Image and video hosting by TinyPic
Ale to już było: Za pieniądze Wojciechowskiego zdarłbym skórę i zaorał boisko
Weszło

Ale to już było: Za pieniądze Wojciechowskiego zdarłbym skórę i zaorał boisko

Dziś, dla odmiany, zajechaliśmy na ulicę Konwiktorską, żeby spotkać się z postacią dla Polonii wyjątkową. Igor Gołaszewski – kiedyś kapitan, dziś trener Czarnych Koszul – opowiedział nam o odrzuconych ofertach z Chin i Stanów Zjednoczonych czy polskim Cristiano Ronaldo, czyli… Arkadiuszu Kaliszanie. Jest też kilka szorstkich słów w stronę byłego prezesa – Ireneusza Króla – a także o całowaniu herbu, które akurat dla niego nie mogło być gestem przypadkowym. 

Kariera z dzisiejszej perspektywy – spełnienie czy niedosyt?

Spełnienia nie było, pozostał duży niedosyt. Zawsze można było zrobić więcej. Tym bardziej, że przygodę z piłką zacząłem bardzo późno, w wieku dwudziestu dwóch lat. Wcześniej trenowałem lekkoatletykę. Nie wiadomo, jak by to było, gdybym od początku skupił się na futbolu. Z drugiej strony na pewno nie byłbym tak dobrze przygotowany wydolnościowo, szybkościowo. Ogólnie fizycznie. Nigdy nie zadebiutowałem w kadrze Polski. Więcej mogłoby być też tych sukcesów. Zadomowiłem się w Polonii i z perspektywy czasu nie żałuję. To jest mój klub, mój ulubiony, z którym w Polsce osiągnąłem wszystko. Kwestie finansowe, które po drodze mu przeszkadzały, spowodowały, że tych sukcesów było niewiele.

Największe spełnione piłkarskie marzenie?

Trofea, które zdobyłem z Polonią. Mistrzostwo Polski, Puchar Polski i Puchar Ligi, którego zostałem królem strzelców.

Największe niespełnione piłkarskie marzenie?

Na pewno kadra i – tak jak powiedziałem – więcej sukcesów. Polonię było stać, ale zaważyły kwestie finansowe. Piłkarze szukali innego pracodawcy, bardziej wiarygodnego. Wiadomo, to jest pogoń za pieniędzmi. Co do reprezentacji… W tamtych czasach selekcjonerzy nie widzieli we mnie osoby przydatnej kadrze. Nie wiem, co im przyświecało. Byłem blisko, ocierałem się. Był okres, gdzie w polskiej lidze, jeszcze przed sezonem mistrzowskim, grałem bardzo dobrze. Zostałem nawet nagrodzony poprzez noty Przeglądu Sportowego, ale powołania otrzymywali inni. Z naszej drużyny na przykład Grzegorz Wędzyński. Trudno, takie życie. Piłkarzy jest wielu i każdy marzy o grze z orzełkiem na piersi.

Najlepszy piłkarz, z którym pan grał?

Moim najlepszym kolegą i osobą, która poświęcała się w każdym meczu, był Arek Bąk. Szacunek dla niego. Kilka pięknych lat spędziliśmy razem w jednym klubie. Na zgrupowaniach czy obozach mieszkaliśmy w jednym pokoju. Do tej pory jesteśmy przyjaciółmi. Podziw dla jego umiejętności, bo pomimo wielkiej konkurencji trafił do kadry i pojechał na mistrzostwa świata. Ta osoba jest dla mnie, jak to się mówi… Brakuje mi słowa, a nie chcę go przechwalić, ale niech będzie. Jest idolem jako kolega, przyjaciel i zawodnik.

Najlepszy piłkarz przeciwko któremu pan grał?

Na pewno Deco. Pełen podziw dla stylu gry, umiejętności. Miał bardzo dobry przegląd pola, był dyrygentem Porto i w zasadzie po jego fantastycznych zagraniach w Portugalii zostaliśmy zdemolowani. Potem bardzo dobrze spięliśmy się na mecz rewanżowy i jako jedyna drużyna pokonaliśmy Porto w ich drodze po Puchar UEFA.

Najlepszy trener, który pana trenował?

Jerzy Engel. Szacunek, podziw, klasa i wzorzec dla mnie, jako przyszłego trenera. Co prawda już trenuję, ale przede mną jeszcze długi proces. Jest dla mnie wzorem. Przede wszystkim chodzi o podejście do pracy. Mistrz motywacji, mistrz taktyki. Sam na swojej skórze wielokrotnie się o tym przekonałem. Pamiętam bardzo dobrze mecz z Lechem, gdzie pojechaliśmy pociągiem do Poznania. Mieliśmy odprawę na torze wyścigowym, tam w hotelu. Wziął mnie na bok, powiedział, że dzisiaj będę grał. Do tego szepnął kilka odpowiednich słów i zagrałem fantastyczny mecz z bramką i asystą. Pomimo tego następna rozmowa spowodowała, że znowu usiadłem na ławce. Była inna koncepcja. Wygraliśmy 4:0, albo 4:1, a człowiek, który zagrał za mnie, zdobył dwie bramki. Też w niektórych meczach wpajam to moim zawodnikom i generalnie staram się zaszczepiać to, co robił trener Engel.

Najgorszy trener, z którym miał pan przyjemność?

Niech to zostanie tajemnicą. Jestem człowiekiem, który nie pali za sobą mostów. Nie wiadomo kiedy i w jakiej sytuacji możemy się spotkać. Niech to pozostanie bez echa.

Gej w szatni? Spotkał pan takiego chociaż raz? 

Nigdy się nie zdarzyło. Nie mam żadnych uprzedzeń, ale żaden z zawodników, z którymi trenowałem, nie przemawiał inklinacji do takich ciągotek. Może ktoś działał w ukryciu.

Najlepszy żart, jaki zrobili panu koledzy? Kto i gdzie? 

Lecieliśmy do Kazachstanu na Puchar Intertoto. Zrobiliśmy zakupy na lotnisku. Po wyjściu z samolotu Polacy witają nas chlebem i solą, a okazuje się, że ja nie mam ze sobą tych swoich suwenirów. Wsiadłem w gazik policyjny, wpadłem do samolotu. Wysypałem worki ze śmieciami. Myślałem, że ktoś to sprzątnął. Tymczasem ukryli mi to koledzy, a ja wyszedłem na idiotę.

Najlepszy żart, który wykręcił pan?

Kolega kupił sobie nowy samochód, zajechał na AWF, gdzie mieliśmy trening. Wtedy, razem z innymi kumplami, poprzywiązywaliśmy do podwozia puszki po Coca Coli. Jak już ruszył, to leżeliśmy ze śmiechu. Z tego co widziałem, to wyjechał z parkingu. Pewnie domyślił się dopiero pod domem. A może ktoś po drodze zwrócił uwagę, ze coś stuka. Weselna przygoda, pomimo tego, że już kilkanaście lat był w związku.

Kim chciał pan być po zakończeniu kariery i jak bardzo marzenia różnią się od rzeczywistości?

Zawsze dążyłem do perfekcji. Starałem się grać na maksa, spełniać pokładane we mnie nadzieje. Teraz chciałbym być dobrym trenerem. Przełożyć doświadczenie z kariery tak, żeby w pewnym momencie zaprocentowało. Jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Potrzeba cierpliwości. Tylko niektórzy trenerzy dostają suweniry w postaci szybkiego objęcia jakiejś posady. Ja trenuję w Polonii i mam wokół siebie wspaniałych ludzi, od których się uczę i w przyszłości mam nadzieję zostać dobrym trenerem.

Której decyzji podjętej podczas kariery żałuje pan najbardziej?

Był okres, gdzie w Polonii zaczęło dziać się źle. Wtedy miałem możliwość wyjazdu za granicę, konkretnie do Stanów Zjednoczonych albo Chin. Nie wiem jakby to było, bo ostatecznie nie spróbowałem, ale zostałem z Polonią do samego końca. Jak to się mówi, byłem kapitanem i nie uciekłem z tonącego okrętu. Mam szacunek u kibiców, ludzi związanych z klubem. To wspaniałe, jeśli na każdym kroku cię rozpoznają, zaczepiają i klepią po plecach za to, co zrobiłem dla tego klubu.

Co kupił pan za pierwszą grubszą premię?

To były czasy, kiedy zbierałem na mieszkanie. Trafiłem developera, u którego miałem ratę raz na dwa miesiące. Każda premia była przeznaczana na ich opłacanie, więc miałem dodatkową motywację, żeby wygrywać. Wiadomo, mieszkanie to nie wszystko. Trzeba je jeszcze jakoś umeblować, urządzić. Chciałem zapewnić normalny byt mieszkalny swojej rodzinie.

Największa suma pieniędzy przepuszczona w jedną noc?

Raz nieświadomie chciałem wygrać jakieś pieniądze. Usiadłem na internecie i zacząłem obstawiać zakłady live. Przegrałem jakieś 12 tys. złotych przez jedną noc. Na drugi dzień obudziłem się z moralniakiem. Wszystko pokasowałem i od tamtej pory już się w to nie bawię. Jeśli człowiek nie zapracuje, to nie zarobi. Są tylko jednostki, które dorobiły się na toto-lotku, czy obstawianiu meczów. To chyba jakiś prezent od Boga.

Najbardziej pamiętna impreza po sukcesie?

Świętowanie mistrzostwa Polski w Konstancinie. Byli piłkarze, cały zarząd. Potem zostawili nas samych, z wypełnionym barkiem do dyspozycji. Dwa dni balangi, ale następny mecz wygraliśmy, także nie zaważyło to na naszej formie. Czy w barku coś zostało? Nie pamiętam. Moja świadomość była mocno ograniczona.

Z którym piłkarzem z obecnych ekstraklasowiczów najchętniej by pan zagrał w jednej drużynie?

Z Tomkiem Jodłowcem. Chłopak związany z Polonią, zawsze sumienny, walczak. Nigdy nie odpuszczał. Nawet jeśli miał pogłębiającą się kontuzję, to blokada i jazda. W pewnym momencie tych praktyk zaprzestano, bo mogły odbić się na jego zdrowiu w przyszłości. Rozwinął się i dobrze, że nie poszedł za granicę. Mamy wiele młodych chłopaków, którzy przepadli. Wszołek, Salamon, Wolski. Wielkie talenty, ale za wcześnie i zbyt pochopnie wyjechali.

Z którym z obecnych trenerów Ekstraklasy chciałby pan pracować?

Z Maciejem Skorżą, bo to mój kolega. Też zaczynał w bardzo prosty sposób. Po AWF-ie trochę z przypadku trafił do sztabu Pawła Janasa. Potem sam przejął stery. Co prawda teraz ktoś się może przyczepić, że Lechowi nie idzie, ale nie jest to tylko wina trenera. On jest tego świadomy. Myślę, że włodarze Lecha będą cierpliwi i dadzą mu jeszcze szansę.

Poziom Ekstraklasy w porównaniu do pana czasów – tendencja wzrostowa, czy spadkowa?

Wszystko się zmieniło. Tak jak w ligach zachodnich mamy mnóstwo obcokrajowców. Za moich czasów było ich nieporównywalnie mniej. To wszystko włodarze i sponsorzy, którzy wykładają na to pieniądze. My byliśmy specyficzną drużyną. Nie było gwiazd, ale był charakter, czyli coś, czego dziś zdecydowanie brakuje. Namnożyło się agentów, którzy psują zawodnikom w głowach i wciskają, że najlepiej jak najczęściej zmieniać kluby. Dziś mało który utożsamia się z zespołem, dla którego gra, bo gdzieś w głowie ma, że to tylko odskocznia.

Najcenniejsza pamiątka z czasów kariery piłkarskiej?

Puchar i medal za mistrzostwo Polski.

Pierwszy samochód?

Seat Cordoba. Z tą nową budą, te opływowe kształty, łączone światła z tyłu. To był chyba 1998 rok. Nowiutka, z salonu. Przyznam, że poszedłem po bandzie. Zdecydowaliśmy z żoną, że najwyżej później się będziemy martwić i zaszaleliśmy, ale generalnie byliśmy zadowoleni.

Najlepszy samochód?

BMW 530 w dieslu. Od zawsze mój wymarzony samochód. Tak model, jak i marka. Służył mi przez wiele lat.

Najlepszy młody polski piłkarz, który ma szansę zrobić wielką karierę?

Oczywiście Arek Milik. Miał bardzo trudny okres w Niemczech. Potem poszedł do Ajaksu i pokazuje, że warto na niego stawiać. Jest bramkostrzelny. W reprezentacji może uczyć się od Lewandowskiego, wie czego chce. Nigdy nie słyszałem o jakichś ekscesach związanych z jego osobą. Do kariery podchodzi ze stoickim spokojem. Lewandowski w jego wieku podajże wyjeżdżał do Niemiec. To ten sam typ człowieka i nie powiedziane, że nie zrobi podobnej kariery.

Artykuł prasowy o panu, który najbardziej zapadł w pamięć? 

Kiedy moja kariera prężnie się rozwijała, to i w prasie, i w telewizji było mnie pełno. Robili ze mną wywiady. Opowiadałem o teraźniejszości, przeszłości. Opowiadałem historię o mojej przygodzie z lekkoatletyką. To wszystko zaprocentowało. Miałem bardzo mało kontuzji. Pamiętam też, że kiedyś w Canal Plus określili mnie „żelaznymi płucami Ekstraklasy”.

Ulubione zajęcie podczas zgrupowań.

W zależności od tego, gdzie akurat się znajdowaliśmy. Oczywiście słońce, basen, chociaż z tym nie można było przesadzić, bo kolidowało z treningami. No i wiadomo, że bilard, karty… Chociaż ja nie byłem typem karciarza. W autobusach czy pokojach chłopaki grali na kasę, a ja kasę bardzo szanowałem, więc uciekałem od rozrywek. Miałem rodzinę i musiałem myśleć przede wszystkim o niej.

Ulubiony komentator?

Włodzimierz Szaranowicz. Człowiek legenda, opoka Telewizji Polskiej. Przy każdym, nawet najkrótszym spotkaniu, zawsze byłem przez niego rozpoznawany, zwracaliśmy się do siebie po imieniu. Naturalnie lubiłem też słuchać jego komentarza. Z tych młodszych na pewno Twarowski i Smokowski, z którymi byłem u Żewłakowów na weselu. No i na pewno Mateusz Borek. Wszyscy ci wymienieni na stale osiadli w swoich telewizjach i rządzą Polsatem i Canal Plusem.

Ulubiony ekspert?

Janusz Atlas. Człowiek, który w pewnym momencie bardzo mi pomógł. Dzięki jego artykułom doszło do tego, że dostałem nagrodę dla króla strzelców Pucharu Ligi. Samochód o wartości 60 tys. złotych.

Najbardziej wzruszający moment w karierze? 

Był taki jeden, kiedy wygrywaliśmy przy Łazienkowskiej i powoli docierało do nas, że zdobywamy mistrzostwo Polski. To były piękne chwile. Nigdy wcześniej się tego nie spodziewałem. Rzecz jasna parliśmy, były symptomy, ale zawsze trzeba walczyć do samego końca. Wtedy na papierze i w tabelach wszystko stało się jasne.

Największy jajcarz, z którym dzielił pan szatnię?

Mariusz Malinowski, ksywa „Wąski”. Robił masę głupstw, figlarnych numerów zawodnikom, ale przede wszystkim masażystom. Na przykład na obozie w Chorwacji, kiedy maserzy zeszli do katakumb, gdzie masowali piłkarzy, zorientowali się, że nie ma łóżek. Okazało się, że Mariusz, razem z Jackiem Dąbrowskim, wynieśli je na dach.

Największy pantoflarz?

Nie chciałbym palić mostów. Powiem tylko, że obecnie przebywa w Stanach. Znana osoba w środowisku.

Największy niespełniony talent?

Mój syn. Grał w Piasecznie razem z Michałem Żyrą, ale jest rok młodszy. Kochał piłkę, był naprawdę utalentowany. Nigdy wcześniej ani później nie widziałem takiego talentu i nie było to tylko moje zdanie. Teraz żałuje. Pewnie wpływ na niego miała sytuacja rodzinna i moje rozstanie z żoną. Może jakieś bariera psychiczna. Nie wykorzystał tego, a miał wiele momentów, żeby wrócić. Dziś ma 22 lata i już nie ma szans na wielką karierę. Nie nadrobi sześciu straconych lat. Był w szkółce Legii, chodził do gimnazjum. Zrobił mega postęp, urósł, był największą osobistością w drużynie. Zachowanie w szkole spowodowało, że został wyrzucony. Wpadł w złe towarzystwo, różnego rodzaju używki. Nie myślał o treningach i zaprzepaścił swoją przyszłość.

Największy modniś?

Arkadiusz Kaliszan. Kiedyś zrobiliśmy akcję, że jeśli wygramy mecz, to wszyscy golą się na łyso. Wszyscy, jak jeden mąż się zadeklarowali, ale jak się okazało, był wyjątek. Arek nie mógł rozstać się ze swoją piękną grzywą. Zawsze dużo czasu spędzał przed lustrem na jej modelowaniu. Taki polski Cristiano Ronaldo tamtych czasów. Fryzura nawet podobna, tylko że wtedy była inna moda i włosy były trochę dłuższe.

Najlepszy prezes?

Nie pozostaje mi nic innego, jak wskazać pana Romanowskiego. Pomimo tego, że później stało się to, co się stało. Ale to dzięki jemu i jego zaangażowaniu, nakładom finansowym, Polonia tyle wtedy osiągnęła.

Najgorszy prezes?

Co prawda już po zakończeniu mojej kariery, ale Ireneusz Król. Zniszczył klub, który musiał zniknąć z piłkarskiej mapy. Zasłużony klub nie zasłużył na to, żeby go tak okraść i zniweczyć. Mam też pretensje do pana Wojciechowskiego. Przecież przekazując firmę musiał wszystko sprawdzać. Może nie dostrzegł nieprawidłowości, może nie chciał ich dostrzec.

Całowanie herbu – zdarzyło się?

Oczywiście, wielokrotnie. Po zdobyciu bramek, jak większość piłkarzy w specjalny sposób przywiązanych do danego klubu. To był przekaz dla kibiców. Dla tych, którzy siedzą, dopingują i są wiernymi fanami. Dziś piłkarze poprzez ten gest próbują wkupić się w serca publiki. Wcześniej poprzez całowanie herbu bardziej dziękowano im za możliwość gry dla tak wspaniałych ludzi. Ja tu spędziłem dwanaście lat i kibice mieli do mnie wielki szacunek.

Kibice, z którymi zżył się pan najbardziej?

W Polonii jestem od dwudziestu lat. Od momentu, kiedy walczyliśmy o awans do Ekstraklasy, po dziś, kiedy próbujemy ją odbudować i jak najszybciej wspiąć się po ligowych szczebelkach. Nigdy jednak nie postrzegałem się jako idola. Zawsze wiedziałem, że jestem wyrobnikiem, walczakiem. Ładowałem w to całe serce. Uważałem, że jak wychodzę na boisko, to muszę dać z siebie wszystko. Kiedyś kibice chcieli zastrzec numer dziesięć, ale odmówiłem, bo nie czuje się legendą. Legendą człowiek staje się w momencie, kiedy go zabraknie. Ja jestem żywy i dla Polonii mogę zrobić jeszcze wiele dobrego.

Alkohol w sezonie?

Są momenty, kiedy można pozwolić sobie na takie rzeczy, ale w odpowiednich ilościach. Byle nie przesadzić, bo w jeden dzień można zniweczyć cały okres przygotowawczy. Upojenie alkoholowe to wyniszczanie organizmu, który potem trzeba regenerować.

Najlepszy kumpel z boiska po zakończeniu kariery?

Tak jak mówiłem, Arek Bąk. Jest za granicą, ale cały czas mamy ze sobą kontakt. Wyjechał z całą rodziną. Kiedy bywa w Polsce, to zawsze się widzimy. Z nim mam dziś najlepszy kontakt.

Największe opóźnienie w wypłaceniu pensji?

Za czasów pana Romanowskiego, gdzie pieniądze nie zostały mi wypłacone do teraz i prawdopodobnie już ich nie odzyskam. Jeśli w tej chwili miałbym takie kwoty, to mógłbym spokojnie żyć. Już nie ma na to szans, sprawa jest przedawniona. Zawsze, jak się z nim widzę, to przybiję piątkę. Dziś rany się zabliźniły. Nie raz jednak myślę, że gdybym miał te pieniądze, to żyłoby mi się zdecydowanie lepiej, ale mam nadzieję, że jeszcze uda mi się je zarobić.

Najładniejsze miasto w jakim przyszło panu grać?

Na pewno Ateny, kiedy graliśmy z Panathinaikosem. Nie mieliśmy dużo czasu, ale najładniejsze obiekty udało się zwiedzić. Bardzo duże wrażenie. Starożytne miasto, Akropol. Inna kultura, inny sposób życia, inne przepisy na drogach. Teraz w Polsce wiele rzeczy wygląda podobnie, jak śniadania w kawiarenkach, spotkania na kawie przed pracą. Wtedy to był inny świat.

Najgroźniejsza kontuzja?

Debiut w Ekstraklasie z Odrą Wodzisław. Naderwałem więzadła poboczne. Pamiętam, że Paluch przykopał mi z prostego podbicia. Jeszcze musiałem dograć piętnaście minut do końca, bo trener wykorzystał limit zmian. Następnego dnia nie mogłem ani zgiąć, ani wyprostować nogi. No i 54 dni odpoczynku.

Czego zazdrości pan dzisiejszym piłkarzom?

Warunków treningowych, finansowych. Wiele razy myślałem, że gdybym grał w Polonii za czasów prezesa Wojciechowskiego, to mógłbym żyć spokojnie i dostatnie. A miałem wgląd w kontrakty i sumy, jakie zarabiali jego piłkarze. Jestem zły i jest mi przykro, że nie potrafili tego uszanować. Ja za takie pieniądze zdarłbym z siebie skórę i zaorał boisko. Prezes może i miał humory, ale płacił bardzo dobrze. Piłkarze tego nie uszanowali.

PB

KOMENTARZE (0)

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY