Co słychać u Henrika? Życie brutalnie uczy go pokory…
Weszło

Co słychać u Henrika? Życie brutalnie uczy go pokory…

Henrik Ojamaa, pamiętacie go jeszcze? Co prawda za wiele u nas nie pokazał, ale wedle własnego uznania był piłkarzem absolutnie wybitnym. Jak to się ładnie mówi, zawsze był pewny siebie i nigdy nie miał kompleksów. Natomiast pod względem dysproporcji pomiędzy oceną własną, a faktycznymi umiejętnościami, do złudzenia przypominał Wojciecha Pawłowskiego. I, podobnie jak golkiper Udinese, zdaje się otrzymywać od życia brutalną lekcję pokory.

Rzecz jasna nie bez winy pozostają tu czołowe kluby Ekstraklasy, które swego czasu same wsadziły Estończyka w gwiazdorskie buty. Mistrz Polski wyszarpał go z gardła wicemistrzowi, wykładając przy tym naprawdę duże pieniądze, zarówno na transfer definitywny, jak i comiesięczne zobowiązanie wynikające z kontraktu. To właśnie wtedy Ojamaa – tak jak w reklamie Werther’s Original – mógł poczuć się jak ktoś zupełnie wyjątkowy. I wiele wskazuje, że to go właśnie zgubiło.

Po odejściu z Legii na początku sezonu 2014/15 Henrik zaliczył następujące przygody:

– 18 meczów w przedostatnim w lidze szkockiej Motherwell
– 10 meczów w jedenastym w lidze norweskiej Sarpsborgu
– treningi z rezerwami Legii
– transfer do III ligi angielskiej

I teraz najciekawsze. Kiedy na początku września Ojamaa zasilił szeregi Swindon Town, klub radził sobie całkiem przyzwoicie w League One. Zajmował siódme miejsce w tabeli z bilansem 3-2-1, a kibice mogli z optymizmem spoglądać w górę tabeli. Odkąd jednak Estończyk zaczął grać, karta się odwróciła, bo drużyna przegrała pięć spotkań, a jedno cudem zremisowała, strzelając gola w doliczonym czasie gry. Swindon z Ojamaą zdążyło też odpaść z pucharu ligi, gdzie gładko przegrało z… IV-ligowym Oxford United. Henrikowi pozostała wiec jedynie gra lidze, w której jego zespół zleciał już na 19. pozycję. Chociaż słowo „gra” może być tutaj lekkim nadużyciem, bo Estończyk stał się jednym z pierwszych kozłów ofiarnych i stracił miejsce w podstawowej jedenastce. Dwa ostatnie mecze zaczął na ławce rezerwowych, a w miniony weekend – w ramach ostatniej zmiany – wszedł na boisko dopiero na końcowe siedem minut.

Wiele wskazuje, że Ojamaa wpakował się w niezłą kabałę. Zamiast walki o mistrzostwo Polski oraz gier w europejskich pucharach przyjdzie mu walczyć w pierwszej kolejności o miejsce w składzie, a w drugiej o utrzymanie w III lidze angielskiej. Rzecz jasna fatalne wyniki Swindon nie obciążają jedynie Henrika, a wszystkich przedstawicieli klubu, ale my dostrzegamy tu inną prawidłowość. Ojamaa od zawsze powtarzał, że odpowiada mu brytyjski styl gry, tymczasem od odejścia z Legii rozegrał w Szkocji i w Anglii 27 spotkań, z czego – w co naprawdę trudno uwierzyć – aż 21 przegrał. Rozumiecie? 21 porażek w 27 meczach! A dostawanie w ryj w 78 procentach meczów na ukochanych Wyspach może być dla niego najkrótszą drogą do jakiejś potwornej depresji.

Nie zamierzamy znęcać się więcej nad Estończykiem, ale do głowy przychodzi nam inna refleksja. Na początku sezonu 2013/14 w Ekstraklasie mieliśmy trzy efektowne debiuty piłkarzy związanych z Legią. Ojamaa wszedł na końcówkę starcia z Pogonią i popisał się inteligentną asystą przy golu Dwaliszwilego, Patryk Mikita wziął czynny udział w rozstrzelaniu Widzewa, notując gola i dwie asysty, a Aleksander Jagiełło był najlepszym graczem Podbeskidzia w wyjazdowym starciu z Lechią (2:2), w którym zaliczył efektowną asystę. Niektórzy kibice Legii mogli wtedy snuć plany o przyszłości formacji ofensywnej drużyny, oczami wyobraźni widząc na skrzydłach Ojamaę i Jagiełłę, a na szpicy Mikitę. A dziś? Dziś pierwszy jest rezerwowym w Swindon Town, drugi grzeje ławę w Dolcanie Ząbki, a trzeci właśnie został wyciągnięty z piłkarskiego niebytu przez Chojniczankę Chojnice. Delikatnie rzecz ujmując – nie o tym marzyli.

KOMENTARZE (0)