„Do tej pory 90 proc. naszej uwagi to były Niemcy, teraz czas na Anglię”
Weszło Extra

„Do tej pory 90 proc. naszej uwagi to były Niemcy, teraz czas na Anglię”

Jeśli pamiętacie jak Dariusz Szpakowski wspominał statystyki wyliczone przez „Tygodnik Kibica”, to pamiętacie pracę, którą wykonywał Maciej Chorążyk przed przyjściem do PZPN-u, w którym został szefem komórki skautingowej na zagranicę. Komórki, która po prawie dekadzie pracy dorobiła się 52 skautów obserwujących młodych Polaków przede wszystkim w Niemczech, Anglii i Irlandii. Młodych zawodników szkolących się zagranicą Chorążyk obserwuje też na zgrupowaniach jako kierownik dwóch kadr młodzieżowych. – Różnica między nami a zachodem? Tam chłopcy naprawdę się uczą. Tutaj jest przymykanie oczu na egzaminy, kluby wszystko załatwiają. Do tego oni nie chcą chodzić do szkół przy klubach, bo jest niższy poziom, tylko do lepszych – opowiada.

Jak często jesteś poza domem?

Praktycznie cały czas. Do połowy grudnia do domu będę wpadał tylko na weekendy, może zdarzą się cztery, pięć dni pod rząd, ale tak to będę żył ze zgrupowania na zgrupowanie. U-15, U-17. Starsi mają dwutygodniowy wyjazd na eliminacje do mistrzostw Europy. Potem Anglia, Szkocja, Niemcy – wyjazdy związane ze skautingiem. Ale w weekendy też muszę być na łączach, dzwonią do mnie różni ludzie, więc muszę być dostępny.

Dlaczego sztaby kadr roczników 1999 i 2001 są połączone?

To kwestia systemu. Niektóre kraje robią tak, jak my, inne mają osobnych trenerów do każdej kadry, niektórzy robią dwa roczniki pod rząd, ale system na przemian jest chyba lepszy. Nie tylko my go mamy, Szwajcarzy też go mają. To się sprawdza ze względu na nagromadzenie spotkań – dwie kadry pod rząd mają bogaty kalendarz, a w U-17 już schodzi, bo są tylko eliminacje, a U-16 dopiero startuje.

Więcej podopiecznych masz w tej młodszej kadrze.

Bo są konsultacje – trzy razy po 20 zawodników. Podobnie było z tym starszym rocznikiem. Trzy konsultacje na przestrzeni półtora miesiąca.

Coś się zmienia z biegiem lat w tych chłopakach?

Zwłaszcza mentalnie. Pamiętam rocznik 1995, czyli kadrę Marcina Dorny z ME U-17 z 2012 roku. Tam byli chłopcy do pracy, ze świadomością celu. Coraz ciężej o to, mamy całkowicie pokolenie Internetu.

Ta kwestia pojawia się od 10 lat – młodym nic w głowie tylko Internet.

Tak, ale kiedyś było tego niewiele. Cały rocznik podjął decyzję o zostawieniu laptopów w domu i tak zrobili. To pokolenie teraz żyje w alternatywnej rzeczywistości. Tam gdzieś toczy się życie, a tutaj jest już co innego.

Jakie masz obowiązki jako kierownik?

Wszystkie sprawy organizacyjne, wysyłanie powołań, potem koordynuję przyjazd chłopaków na zgrupowanie. Każda z reprezentacji ma grupę na Facebooku, to ułatwia przepływ informacji – każdy wie, kiedy, gdzie i jak musi być. Muszę mieć ustalone z kim przyjadą. Potem podstawiam autokar i rozdaję sprzęt, po który dzień wcześniej musiałem pojechać, a tego jest sporo.

Do tego sporo papierkowej roboty, wydaję ekwiwalent za dojazd, kataloguję nowych piłkarzy, wypełniają kwestionariusze, robimy badania, to wszystko trzeba wklepać do komputera, dodać zdjęcie. Poza tym dużo spraw organizacyjnych – dokumenty, przejazdy, podatki. Na kierownika spoczywa też odpowiedzialność finansowa za ewentualne straty w sprzęcie, więc trzeba go pilnować.

A jak sprawdzisz czy chłopiec dotarł do domu?

Na koniec zgrupowania albo przyjeżdżają po nich rodzice albo każdego wsadzam do pociągu i jak dojedzie do domu, to ma mi przesłać SMS-a. Jeśli nie dostanę wiadomości, to robię awanturę. Mam tutaj rozpiskę kto jak wraca. Zgrupowanie trwa od poniedziałku do piątku i do środowego wieczora mam dostać informację kto, jak będzie wracać. Ta grupa jedzie do Gdańska, ta do Białegostoku. Za dwa miesiące już każdy z nich sam będzie jeździł. Następnej grupie już tłumaczę jak to będzie wyglądać, dostają na FB informacje o dojeździe na zgrupowanie. W U-17 komunikację mamy opanowaną do tego stopnia, że wszystko działa błyskawicznie. Na Whatsappie mamy specjalny czat, informacje szybko krążą. Kiedyś musiało być tak, że jeśli zmienialiśmy porę posiłku, to trzeba było przejść przez cały hotel. Teraz wystarczy wstukać kilka znaków i migiem każdy już to wie.

IMG_0412

To ta druga strona medalu życia w Internecie. Możecie łatwiej do nich trafić.

Telefon zawsze w pokoju, tam mogą z nim robić co chcą. Nie mogą poruszać się po korytarzu z telefonami, rozmawiać. Tak samo treningi, posiłki, odprawy i mecze.

tacy, którzy czytają książki?

W tej kadrze trzech. Jeden Rooneya, jeden Valdesa i trzeci Teveza. W U-17 też kilku się znajdzie, nawet sporo czyta, ale głównie autobiografie. Raz się Terry Pratchett zdarzył, ale to wyjątek.

Często przychodzą do ciebie, żebyś im pomógł?

trenerzy, ale w sprawach organizacyjnych nie zawsze idzie się do nich. Jest podział obowiązków – wiedzą, co mogą u kogo załatwić. Drobne sprawy i moje obowiązki to moja działka. Nie znam się z tym młodszym rocznikiem na tyle dobrze, żeby przychodzili do mnie często. Ciężko złapać kontakt, ale ci dwa lata starsi to już mocna grupa, można fajnie pogadać.

Jak reagują na pierwsze zgrupowania? Niepokój? Strach?

Ciekawość, ale na początku też i obawa. To są chłopcy z całej Polski, jeśli są z jednego klubu, to ich rozdzielamy, żeby poznali się z innymi. Jeśli ktoś przyjeżdża z zagranicy, to też z nikim z zagranicy w jednym pokoju nie będzie, nawet jeśli słabo mówi po polsku. Chcemy, żeby się jak najlepiej poznawali. Na początku nie rozmawiają ze sobą, ale z dnia na dzień pojawia się coraz więcej uśmiechu, głośniejszych rozmów, zaczyna się tworzyć grupa, która jak grupa funkcjonuje. Zdarzają się takie zespoły, że w ogóle nie potrafią złapać kontaktu, ale bywało też i tak, że coś zaiskrzyło od pierwszego dnia. Te, które więcej ze sobą rozmawiają lepiej radzą sobie na boisku. Jeśli tylko znają imiona, to już coś jest. To widać po meczach – te w czwartek są lepsze od wtorkowych.

Rocznik 1999 gra w Pucharze Syrenki. Ten turniej to dla ciebie jakaś duma?

Najlepszy turniej jaki organizujemy. We wszystkich kadrach młodzieżowych ma renomę w Europie. Szkoda, że nie udało się go wygrać, byliśmy mocno osłabieni, nie było sześciu zawodników, którzy nie mogli przyjechać. W finale będący w mocnym gazie Rumuni z nami wygrali.

Takie turnieje są najlepiej zorganizowane wtedy, kiedy są pod egidą UEFA. Podobnie jest w Szwecji na Nordic Cup, tam wszystko jest jakby to był turniej UEFA. Zaczyna się od spotkania kierowników, każdy zabiera koszulki, kolory, ustala się stroje na każde spotkanie, wszystkie sprawy regulaminowe są objaśniane, do tego wszystkie zespoły mają po jednym opiekunie, który jest blisko drużyny i szybko reaguje. W Szwecji jest perfekcja, natomiast na Ukrainie mieliśmy raz taki turniej, że opiekuna widzieliśmy dwa razy, nie odbierał telefonu. Musieliśmy sobie poradzić i się udało, ale to i tak była organizacyjna klapa. Nie dało się załatwić łóżka do masażu. To się rzadko zdarza, może w krajach bałkańskich jeszcze organizacyjnie to jest nie za bardzo. Dużo jeździliśmy do Anglii, byliśmy w Izraelu, wszystko jest na tip top.

PZPN-owi zależy na tym, żeby wyławiać talenty już w wieku 14, 15 lat. Ilu zawodników sprawdzicie na konsultacjach U-15?

Teraz mieliśmy trzy konsultacje po 20 piłkarzy, czyli razem 60. 18 z nich zagra mecz, ale od marca przyszłego roku startujemy z kolejnymi zgrupowaniami, będą chyba trzy. Myślę, że do końca 2016 będziemy mieli sprawdzonych 150 piłkarzy.

Kto ich wybiera?

Trenerzy, asystenci, trenerzy bramkarzy. Oni cały czas oglądają ich mecze w kadrach wojewódzkich, na turniejach bądź klubach. Ponadto mamy sieć skautingu wewnętrznego i ci skauci raportują trenerowi kto się gdzie wyróżnia. Potem tworzy się listę do powołania.

Jak istotny kontakt z trenerami klubowymi?

Selekcjoner jest z nimi cały czas na telefonie. Pyta się, czy dany zawodnik jest w formie. Każdy opiekun cieszy się, gdy jego wychowanek może pojechać na kadrę, bywa, że sami przywożą piłkarzy i potem ich zabiorą. Do tego stopnia potrafią się nimi zaopiekować.

Jest jakiś limit obcokrajowców przy jednych konsultacjach?

Nie, mieliśmy teraz dwóch z Herthy Berlin, potem będzie dwóch chłopaków z Anglii. Po prostu tak się układa, tak bardziej pasuje. Mogłoby jeszcze kilku przyjechać, ale rzeczywiście tak selekcjonujemy, żeby nie było ich za dużo.

To jak oni będą wracać do siebie?

Rodzice przywożą. Podróżują też czasem z Tomaszem Rybickim, który jest skautem na Niemcy, i raz-dwa razy do roku jest przy sztabie, przygląda się treningom. Niektórzy przyjeżdżają tutaj do rodziny. Tych, co przylatują z Anglii po prostu odbieramy z lotniska, a potem na nie odwozimy. Radzą sobie.

Komórka obserwacyjna, skauting zagraniczny to twoje oczko w głowie?

To moja główna działalność. Cały skauting koordynuję nieustannie, bo ciągle coś się dzieje. Zresztą mamy fajny system, który teraz stworzył jeden ze skautów, który ma firmę informatyczną. Skauci raportują z meczu, mają określony arkusz przygotowany przez selekcjonerów kadr młodzieżowych – system oceny zawodników. Można to wypełniać na komórce, tablecie, komputerze, wystarczy wypełnić, kliknąć i już dostaję PDF-a, którego przesyłam do odpowiedniego trenera. Takie programy często kosztują grube setki tysięcy euro, a my mamy własny, który spełnia nasze oczekiwania.

Ilu macie skautów?

Na Niemcy, Irlandię i Anglię jest ich 52. Wiadomo, że tych najważniejszych jest kilku, reszta to wolontariusze. Gdyby coś się działo, to są w pogotowiu, potrafią obejrzeć mecz awaryjnie.

A zaczęło się od ciebie.

Ludzi którzy narzekali ze straciliśmy Podolskiego i Klose było wielu. Ja chyba jako pierwszy ubrałem to w jakiś przemyślany plan czy system.

Jak trafiłeś do PZPN-u?

Pisałem kiedyś do „Tygodnika Kibica” i przy mundialu w 2006 roku trafiłem do telewizji, byłem oddelegowany od spraw researchowo-ciekawostkowych. Statystyki, te sprawy.

Czyli ty odpowiadałeś za to, że Dariusz Szpakowski mówił o wyliczeniach „Tygodnika Kibica”.

Przekazywałem mu te informacje. Byłem przez miesiąc w każdym studiu z meczów na MŚ i tam poznałem pana Jurka Engela. Zapytałem się, czy ktoś się zajmuje takim skautingiem zagranicznym. To był z początku luźny pomysł, ale powiedział, żebym przygotował plan, który potem został zaakceptowany przez Wydział Szkolenia. Pierwsze dwa lata pracowałem jako wolontariusz, miałem swój telefon, swój Internet, wszystko swoje. Udało się to rozkręcić, znaleźć ludzi do pomocy. Teraz mamy chyba najlepszy okres działalności. Marek Koźmiński osobiście dba o to, żeby było dobrze – mamy porządny budżet. Organizujemy specjalne spotkania dla młodych piłkarzy i ich rodziców, co roku odbywają się w Kolonii, teraz w listopadzie będzie w Londynie.

Główny nurt to chyba jednak ciągle Niemcy.

Do tej pory 90 proc. naszej uwagi to były Niemcy. Jesteśmy wszędzie, ale  na razie większość która trafia do kadr gra za Odrą.

Jak się pojawił Michael Olczyk z Schalke?

Przyszedł na nasze spotkanie w Kolonii trzy lata temu. Od razu potem przyjechał na konsultację przed Pucharem Syrenki. Słabo mówił po polsku, ale wywalczył miejsce w kadrze, którego nie stracił do dziś. Trenerzy się zmieniają, roczniki też, a on wciąż gra. Rozwija się, odmówił Niemcom, choć mu proponowali grę. Oby rozwijał się dalej, żeby był naszym wzmocnieniem aż do pierwszej kadry.

Młodzi pewnie sami nie wiedzą, czy chcą reprezentować Polskę czy Niemcy. Jak ich przekonujecie?

Czasami widzimy, że ktoś sam nie wie jak to będzie. Nikt na siłę nie ciągnie, jeśli chcą i deklarują, że przyjadą, to najczęściej połykają bakcyla, podoba im się i zostają. Jeśli wtedy powiedzą, że chcą grać dla Polski, to jest to już mocna deklaracja. David Kopacz i Riccardo Grym byli w obrębie zainteresowań Niemiec, pojechali na konsultacje, ale teraz powiedzieli w klubach, że chcą reprezentować Polskę. Zdarzają się, sporadycznie, ale się zdarzają, przypadki, że ktoś czuje się nieobecny i nie do końca radzi sobie na zgrupowaniu. Ale w większości dają z siebie 200 proc.

Byli tacy, którzy się deklarowali, ale mimo wszystko odeszli?

Może jeden, dwóch takich było, ale trzeba się liczyć z tym, że pewnie jeszcze będą następni. Jednak być w reprezentacji Niemiec a być w obrębie jej zainteresowań, to dwie różne sprawy. Tam jest dużo trudniej. Ci, którzy przekonali się do Polski są zadowoleni z wyboru. Ale staramy się, że jeśli bierzemy kogoś z zagranicy, to żeby był lepszy od swojego rówieśnika z Polski.

Różnią się mentalnie od Polaków?

Kulturowo tak, ale w domu mówi się po polsku, więc potrafią się bez problemu dogadać.

Jak do was trafił Riccardo Grym z Bayeru Leverkusen? Imię i nazwisko mało polskie.

On jest z Warszawy, jego tata jest fanem Legii. Teraz coraz więcej jest dziwnych imion w całym kraju, więc na imię nie patrzmy. Mamy Karstena, Marcela, Marco, Davida, Maximiliana Funka, który też nie ma polskiego nazwiska. Przyjedzie z Anglii Brian.

Riccardo Grym 2

Największy talent to chyba David Kopacz?

Obecnie jest mocnym punktem kadry U-17. W roczniku 1999 jest więcej chłopaków z zagranicy niż w innych, taki urodzaj, bo jest jeszcze Jakub Bednarczyk z Leverkusen, Mikołaj Kwietniewski z Fulham, Bartosz Wiktoruk z Rody, Dawid Jadach z Austrii Wiedeń, Marco Drawz z HSV. W osiemnastce znalazłoby się pięciu-sześciu, którzy grają za granicą.

Emigracja do Anglii zaczęła się w okolicach 2004 roku. Jeśli jakaś rodzina wyjechała z pięcioletnim chłopcem, to teraz powinien już wchodzić do kadr młodzieżowych.

Mamy takich, co grają w najlepszych akademiach. Na razie jest ich mało, ale będzie pojawiało się ich więcej. Ci, którzy się tam urodzili stawiają pierwsze kroki w mniejszych szkółkach, ale stamtąd trafia się dalej. Paweł Żuk z kadry U-15 przeszedł z Oldham do Evertonu i to był przemyślany transfer liverpoolskiego klubu, bo kontrakt podpisany był z Roberto Martinezem, czyli dla nich to coś większego. Sporo sobie po nim obiecujemy, ale na konsultacjach dowiemy się ile mu brakuje.

Wychodzi na to, że najszybszy rozwój komórki skautingowej przyszedł w najlepszym momencie – tuż przed wysypem piłkarzy w Anglii.

Za czasów poprzedniego prezesa był taki okres, że nie mogłem jeździć za granicę. Komórka skautingu zagranicznego, a ja przez rok nie byłem za granicą. Na szczęście prezes Koźmiński mocno zainteresował się tematem, cały czas się interesuje, zrobiliśmy zaciąg wolontariuszy. W dniu meczu ze Szkocją robię spotkanie ze skautami w Glasgow i kandydatami, więc Wyspy będziemy mieć mocno obsadzone. W Niemczech Tomek prowadzi stronę „Gramy dla Polski”, gdzie zbieramy zawodników grających na dobrym bądź bardzo dobrym poziomie. Coraz więcej mówi się o nas w polonijnych mediach, jesteśmy rozpoznawalni i ludzie dzwonią. Taki kontakt jest najlepszy, jeśli ktoś zadzwoni, bo wtedy nie trzeba nikogo przekonywać.

Ale pewnie dzwonią też i tacy, którzy nie mają wiele wspólnego z piłką.

Tak, rodzice, dziadkowie albo ksiądz z parafii. Różne dziwne sytuacje były i po paru minutach wiadomo, czy ktoś zna się na piłce. Mówią, że ktoś robi kapki, więc musi grać dla Polski. Ktoś inny jest królem strzelców takiej ligi, której nie można namierzyć w Internecie, w której graja nie profesjonalne klubu, ale szkoły i parafie. Prosimy, żeby wysłali nam nagranie meczu, bo nie będziemy wysyłać skauta na dwunastą ligę.

W Anglii jest najlepszy skauting i żaden talent raczej się nie prześlizgnie, prędzej czy później trafi do którejś akademii. Pierwsza selekcja dla nas to kluby angielskie i niemieckie, widzimy kto tam przychodzi. W poprzednim roczniku U-15 mieliśmy dwóch zawodników z Herthy, którzy dopiero co trafili z mniejszych klubów, wypatrzeni w wieku 12-13 lat. Wtedy i my momentalnie ich wypatrujemy.

Skąd wiecie, że dany zawodnik jest Polakiem? Czasem nie wskazuje na to ani imię, ani nazwisko.

Jeśli szukamy w Niemczech, to Tomek zna tam Polaków. W obrębie ligi każdy Polak wie, kto jeszcze jest od nas, spotykają się na meczach, jeżdżą na wyjazdy w obrębie Zagłębia Ruhry. Stoją zawsze razem i tak się łapie młodych zawodników. W taki sposób dowiedzieliśmy się się np. o Maximilianie Funku. Bywam na tych meczach wygląda to tak, że Polacy stoją w jednym miejscu, leci lekka szyderka, ale jest wsparcie dla każdego młodego chłopca. Nie jest trudno ich znaleźć, bo jak ktoś jest w środku, to o tym wie.

Jak ważny jest kontakt z rodzicami?

Bardzo. Chłopcy czasami są w szoku na zgrupowaniach, rodzice pchają ich do kadry, jest wyrwanie z naturalnego środowiska – ze szkoły czy z klubu. Do Polski jeździli najczęściej na wakacje albo do babci. Tutaj wchodzą w obce środowisko, więc muszą mieć wsparcie od rodziców. Nie mamy zastrzeżeń, jeśli mama i tata przyjeżdżają z nimi na zgrupowanie, staramy się odwiedzać ich w domach. Gdy jeździ tam trener Zalewski na obserwacje, to też odwiedza. Ambasadorem kadry jest Radosław Gilewicz, robi nam świetną robotę w Austrii i Niemczech.Cały czas jest kontakt, często do siebie dzwonimy i staramy się być jak najbliżej. Musimy też wiedzieć, kiedy w szkole są kłopoty.

Bo to istotne: w Niemczech szkoły są najważniejsze. Bywa, że jeśli chłopak ma egzaminy, to szkoła go nie puści, bo jest ważniejsza niż klub i reprezentacja. Jeśli ktoś jeździ na reprezentację Niemiec, to ma dużo łatwiej, bo w sztabach są nauczyciele. Zresztą niemiecka kadra jest z innej planety – ma kucharzy, 12 trenerów i zwykłe lekcje. Kiedyś na mistrzostwach Europy przez przypadek wszedłem na piętro niemieckie w hotelu, bo Niemcy wykupują sobie dwa piętra, nie korzystają tylko z pokoi przydzielonych przez UEFA. Ale do rzeczy: zerknąłem przez okno, a tam normalne lekcja geografii. Wszyscy się uczą. Wiozą ze sobą nauczycieli od różnych przedmiotów.

Staramy się układać terminarz chłopców i nasz, żeby się zgadzało, ale zdarza się, że nam mówią, że nie interesuje ich to, że piłkarz ma wyjazd z klubem czy kadrą. Jeśli ma egzamin, to musi na nim być. Nie ma poprawek. Musi być w danym miejscu i czasie. Staramy się przekładać ten egzamin na wcześniej lub później. Jest też ewentualność, że i tak przyleci na kadrę i wróci na jeden dzień do Niemiec zdać egzamin. Bo jeśli szkoła zagrozi, to nie można nic zrobić. Na szczęście mamy trenera Zalewskiego, Radosława Gilewicza i jesteśmy dzięki nim w kontakcie ze szkołą, koordynatorami szkolenia w klubie. Jeśli dzwoni Gilewicz, postać nieanonimowa, to możemy dyskutować inaczej, podziałać, czasem przenosić góry.

Czasem nie puszczają nawet w trakcie terminów fifowskich, choć puścić muszą. Przy Pucharze Syrenki mieliśmy sytuację, że szkoła nam powiedziała, że jeśli zawodnik zmienia szkołę, to nie może wyjechać. Miał trzy egzaminy-kobyły i go nie puścili, mimo tego, że to jeden z lepszych uczniów. To różnica między nami a zachodem. Tam chłopcy naprawdę się uczą. Tutaj jest przymykanie oczu na egzaminy, kluby wszystko załatwiają. Do tego oni nie chcą chodzić do szkół przy klubach, bo jest niższy poziom, tylko do lepszych, gdzie dyrektor szkoły wraz z koordynatorem ustala kiedy puścić zawodnika  trzy razy do roku. Wtedy są przełożone lekcje. Da się załatwić przy dialogu, ale nie zawsze. Tam każdy wie, ze jeśli nie daj Boże coś by się piłkarzowi stało, to pójdzie na dobre studia. A u nas? Nie będę mówił, co będzie. U nas nauka pilnowana jest na początku, z wiekiem poziom zaangażowania spada. Za dużo jest treningów i meczów.

Widać to po wypowiedziach piłkarzy. Rzadko trafia się taki, który rozbudowuje zdania, jest krytyczny, ma coś do powiedzenia.

Sebastian Rudol z rocznika ’95 chyba jako jedyny ma ambicję skończyć studia, choć wielu pewnie dałoby radę. Jestem za tym, żeby się uczyli ile mogą, ale piłka nożna jest łatwiejsza i życie bez studiów jest łatwiejsze. Po co się męczyć? Zawodnicy z Niemiec pewnie studia sobie zrobią. Mają zaszczepioną w wychowaniu pracowitość.

To tradycje sięgające średniowiecza. Niemcy mają tzw. Ausbildung, czyli tak jakby praktyki po szkole.

Profesjonalizm. Idą na trening i trenują na maksa, do tego się uczą. W Polsce te elementy rzadko współgrają i na pewno coś musi się zmienić i nie jest to prosta sprawa, nie staniemy się Niemcami z dnia na dzień i nie będziemy dbać o wszystko, ale jeśli nauczymy kogoś profesjonalizmu, dbania o wszystko w wieku 13-15 lat, to ten zrobi większe postępy. Nasi chłopcy jako 16-17 latkowie na wakacje jeżdżą sami. Mają kontrakty i zarabiają więcej od rodziców. Młodzi Niemcy z Bayernu czy Leverkusen grają za sprzęt i obietnicę, że jeśli będzie dobry, to się przebije. Pytam się młodego piłkarza z Niemiec gdzie był na wakacjach. – Z rodzicami nad Bałtykiem – mówi. – Uuu, pewnie wolałeś z kolegami – odpowiadam.  – Nie, super spędziłem czas z siostrą, mamą, pieskiem – podsumował. I wiem, że nie żartował.

Może to wynika trochę z tego, że młody piłkarz w Niemczech jest otoczony bogactwem wszędzie. Klub jest bogaty, rodzice bogaci, trener bogaty, wie do czego ma dążyć. W Polsce trenuje z grzybem na ścianie w szatni, z trenerem zarabiającym 500 złotych i nagle dostaje kontrakt choćby na kilka tysięcy złotych to już czuje, że wygrał życie.

Tak, ale z drugiej strony popatrzmy na to, które kraje mają najwięcej talentów. To moja obserwacja, a nie statystyka, ale patrzę na Bałkany, gdzie rzadko można zobaczyć proste boisko, bieda jest pięć razy taka jak u nas, ale wiedzą, że ich jedyną szansą jest gra w piłkę. My jesteśmy gdzieś pomiędzy. A też w Niemczech talenty pochodzą z małych miejscowości.

Jak wygląda sytuacja w USA?

Mamy paru skautów na wschodnim Wybrzeżu, ale trudno wymagać, żeby jeździli po 300-400 kilometrów, żeby kogoś obejrzeć. Dlatego skupiamy się tylko tam, gdzie są skupiska Polonii. Głównie chcemy, żeby wysyłali nam filmy z meczów. Wtedy wyrabiamy sobie pierwsze zdanie o chłopcu albo o dziewczynie, bo tam jest mocna piłka kobieca i od czasu do czasu trafi się ktoś do kadry żeńskiej.

A co z Mattem Miazgą?

Bez komentarza – ani w jedną, ani w drugą stronę.

Jak wyglądała praca na Euro 2012 przy reprezentacji Danii?

Bardzo fajnie, ale była to robota pracochłonna. Nie zmrużyłem oka na początku, bo Duńczycy mają niemieckie podejście – wszystko musi być na tip-top. Trzeba było dużo zorganizować, bo stacjonowali w Kołobrzegu, a na wszystkie mecze latali na Ukrainę.

Tam też im towarzyszyłeś?

Tak, ale na Ukrainie był jeszcze jeden człowiek – brat Erika Sviatchenki, który teraz gra w duńskiej kadrze. I ten brat był moim pomocnikiem na Ukrainę. Trzeba było załatwiać loty, co prawda Duńczycy mieli własny samolot, który zawsze ich zabierał, ale trzeba było dotrzeć z Kołobrzegu na lotnisko, czyli przejechać jakieś 100 kilometrów. Z meczów w Doniecku wracaliśmy koło 4-5 rano, a o 11 był już trening.

I co dokładnie robiłeś?

Byłem przekaźnikiem informacji między UEFA a drużyną, organizowałem transport, dysponowałem flotą samochodów, które trzeba było w odpowiednim czasie i na odpowiednich zasadach wzywać. Do tego przewóz sprzętu na mecze, cargo. Każdy element był tak dograny, że gdy jechali na trening do Kołobrzegu, to wszystko liczyliśmy w taki sposób, żeby pociągi nie przecinały im trasy. Autokar nie mógł też przekraczać 100 km/h ani przez moment, bo według badań wtedy zaczynają się kłopoty z błędnikiem, pierwsze aberracje. Pilnowali wszystkich detali, do tego byli też ludzie ze służb specjalnych – naszych i ich. Do tego sprawy indywidualne każdego piłkarza, co chwilę przychodziły paczki, 20 dziennie, cały czas coś się działo. Dlatego biuro rozłożyłem w holu hotelu.

Na Ukrainie pewnie inaczej to wyglądało?

Gdy jechaliśmy w Polsce na lotnisko o piątej rano, to czekali na nas ludzie, żeby pomachać. Gdy byliśmy na ulicach Charkowa w centrum, to nikt nas nie witał. Jasne, czuć było klimat Euro, bo dookoła byli rozśpiewani Holendrzy i Duńczycy z własnymi miasteczkami namiotowymi zorganizowanymi przez sponsorów. Tam wszyscy zagraniczni goście się bawili, to już mocno zgrana tradycja. A miejscowi ze zwieszonymi głowami smutno się przechadzali. Już wtedy mieli własne, ważniejsze problemy.

ROZMAWIAŁ JACEK STASZAK

KOMENTARZE (0)