Image and video hosting by TinyPic
Miałem talent, w Wiśle mnie zajechali. Naprawdę mogłem grać w Bayernie.
Weszło Extra

Miałem talent, w Wiśle mnie zajechali. Naprawdę mogłem grać w Bayernie.

Na papierze zdobył trzy mistrzostwa Polski, ale jeśli ktoś go kojarzy, to przede wszystkim z pamiętnego, rewanżowego meczu Wisły z Realem Saragossa. Jako nastolatek mógł ponoć trafić do Bayernu Monachium, ale wybrał Wisłę, z czego dziś nie może być zadowolony, bo kariery nie zrobił właściwie żadnej, a dziś trenuje dzieciaki w jednej z warszawskich szkółek. Z Kelechim Iheanacho spotkaliśmy się na Muranowie, w nigeryjskiej restauracji La Mama i trochę powspominaliśmy. Wisła, Smuda, Kasperczak, Lenczyk, Mielcarski…  Ostrzegamy: długie. 

Widziałem, że ostatnio zdobyłeś pierwszą bramkę w Premier League. Jak żyje ci się w Manchesterze? 

(?) Dobrze, dobrze…

Młody piłkarz w City, to samo imię i nazwisko…

A, o to chodzi… On jest z plemienia Ibu, mojego plemienia, więc możliwe, że ma takie samo imię, nazwisko i też gra w piłkę. Kiedy błyszczał na mistrzostwach świata do lat siedemnastu, znajomi dzwonili do mojej mamy i pytali: jakim cudem twój syn ciągle ma siedemnaście lat? Musiała tłumaczyć, że chodzi o kogoś innego. Ja go osobiście nie znam. Czysty zbieg okoliczności, ale do mnie też ostatnio dzwonił jakiś dziennikarz z Nigerii. Pomylił mnie z młodym.

Wczoraj zapowiedziałem wywiad, wstawiając na Twittera twoje zdjęcie. Jeden kibic napisał, że jest na nim Marcelo, drugi pomylił cię z piosenkarzem P. Diddym. To znaczy, że jednak coś w tej karierze nie poszło. 

Pewnie tak, ale nie mogę powiedzieć, że to całkiem moja wina. Część winy muszę zrzucić na sposób działania polskiej piłki w czasach, kiedy tu przyjechałem. Może teraz jest lepiej, ale ciągle nie tak, jak być powinno, w porównaniu do Zachodu. Gdybym trafił do innego klubu, to miał bym całkowicie inną karierę. Całkowicie. Dlaczego? Dlatego, że trafiając do Wisły grałem ledwie półtora roku zawodowo w piłkę. Działacze nie mieli cierpliwości do tego, żeby spokojnie budować moją karierę.

Co konkretnie masz na myśli?

Wszystko chcieli na tu i teraz. Pomyśleli: dobra, skoro w Nigerii strzelał tyle goli i jest taki młody, to kupujemy. Dobrze, kupili talent, ale zapomnieli o tym, żeby go pielęgnować. Nikt na to nie wpadł. Mam ponad 185 cm wzrostu, a ważyłem 75 kg. Zero mięśni w nogach, które są najważniejsze. Wcześniej nikt nie patrzył na to jak się odżywiam i w Polsce było podobnie. Do tego nowy styl gry, inna pogoda. Przyzwyczajenie się do tylu rzeczy to nie jest kwestia pół roku czy roku, tylko może nawet i dwóch lat. To wszystko widać na tym Kelechim z Manchesteru. Ogrywał się w rezerwach, pewnie miał rozpisane plany. Już widzę, że wygląda inaczej, niż wtedy, na tym juniorskim mundialu. Nie możesz kupić piłkarza z innego środowiska, kultury i od razu oczekiwać cudów. Jest takie słowo jak aklimatyzacja. To jest proces.

Kiedy patrzysz na Iheanacho z Manchesteru City, widzisz w nim swoje odbicie? W końcu trafiając do Polski byłeś w podobnym wieku. 

Chłopak ma dobrze ułożoną lewą nogę, ale ja w jego wieku też nie byłem przypadkowym piłkarzem. Też dostawałem powołania do juniorskich reprezentacji. Można powiedzieć, że byliśmy na podobnym pułapie, ale on został poprowadzony dobrze, a ja nie. Kiedy przychodziłem do Wisły, byli dominatorami. Chcieli gotowy materiał, a ja nim nie byłem. I nie czułem się gorszy od któregokolwiek z napastników. Popatrz na młodych polskich piłkarzy, którzy dwa lata temu byli gwiazdami. Gdzie oni są? Wszyscy piszą, że są słabi, ale nikt nie zwraca uwagi na to, czy klub odpowiednio o nich zadbał. Jeden czy dwa dobre mecze to tylko objaw talentu. Potem trzeba ich poprowadzić.

A ty, kiedy byłeś w Wiśle, czułeś, że coś jest nie tak?

Powiem ci, że na finanse nie mogłem narzekać. Płacili nieźle, płacili na czas. Kiedy dzwoniłem do prezesa i prosiłem o pięć tysięcy dolarów, to nie było problemu. Mimo to, że nie grałem. Pod tym względem każdy był zadowolony, ale to nie jest najważniejsza część dbania o piłkarza. Grunt to przygotowanie fizyczne. Ja wchodziłem na mecz… Pamiętam te pierwsze mecze. Pogoń Szczecin, Ruch Radzionków… Po pół godziny patrzyłem na zegar. Nie miałem siły biegać. Nie dlatego, że nie trenowałem. Po prostu nie byłem dobrze prowadzony.

Kto był wtedy trenerem? Orest Lenczyk?

Nie, nie, na samym początku był Smuda. Zawsze dokładał mi treningi indywidualne. Robiłem więcej niż pozostali. Franek lubił przycisnąć, rozumiesz. Niby dobrze, ale najpierw powinni sprawdzić na ile jestem gotowy. Nie mam pretensji do Smudy, tylko do ogółu. Działacze nie mieli wtedy odpowiedniej wiedzy. Popatrz na Legię. Dlaczego teraz coś się tam ruszyło? Dlatego, że wzięli się za nią młodzi ludzie, którzy nadążają za piłką nożną na świecie i wiedzą o co w niej chodzi. W tamtych czasach, kilkanaście lat temu, w każdym klubie działacze byli starzy. I tylko praca, praca, praca i bieganie. Wtedy wszyscy mówili tylko: chłopaki, walczymy! Ale piłka nożna to nie jest walka. Trzeba grać.

Mówisz tylko o błędach innych, a sobie nie masz nic do zarzucenia? 

Trochę winy muszę zwalić na siebie. Dali mi jeden, dwa, trzy mecze. Widziałem, że coś nie gra. Odstawili mnie na bok. Nie znałem polskiego, ale wtedy powinienem zapytać bardziej doświadczonych piłkarzy: jak mam się prowadzić, co jeść, żeby lepiej się czuć. Tego nie zrobiłem. Nie dbałem o siebie. Pamiętam, że przed przyjściem Oresta Lenczyka, zażądałem wypożyczenia. Chciałem grać. Trenowałem z Wisłą, ale mecze grałem w Wawelu Kraków. Jedni mieli na mnie oko, a do drugich miałem blisko, ale to było totalne nieporozumienie. Chciałem grać w Ekstraklasie. Potem trafiłem do Wisły Płock i zobacz – dałem radę. Dlaczego? Dlatego, że już wiedziałem jak się prowadzić.

W Płocku ci wytłumaczyli?

Sam się dowiedziałem. Widziałem, że moja kariera nie układa się tak jak powinna. Kiedy przyjechałem do Polski, w kółko jadłem tylko ryż i kurczaka. Nic innego mi nie smakowało. W Płocku zacząłem jeść steki i inne rzeczy, które pomagały moim mięśniom rosnąć. Zacząłem też chodzić indywidualnie na siłownię, przypakowałem. Grało mi się inaczej. W końcu mogłem walczyć fizycznie z obrońcami, zdobyłem kilka bramek. Działacz Orlenu… Jak on się nazywa… Widziałem go ostatnio. Był trenerem reprezentacji. Taki starszy, mały.

Strejlau?

Strejlau! Byłem przy rozmowie, kiedy zadzwonił do Wisły i powiedział, że chcą mnie odkupić. Odmówili. Powiedzieli, że mam wracać do Krakowa, gdzie trenerem był już Henryk Kasperczak. I wtedy zaczęły się moje kontuzje. Najpierw pachwiny. Musiałem lecieć na operację do Francji. Potem więzadła i kolejne osiem miesięcy przerwy. Kibic, który nie wiedział o co chodzi, mógł myśleć: dobra, ten gość tam siedzi i nic nie robi. A ja straciłem dwa lata na kontuzje. Dlatego mój bilans w Wiśle wygląda tak, jak wygląda. Byłem zajechany, ale – żeby było jasne – nie mam pretensji do Wisły. Kocham Wisłę i noszę ją w sercu.

Przynajmniej popracowałeś z trzema nieprzeciętnymi trenerami. Smuda, Lenczyk, Kasperczak. Trzy światy. 

Mieli kompletnie inną filozofię, ale wszyscy byli na swój sposób dobrzy. Mnie najbliżej do sposobów Kasperczaka, chociaż trzeba by pójść z duchem czasu i trochę je zmodyfikować. Wtedy były OK, ale czas leci. Lenczyk z kolei był jak nauczyciel od WF-u. Taki tata, profesor. Czuło się z nim szczególną więź. Kasperczak był otwarty, słuchał swoich piłkarzy. Nigdy nie zamykał drzwi. Każdy mógł przyjść, pogadać. On siadł i mówił: okej, dobrze, dobrze Keli, dobrze.

Taki dobry duszek. 

Dokładnie. To działało. Ja miałem kontuzję i chciałem dla niego grać. Dla Kasperczaka najbardziej. Dlaczego? Bo drużyna miała z nim najlepszy kontakt i to było widać, nawet na zewnątrz. To samo Szymkowiak. Ma kontuzję, ale chce grać. Blokada i jazda. Nie każdy trener byłby wart takiego ryzyka, ale Henio jak najbardziej. Widać było, że pracował za granicą, poznawał wiele ludzi, kultur. Nie musiał mówić: chłopaki, cisza! Wystarczyło, że się pojawił. Nie musiał zabiegać o nasz szacunek i autorytet. On go po prostu miał.

A Lenczyk?

Jego też wspominam dobrze. Lubił mnie. Przed tym, jak później podpisałem kontrakt z Widzewem, szukał mojego numeru telefonu. Dzwonił do agenta, ale już dałem słowo Bońkowi. Gdyby zadzwonił wcześniej, to wylądowałbym w Bełchatowie.

To dziwne, bo przeczytałem, że nie cierpiałeś obozów zimowych, a te Lenczyka były chyba najcięższe. 

Nie, właśnie nie. On zmienił metodę i pojechaliśmy do Spały, a w Spale nie ma gór. Najgorzej wspominam obóz w Straszęcinie, mój pierwszy, za czasów Smudy. Było tak zimno… Ja płakałem. Nie dlatego, że przygotowania były jakieś trudne, ale kiedy biegałem, nie czułem rąk i nóg. Zima, mróz, śnieg i 45 minut ciągłego biegu. Podszedłem do kumpla, Ibrahima Sundaya i powiedziałem, że nie dam rady, ale jakimś cudem pociągnąłem do końca. To była masakra.

Za trenera Smudy ustalaliście sami taktykę?

Nie wiem. To był początek mojej kariery w Polsce, więc taktyka nie była rzeczą, która najbardziej mnie interesowała. Nie zwracałem na to uwagi. Pamiętam, że zawsze podchodził i instruował, w jaki sposób mam grać. Mówił: Keli, jak lecisz skrzydłem, to jedź z nim. Pozwalał mi wchodzić w pojedynki jeden na jednego i dodawał impetu. To było dobre, bo miałem więcej luzu. Tak samo miał Kalu Uche u trenera Kasperczaka. Muszę powiedzieć, że wszyscy trenerzy mnie lubili i nigdy z żadnym nie miałem problemów. Problemy to oni mieli ze mną i z moimi kontuzjami. Chcieli dobrze, ale mnie zawsze coś bolało.

Opowiedz coś o początkach w Nigerii. 

Było ciężko. Żeby dostać się do Enyimba, czyli klubu z mojego miasta, trzeba było być naprawdę bardzo dobrym. Zawsze mieliśmy dużo wielkich talentów. Pamiętam, że przez pół roku musiałem ciężko trenować w drugim zespole. Nie płacili ani grosza. Wszystko na swój koszt. Musiałeś pokazać, że chcesz i czego jesteś wart. Mocno się zawziąłem, mimo tego, że było naprawdę trudno. Jedne buty miałem przez dwa lata, strasznie zniszczone. Kiedy inni mieli wakacje, ja i kilku chłopaków trenowaliśmy sami. Upał taki, że nie da się wytrzymać, a my trzydzieści okrążeń wokół boiska, potem trochę gry w dziadka. Od nowego sezonu przyszedł nowy trener i powiedział, że chce zobaczyć kilku chłopaków z drugiej drużyny. Zostałem i od tamtej pory wszystkie mecze do końca grałem w pierwszym składzie, mając siedemnaście lat. W moim wieku był tylko jeden chłopak, reszta starsi. Jak wejdziesz na ich stronę, to na liście zasłużonych piłkarzy wciąż jest moje imię. Do Wisły sprzedali mnie za duże pieniądze, koło 100 tys. dolarów. Wtedy to była naprawdę duża kasa.

Trudne miałeś dzieciństwo?

Wiesz jak to jest w Afryce. Moi rodzice byli przeciwko temu, żebym grał w piłkę, dlatego nie chcieli dać mi pieniędzy na buty. Mówili, żebym wziął się za szkołę, zdobył zawód. Że piłka nie da mi pieniędzy. Było go stać, ale jego marzeniem było to, żebym pracował w banku. Zmienili zdanie, kiedy zacząłem grać w Enyimbie, stałem się sławny i zacząłem przynosić do domu pieniądze.

Sławny?

Do dziś jestem tam sławny, jeszcze od czasów gry w uliczną piłkę. Graliśmy mecze – dzielnica na dzielnicę. Jeden facet nas zbierał, zamawiał autobus, jechaliśmy i kopaliśmy. Na trawie, piasku, betonie. Nieważne. W Nigerii, podobnie jak w Brazylii, na ulicy każdy ma ksywkę i znali mnie bardziej z niej, niż z imienia. To na ulicy wyłapała mnie Enyimba. Dopiero później, kiedy podpisałem kontrakt z jednym z największych klubów w Lagos – Julius Berger – ludzie zaczęli kojarzyć mnie z nazwiska. A potem wyjechałem za granicę. Z mojego miasta pochodzi też bracia Uche – Kalu i Ikechukwu. Chodziliśmy do jednej szkoły i graliśmy razem na ulicy. Kalu zaczął grać w klubie rok przede mną.

Czytałem też o tym, że miałeś propozycję z Bayernu Monachium, ale wybrałeś Wisłę. Szczerze? Jakoś nie chce mi się wierzyć. 

Ludzie myślą, że to kłamstwo… Ja wszystko opowiem. W roku 1999 byłem objawieniem ligi nigeryjskiej. Wszyscy mówili tylko o mnie, może pan dzwonić, pytać. W tym samym czasie byliśmy gospodarzami mistrzostw świata U-21. Prasa była oburzona dlaczego nie dostałem powołania, ale selekcjoner uznał, że jestem za młody i najpierw powinienem ograć się w U-17.

Ale co to ma wspólnego z Bayernem?

Powoli. Wygrałem nagrodę dla najlepszego piłkarza rundy i Pepsi wypłaciło mi premię – tysiąc dolarów. Poza tym na całe mistrzostwa postawili mi hotel w Lagos. To był pierwszy raz, kiedy byłem w stolicy. Hotel, prywatny kierowca, trybuna VIP na stadionie. Wszystko na ich koszt. Nie miałem wtedy nawet osiemnastu lat. Mistrzostwa oglądało mnóstwo agentów. Na jednym z meczów spotkałem koordynatora młodzieży w Bayernie Monachium.

Ale zaraz, zaraz… Jakim cudem? Przecież siedziałeś na trybunach. 

Pierwsze, co robią agenci, to czytają lokalne gazety. Więc brali gazety, czytali artykuły o Kelim, czyli o mnie, jak objawieniu ligi i pytali: dlaczego tego chłopaka nie ma na boisku? Wtedy nie było komórek, więc ten facet z Bayernu chodził i wypytywał, gdzie można mnie spotkać. Znajomy dziennikarz pojechał do mojego domu, ale mama powiedziała, że jestem w Lagos. Znalazł mnie i powiedział, że jest tu jeden człowiek, który chce mnie zabrać do drugiej drużyny Bayernu. I spotkałem się z nim w hotelu Sheraton. Tego nie zapomnę. W międzyczasie znajomy przygotował mi umowę z FC Metz. Jednocześnie inny znajomy chce mnie wciągnąć do nigeryjskiego Julius Berger, a Wisła szuka nowego napastnika.

Niezły mindfuck. 

No właśnie. Wisła miała ten plus, że byłem jej pewien. Wszystko było gotowe już w Nigerii. Dokumenty, zaproszenie. Tylko podpisać, lecieć i grać. Dla FC Metz byłem tylko jedną z opcji. Ciągle jeździli, oglądali, szukali. Bayern z kolei chciał mi się lepiej przyjrzeć i zaprosił na testy, po których mogliby mnie odpalić. Powiedz – co byś zrobił na moim miejscu?

Najpewniejsza Wisła, ale wiadomo, że wolałbym Bayern.

Byłem młodym chłopakiem z Afryki, chciałem jak najszybciej wyjechać, a deal z Wisłą był gotowy. A Bayern po tygodniu czy dwóch mógłby odesłać mnie do domu. Chcę, żebyś wiedział, że nie kłamię. Tak właśnie było. To samo mówiłem w wywiadzie kilka lat temu i to samo mówię teraz.

Ciągle dziwi mnie to, że nie grałeś na tamtych mistrzostwach, a i tak dostałeś trzy oferty z poważnych klubów. 

Mówię ci. Jeśli masz siedemnaście lat i jesteś objawieniem ligi, najlepszym strzelcem w pierwszej rundzie, no to sorry. Bierzesz w ciemno. Ma siedemnaście lat, daje radę. To jest talent, nie ma innej opcji. Trzeba spróbować, dać szansę. Wtedy nie było Youtube’a. Wielu piłkarzy trzeba było brać w ciemno. A ja wiedziałem i ciągle wiem, że mam talent. Po prostu nie rozwinąłem się tak, jak powinienem. Kalu Uche zrobił wielką karierę. Nie wiem czy wiesz, ale w Wiśle na początku był do odpalenia.

Serio?

No oczywiście. W Nigerii zaczynał jako środkowy pomocnik. Najpierw poszedł do Espanyolu, gdzie kompletnie mu się nie udało. Wysłali go do rezerw, a agent zaproponował go Wiśle. Przyjechał do Krakowa, a Smuda pokręcił głową i powiedział, że nie jest do niego przekonany. Na początku nie grał. Dopiero Henio Kasperczak dostrzegł w nim potencjał. Tak samo w Pawle Strąku, który może nie był wielkim piłkarzem, ale jakąś karierę zrobił. Kasperczak dostrzegł w nim coś, czego inni nie widzieli. Powiedział: ten chłopak jest silny, więc będzie dobrym defensywnym pomocnikiem.

W tobie nie dostrzegł?

Pamiętam pierwsze zgrupowanie, koło Zakopanego. W pierwszych dwóch meczach towarzyskich grałem od początku. Zdobyłem jakieś bramki. W ataku grałem z Żurawskim. Kasperczak widział mnie jako napastnika. Nie jako zapchajdziurę. Ale zrozum. Pierwszy mecz w sezonie, wszedłem z ławki, zagrałem piętnaście minut. Byłem blisko, byłem brany pod uwagę. Następnego dnia wysłali mnie na spotkanie rezerw z Koroną Kielce. Grałem w ataku. Nie wiem po co się wracałem. Ambicja. Próbowałem odebrać piłkę i strzeliło mi krzyżowe. I koniec.

Wspominałeś o tysiącu dolarów premii. Czytałem o tym wcześniej, ale nikt nie zapytał, na co ta premia poszła.

Wtedy każdy nigeryjski piłkarz marzył o tym, żeby mieć wieżę z odtwarzaczem CD. Rozumiesz. Dotykasz, wysuwa się kieszeń, wsadzasz płytę, dotykasz, płyta wraca… Jeżeli miałeś taki sprzęt, byłeś gość. To był mój pierwszy zakup. Po treningu przychodziłeś do domu, rozkręcałeś na cały regulator i wszyscy wiedzieli, że tam mieszka piłkarz, bo tylko piłkarze tak robili. Tak samo z samochodu. Jeśli ktoś słuchał głośno muzyki, to było wiadomo, że jedzie piłkarz.

Ile zarabiał wtedy młody, obiecujący piłkarz w Nigerii?

Mój pierwszy kontrakt to jakieś 450 euro rocznie.

Szału nie ma. 

No nie ma. To był rok 1998, a podpisywałem go jako piłkarz drugiego zespołu, więc rzucili mi byle co, bylebym tylko grał. Potem przeszedłem do Julius Berger. Nie zagrałem tam nawet jednego meczu, bo od razu wyciągnęła mnie Wisła, ale tam były już normalne pieniądze. Może nie astronomiczny, ale koło 5 tys. dolarów rocznie. W Polsce w tamtych czasach też nie było kokosów. Jak dostałeś 20 tys. dolarów za cały rok, to byłeś zadowolony.

OK, na koniec wróćmy do Wisły. Słyszałem, że gdyby nie Kuba Błaszczykowski, to twoja kariera mogłaby wyglądać nieco okazalej. 

Może, ale nie mam do niego pretensji. Pamiętam tę sytuację. Byłem pewniakiem do gry w pierwszym składzie na prawej pomocy, bo z drużyny odszedł Daniel Dubicki. W końcu poczułem wielką szansę. Miałem kupione bilety na obóz, a na liście było moje imię. Od początku wiedziałem, że Liczka mnie nie lubi. Czułem to i jego wspominam najgorzej. Ostatni trening, dzień przed wyjazdem. Przyjechał Kuba. Wiesz jak on gra. Wszedł, pierwszy trening. Sprint, kiwka, rajd… Ja grałem inaczej, byłem innym piłkarzem.

I to był twój koniec.

Następnego dnia normalnie przyszedłem na trening, ale Liczka zaprosił mnie na rozmowę. Czułem co się święci. Czułem, że nie pojadę na obóz i to się potwierdziło. Za mnie wskoczył Błaszczykowski. Pamiętam, że wtedy Liczka zadał dziwne pytanie: jaki masz plan? Trenowałem, przygotowywałem się do sezonu. Jeszcze wczoraj byłem pewniakiem, a on z godziny na godzinę pyta, jaki mam plan. Byłem zły, było mi smutno. Nie tak załatwia się takie sprawy. Rozmawiałem z dyrektorem sportowym, Grześkiem Mielcarskim. Powiedział, że zadzwoni do kilku klubów Ekstraklasy i sprawdzi, czy ktoś mnie chce.

I jak, znalazł się chętny?

Dzwonili do Śląska, Widzewa, paru innych klubów. Nikt nie był zainteresowany, bo byłem po kontuzji. Mielcarski powiedział, że jeśli sam znajdę nowy klub, to bez problemu odda mi moją kartę na rękę. To była słowna umowa, dżentelmeńska. Zadzwonił do mnie agent z Chin i powiedział, że mogę podpisać kontrakt z Tianjin Teda. Musiałem lecieć tam na własny koszt. Wisła nie dołożyła ani grosza. Wystawiła mi tylko zgodę na 10-dniowe testy. Zapłaciłem 2,5 tysiąca złotych z własnej kieszeni na bilet. Po sześciu dniach byli ze mnie zadowoleni. Zaproponowali mi kontrakt 80 tys. dolarów. Wszystko było dogadane i wtedy agent powiedział mi, że do Chin przyjeżdża się z kompletem dokumentów.

A twój certyfikat został w Krakowie. 

Dokładnie. Do chińskich klubów codziennie przyjeżdżają Serbowie, Brazylijczycy. Zasada jest prosta: spodobasz się, siadasz i podpisujesz kontrakt, bo zaraz twoje miejsce zajmie ktoś inny. Zostały cztery dni wizy. Dzwonię do Wisły, proszę o wysłanie. A Mielcarski mówi: pogadamy jak przyjedziesz. Ja na to, że nie mogę. Że mam tylko cztery dni i nie ma na to czasu. A on, że muszę wracać, bo Cupiał jest w Stanach i taka decyzja nie może zostać podjęta pod jego nieobecność.

Czyli cały misterny plan… trafił szlag. 

No nic, wróciłem. Zaraz zamykało się okienko transferowe, a ja ciągle czekam, wiedząc, że w Wiśle nie mam przyszłości i że za moment wyląduje na ulicy, bez klubu, bez niczego. W końcu wylądowałem w Nowym Mieście Lubawskim, beniaminku pierwszej ligi. Sprowadził mnie tam trener Wiśniewski, który znał mnie z Wisły Płock. Strasznie mnie lubił. Dzwoni i mówi: Keluś, co się dzieje? Pakuj się i przyjeżdżaj grać do mnie! Do Chin nie miałem po co wracać, bo w dzień mojego wylotu podpisali kontrakt z jakimś Brazylijczykiem.

Ten spalony deal w Chinach boli do dzisiaj. Takie odnoszę wrażenie.

Taka prawda. Boli i to strasznie, bo wiem, że dałbym radę. I w końcu wylądowałem na jakiejś wiosce. Stadion, szatnie… Dramat, ale chciałem grać. Zdobyłem dla nich pierwszą, historyczną bramkę w pierwszej lidze. Moje dzieci będą kiedyś czytać, że tata jest ich najlepszym strzelcem w pierwszej lidze. Moje nazwisko tam zostanie.

PIOTR BORKOWSKI


KOMENTARZE (0)

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY