzący odprawę patrzą na mnie i myślą sobie: „róbmy to jak najszybciej, zanim dotrze do nas, że to jest głupie”. Szczerze mówiąc, byłem tam obecny ciałem, ale myślami byłem zupełnie gdzieś indziej. Zawodników, którzy pierwotnie mieli grać z Lechią Tomaszów, wysłałem z trenerem Piotrem Kobiereckim do Mielca na mecz juniorów. Myślami pojechałem tam od razu razem z nimi. Wracając do meczu w Sulejówku – rozegraliśmy ten nieszczęsny mecz, przegraliśmy 0:3, przyjąłem to na klatę, a o piątej rano wsiadłem w samochód i z trybun obejrzałem wygrany 2:0 mecz juniorów w Mielcu ze Stalą. Wróciłem do domu i zamknąłem ten temat. Tyle. To nowe doświadczenie, takie którego nigdzie indziej bym nie zdobył.

Jest pan bardzo wstrzemięźliwy, gdy mówi o współpracy z Henningiem Bergiem. A każdy wie, że nie była dobra.

I taki pozostanę. To, co miałem do powiedzenia trenerowi Bergowi, już mu powiedziałem. Współpraca z nim naprawdę była dla mnie cennym doświadczeniem.

Zakończmy ten wątek. To już historia, na którą patrzę z dużym dystansem. Oczywiście bywały momenty trudne. Byłem zły, wkurzony, nie potrafiłem sobie z tym sprawami poradzić. Jestem ambitny, miałem trochę inne spojrzenie. Jako koordynator drugiej drużyny i zespołu z Centralnej Ligi Juniorów głośno mówiłem o tym, co mi się nie podoba. Ja byłem w klubie przez osiemnaście lat jako zawodnik i trener. Od podszewki znałem akademię i zawodników. Trener Berg był w klubie wtedy może od trzech-czterech miesięcy. Łatwo odpowiedzieć sobie na pytanie, czyje rozeznanie stało na wyższym poziomie… Ale zostawmy to. Dziś w Legii jest już trener Czerczesow, a nie ma ani trenera Berga, ani Magiery, więc temat jest zamknięty.

Jedną sprawę jeszcze musimy sprostować, bo mówiło się, że między panem a Bergiem w zasadzie w ogóle nie ma kontaktu.

Kontakt z Bergiem miałem głównie wtedy, gdy w klubie było gorąco. Nigdy nie polemizowałem z nim na forum publicznym, zawsze rozmowy odbywały się za zamkniętymi drzwiami. Muszę podkreślić jedną ważna rzecz – to Berg był pierwszym trenerem i najważniejszą osobą w klubie, jeśli chodzi o sztab. Tak musi być, podpisuję się pod tym – trener musi mieć zawsze ostateczny głos. Natomiast ja zawsze musiałem powiedzieć swoje zdanie. Taki już jestem. Nie potrafię kiwać głową i mówić, że wszystko jest w porządku, wtedy gdy uważam, że tak nie jest.

Obrywało się panu czasami za wyniki drugiej drużyny.

Nie jest łatwo osiągać dobre wyniki, gdy przez drużynę przewija się 61 zawodników. Nie muszę chyba nawet wspominać, że trudno wtedy o spokojny trening, stabilizację, wypracowanie schematów. Powiem jednak o czymś innym. Pod sobą miałem też drużynę z ligi juniorów i ustaliliśmy z właścicielami, że priorytetem jest, by ta drużyna grała w Lidze Mistrzów. Często kosztem tej „mojej” drużyny dawałem lepszy skład do CLJ, by udało im się ten cel zrealizować.

MECZ 13. KOLEJKA III LIGA GRUPA LODZKO-MAZOWIECKA SEZON 2014/15 --- POLISH THIRD LEAGUE FOOTBALL MATCH IN WARSAW: POLONIA WARSZAWA - LEGIA II WARSZAWA 1:2

Jednak te priorytety klubu chyba nie były głośno wyartykułowane. Ludzie nie wiedzieli, czego mogą wymagać od pana drużyny.

No i obrywałem przez to, mam tego świadomość. Nawet kilku moich współpracowników miało do mnie pretensje, że obrywamy, a ja nic sobie z tego nie robię, nie próbuję się bronić. Ale ja patrzyłem na to z innej perspektywy. Wzniosłem się ponad to. Dla mnie ważniejsze było to, by ci zawodnicy za parę lat grali w Ekstraklasie i reprezentacji Polski. Tak naprawdę wynik drugiej drużyny nikogo nie interesuje. Oczywiście mógłbym sobie wpisać do CV, że zrobiłem awans z trzeciej ligi do drugiej, ale bądźmy poważni. Ono jest na tyle dobre, że nie zależało mi na tym, aby za wszelką cenę awans zrobić. Na tym etapie liczy coś więcej. Mam tę satysfakcję, że to nie poszło na marne. Byłem niedawno na meczu UEFA Youth League z Liteksem Łowecz i to dla mnie wielka radość, że ci zawodnicy mogą grać teraz w takich spotkaniach, że bezpośrednio transmituje ich telewizja. Nie ma mnie już dzisiaj przy tej drużynie – OK, ale zawodnicy zostali. Oni są najważniejsi. Wszystko, co robiłem, robiłem z myślą o nich.

Legia to nie jest dla pana zamknięty rozdział, prawda? Pytam, bo hasło: „Jacek Magiera na trenera Legii” od czasu do czasu ciągle się przewija, chociażby na Twitterze. 

Cóż, być może kiedyś będzie mi to dane, a może nie. Miałem dwa razy możliwość być trenerem Legii na zasadzie strażaka. Nigdy jednak nie czułem takiej potrzeby łapania okazji tylko dlatego, że ktoś mi zaproponuje siedzenie na ławce pierwszej drużyny w trzech-czterech meczach, co dumnie mógłbym sobie wpisać do CV. Kompletnie nie interesował mnie taki układ. Po drugie wiem, że nie byłem gotów. Jeśli kiedyś miałbym coś takiego osiągnąć, to na własnych zasadach. I będę pracował po to, by w przyszłości tak się stało. Dziś natomiast mam zupełnie inne misje do wykonania.

Jest pan teraz bardzo zajętym człowiekiem?

Nie ukrywam, że tak. W czerwcu, gdy zakończyłem moją pracę w Legii, od razu wiedziałem, że do końca roku nie podejmę pracy trenerskiej. Z różnych powodów. Przede wszystkim chciałem poświęcić ten czas na zresetowanie się i na rozwój. Chciałem trochę pojeździć, by zobaczyć, jak pracuje się w innych miejscach, byłem m.in. na siedmiodniowym stażu w Hanowerze. Jeżdżę również po Polsce, prowadzę różnego rodzaju wykłady, prelekcje, co też pozwala mi zdobywać nowe doświadczenia. Na początku listopada kilka dni spędzę w SMS w Rzeszowie i Lublinie, aby z zawodnikami i trenerami podzielić się swoją wiedzą i pracą. Jestem też jurorem w projekcie Piłkarski Diament. Współpracuję z Telewizją Polską, komentuję dla tej stacji mecze.

Mimo takiego postanowienia bardzo szybko dołączył pan do grona dyżurnych kandydatów. Gdy gdzieś mówi się o zmianie trenera, pana nazwisko się pojawia.

To na pewno jest bardzo miłe, że telefon dzwoni. To bardzo ważne dla trenera, że ktoś się interesuje jego usługami. Przyjmując ofertę, na pewno zrobię wszystko, by pomóc w rozwoju drużyny, rozwoju zawodników, klubu i w osiągnięciu sukcesu sportowego. Ale jeszcze nie teraz. Miałem sporo propozycji, ale w związku z tym, co powiedziałem, nie podejmowałem konkretów. Zawsze tak kierowałem rozmową, by osoba po drugiej stronie – prezes, dyrektor sportowy – od razu wiedziała, na czym stoi.

Ekstraklasa wchodziła w grę? Mówiło się o Koronie.

Nie, nie miałem żadnej oferty z Ekstraklasy. Były z pierwszej i drugiej ligi.

Jakim pan chce być trenerem?

Dobrym. Nie w sensie, że „dobry wujek”, w żadnym wypadku. Chcę być trenerem wymagającym, sprawiedliwym, takim, który potrafi wskazać odpowiednią drogę i zainspirować piłkarza do lepszej pracy. To ważne, bo piłkarz nie będzie pracował ciągle z tym samym trenerem. To jest ciągła zmiana. Od każdego powinien się czegoś nauczyć – jeden zwraca uwagę na przygotowanie fizyczne, drugi na taktyczne, trzeci na mentalne, czwarty na techniczne, piąty jeszcze na coś innego. Jeśli piłkarz jest mądry, to z każdego z etapów wyciągnie coś, z czego będzie mógł korzystać w przyszłości. Natomiast jeśli chodzi o styl pracy, to chcę prowadzić swoją drużynę w inny sposób. Często obserwuję, jak pracują trenerzy w Anglii czy w Niemczech. Tam rola jest zupełnie inna, opiera się bardziej na zasadzie menedżera, który zarządza zasobami ludzkimi. Jest szereg współpracowników odpowiedzialnych za różne rzeczy, specjalistów w danej dziedzinie. Zadaniem menedżera jest spięcie tego klamrą i maksymalne wykorzystanie ich potencjału.

Pan ma taką opinię osoby nie do końca pasującej do środowiska.

Ja chcę być sobą. Nie mam zamiaru grać. Kiedyś jeden z moich kolegów zwrócił mi uwagę, że w trakcie meczu za mało opieprzam zawodników. Odpowiedziałem, że nie pracuję z baranami, tylko z inteligentnymi ludźmi. Na nich nie trzeba się drzeć. W trakcie meczu nie można nikogo nauczyć grać w piłkę. Można co najwyżej dać wskazówkę. Żeby przekazać wiedzę, ja mam tydzień, miesiąc, pół roku – okres pracy na treningach i w indywidualnych rozmowach. Wystarczy zwrócić uwagę na te filmiki w internecie, na których na grające dzieciaki drą się rodzice i trenerzy. Każdy mu mówi, co ma robić, a on głupieje. Tu jeszcze wszystko słychać, bo nie ma kibiców, ale niech ktoś przyjdzie na Stadion Narodowy, gdy np. Polska gra z Irlandią. Trener stoi przy linii i drze się na zawodników. To bez sensu i tak nikt nie słyszy. Piłkarz w trakcie meczu musi być skoncentrowany na swojej grze. Musi być zaprogramowany. Musi mieć w głowie to, co ma robić i to ma działać na zasadzie automatyzmu. On musi wiedzieć, że po stracie piłki pierwszą rzeczą, którą trzeba zrobić, to od razu zaatakować, by ją odebrać. Po odbiorze dokładnie zagrać, najlepiej do przodu. Gdy zagra, musi zmienić rytm biegu i iść za akcją, zaasekurować. To są takie rzeczy, które się kształtuje w trakcie lat gry.

To jak pan myśli z czego mogą wynikać takie opinie o panu?

Do tej pory pracowałem na stanowiskach, na których moją główną rolą było pomaganie innym. Dawanie radości, inspirowanie, motywowanie, zwracanie uwagi na indywidualne aspekty. Ale ja doskonale wiem, czego chcę. Moją wizytówką jest to, że zawodnicy, z którymi pracowałem, istnieją w zawodowej piłce. Oglądałem kiedyś mecz reprezentacji i kurde – wystąpiło czterech-pięciu piłkarzy, którym nieraz poświęcało się długie godziny, by z nimi rozmawiać, naprostowywać ich i motywować. Duże rezerwy tkwią u piłkarzy w sferze mentalnej. Moim zdaniem zawodnika nigdy nie można skreślać.

Często skreślają się sami.

Zgoda, natomiast oni muszą czuć wsparcie i to, że ktoś się nimi interesuje. Jeśli tego  nie ma, no to są problemy. Na każdego trzeba spojrzeć inaczej, indywidualnie. Jednemu pomoże pogłaskanie, drugiego trzeba sprowadzić do pionu ostrą reprymendą. Kiedyś miałem taką sytuację, mniejsza o nazwiska – młody, 19-letni zawodnik pobalował. Naprawdę mocno popił i oczywiście się to wydało. Przyszedł do klubu, czuł się fatalnie, wszyscy na nim wieszali psy. Spotkałem się z nim następnego dnia wieczorem. Siedząc ze mną w restauracji spodziewał się, że będę go opieprzał i nie wiadomo co mu robił. Ja zamówiłem kolację, po steku, sałatce i butelkę czerwonego wina. On zmieszany pyta się: trenerze, o co tutaj chodzi? Mówię: dzisiaj nauczę cię pić alkohol. Bo wszystko można… Wypiliśmy po lampce wina, pogadaliśmy, wytłumaczyłem mu, że nie jest sztuką się nachlać w wieku 19 lat. Dużo do tego nie trzeba. Do dziś gra w Ekstraklasie i prezentuje się bardzo dobrze. Ja chcę, by moi zawodnicy byli obyci w różny sposób. Gdyby w tamtym czasie chłopaka wyrzucono, sponiewierano, to dziś by go nie było. Chlałby dalej. Świadomość jest bardzo ważna. Nie mówię, że każdy piłkarz potrafiłby wyciągnąć z tej sytuacji takie wnioski.

Pewnie wielu nie potrafiło. Mocno przeżywa pan te porażki?

Wiem, że wielu moich podopiecznych zmarnowało sobie życie. Mogli być teraz kimś. Często im powtarzałem: nie jest sztuką bawić się, mając 20 lat i 200 złotych w kieszeni. Sztuką jest bawić się, mając lat 40, rodzinę i stabilną sytuację finansową. Kiedy człowieka zapraszają na różnego rodzaju mecze i eventy. Wtedy to jest zabawa, wtedy człowiek czuje, że żyje. To mnie boli, że wielu z tych chłopaków nie wykorzystuje swojego potencjału. Ja, będąc zawodnikiem, nigdy nie miałem przesadnie wielkiego talentu. Ja miałem tylko talent do pracy i dużo samodyscypliny. Wszyscy widzą tylko sukcesy, a nikt nie zwraca uwagi na to, ile pracy kosztuje dojście na ten szczyt. I dziś siedzimy sobie tutaj, pijemy kawkę i sympatycznie rozmawiamy o tym, co kocham, ale ci, którzy kiedyś byli lepsi ode mnie, od rana wykładają palety z wodą w jakimś supermarkecie albo zasuwają na budowie. Nie zrealizowali marzeń, bo nie mieli w sobie tego, co najważniejsze: świadomości, która – jeszcze raz powtórzę – jest bardzo ważna.

„Jeśli małe rzeczy robisz dobrze, to wielkie też nie będą problemem”. Często to motto się przewija w wywiadach z panem.

Dam kolejny przykład – jeden z młodych zawodników podpisał nowy kontrakt i kupił sobie auto. Jeśli dobrze pamiętam, BMW. Na pewno ładne, ja takiego nie miałem, ale nie o to chodzi. Umówiliśmy się na obiad i on pyta, czy możemy jechać jego autem. Oczywiście, że możemy. Wchodzę do tego samochodu, a tam kubek po McDonaldzie, jakieś inne rzeczy porozrzucane, generalnie – dziadostwo jak cholera, a miał je może miesiąc. I on mi zadał wtedy takie pytanie: trenerze, co mam zrobić by dobrze grać w piłkę? Odpowiedziałem – zacznij od porządku w aucie. Raz na tydzień odkurz ten samochód, umyj go, bo to jest też twoja wizytówka. Nie wytrwał w tym postanowieniu. Co się dzieje z nim dziś? Auta już nie ma i nie gra na wysokim poziomie. To są małe rzeczy, pierdoły, ale bardzo ważne, by osiągnąć sukces, bo w piłce na wysokim poziomie decydują detale. Wielu myśli sobie: „ja to bym grał dobrze, gdyby na mecz przyszło 50 tysięcy ludzi”. Nieprawda. To już za późno, wtedy nie będziesz dobrze grał. Najpierw musisz wyrobić w sobie odpowiednie nawyki, gdy będziesz grał dla dziesięciu osób, później dla stu. Jak dobrze będziesz grał dla takiej widowni, to przyjdzie tysiąc. Jak będziesz dobrze grał dla tysiąca, to kupi cię klub, na którego mecze przychodzi piętnaście tysięcy. I to jest drabinka, po której trzeba się wspinać. A niektórzy odwracają kolejność – on będzie dobrze grał, gdy przyjdzie wiele osób. Do takiej sytuacji nigdy nie dojdzie.

Zgodziłby się pan ze stwierdzeniem, że cierpliwość to pana największa zaleta?

Gdybyś się zapytał u mnie w domu, to by ci powiedzieli, że jestem bardzo niecierpliwy, tak więc zależy jak na to spojrzeć. Ja wiem, że cierpliwa, systematyczna, uczciwa praca to bardzo ważne, istotne rzeczy. U piłkarzy, u trenerów i ogólnie u wszystkich ludzi. Do tego chęć rozwoju, słuchania innych i wyciąganie wniosków. Zawsze myślałem o jednej rzeczy i w tym półroczu postanowiłem to zrealizować. Wszyscy szkolą trenerów, sędziów, menedżerów i kogokolwiek innego, a zapominamy o tym, co najważniejsze – o szkoleniach i warsztatach dla piłkarzy, na których dalibyśmy im różnego rodzaju przepisy na życie. By wiedzieli, w jaki sposób się zachować, jak walczyć ze swoimi słabościami, jak dążyć do sukcesu. Postanowiłem coś takiego zorganizować.

Może pan powiedzieć coś więcej?

13 grudnia na PGE Narodowy organizuję konferencję, warsztaty pod nazwą „ŚWIADOMA PODRÓŻ PRZEZ KARIERĘ” w ramach footballplayerszone.pl – na którą chciałbym zaprosić wszystkich piłkarzy, którzy chcą się uczyć. Nieważne, czy są dopiero u progu kariery, czy u schyłku, czy zaczynają pracę trenerską. Nieważne, czy mają na siebie pomysł, czy nie potrafią się odnaleźć i dopiero go szukają. Jeszcze raz podkreślę – świadomość jest bardzo ważna. Bardzo mnie bolą np. takie sytuacje, których świadkami byliśmy niedawno. Chłopak jedzie na kadrę, po czym pije alkohol i skacze po samochodach. Zamiast być dumnym z tego, że jest reprezentantem – mnie zawsze rozpierała wielka duma! – że gra z orzełkiem na piersi i śpiewa hymn, daje argumenty ludziom, którzy powielają stereotyp polskiego piłkarza. Kolejny przykład – trzech starszych zawodników jedzie na kurs trenerski, znowu się pojawia alkohol, skaczą po samochodzie. To jest brak inteligencji, brak umiejętności przewidzenia konsekwencji takich małych sytuacji, który powoduje, że sami siebie skreślają z życia sportowego.

Drukowanie

Jak taka konferencja ma wyglądać?

To ma być spotkanie ludzi sportu. Ludzi, którzy chcą coś osiągnąć. Zaprosiłem na nie osoby, które miały lub mają styczność z piłką nożną. Nawet jeśli nie zrobili w niej kariery, skończyli granie na amatorskim poziomie, to osiągnęli ogromny sukces w innych dziedzinach. Na ich przykładzie chcę zainspirować i pokazać pewną drogę wszystkim, którzy pojawią się na Stadionie Narodowym. Młodym, starszym, tym co są na początku drogi i tym, którzy tę drogę kończą i szukają sposobu na życie. Tym, którzy mają ogromne rezerwy i nawet o tym nie wiedzą. Będziemy mówić o celach, ambicji, kontaktach z mediami, finansach, świadomości, mentalności i wielu innych potrzebnych do osiągnięcia sukcesu rzeczach.

Brzmi dość pioniersko, nie przypominam sobie podobnego wydarzenia organizowanego z takim rozmachem.

Czegoś takiego chyba jeszcze nie było. Myślałem o tym już jakieś kilka lat temu, ale obowiązki klubowe, podróże, nie pozwalały mi się na tym skupić. Teraz w końcu mogę to zrobić. Dla ludzi, dla piłkarzy,  dla środowiska, by ta nasza piłka była coraz lepsza. Dla wszystkich, którzy chcą. Nie dla kogoś, kto został zmuszony, by się pojawić. Zapewniam, że każdy znajdzie coś dla siebie – chłopak z okręgówki, zawodnik z III ligi, pierwszoligowiec, piłkarz Ekstraklasy, trenerzy na różnych etapach swojej kariery, a nawet rodzice, bo ich rola też jest bardzo ważna. Po konferencji obejrzymy też mecz Legia-Piast. Miejsce naszego spotkania – Stadion Narodowy – nie jest przypadkowe. Marzy mi się, by ludzie, którzy teraz pojawią się na nim jako słuchacze, wrócili w to miejsce za rok, za dwa lata, za dziesięć – w zależności od wieku – ale już w innej roli jako główni aktorzy spektaklu pod tytułem reprezentacja Polski.

Rozmawiał MATEUSZ ROKUSZEWSKI


Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (0)

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY