Z imigrantami jest jak z transferami. Najważniejsze pytanie: co dalej?
Weszło Extra

Z imigrantami jest jak z transferami. Najważniejsze pytanie: co dalej?

Od kilku lat uchodzi za jednego z najbardziej efektywnych polskich agentów. Od początku prowadzi karierę Kamila Glika, a w tym okienku pracował przy przeprowadzkach Kamila Wilczka, Cezarego Wilka, Pawła Wszołka czy Piotra Malarczyka. W bardzo obszernej rozmowie Jarosław Kołakowski opowiada o rynku transferowym. Jaki ma plan na Glika? Dlaczego Malarczyk odszedł za jedynie 50 tysięcy złotych? Co powinien zrobić Drągowski i dlaczego polskie kluby słabo monitorują rynek?

Za panem okienko wyjątkowo bogate w transfery. Zabrakło tylko wisienki na torcie, czyli transferu Glika.

Żeby doszło do transferu, musi się złożyć kilka spraw. Kamil przed rokiem przedłużył kontrakt, jest ważnym piłkarzem dla Torino, wiążą go jeszcze dwa lata, w grę wchodziły naprawdę wysokie kwoty, a i sam klub nie chce odejścia Glika. To wszystko zmniejszało ofensywność potencjalnych kontrahentów.

Przed rokiem wyceniał pan Glika na pięć-osiem milionów euro.

Mogłem wyceniać, ale wartość zawodnika zależy od pozycji i zamożności klubu kupującego oraz sprzedającego i długości kontraktu, a Torino jest bogate. Ten sam piłkarz w Bayernie kosztuje inaczej, inaczej w Mainz, a jeszcze inaczej w zależności od tego, kto kupuje. Inna była cena Glika przed przedłużeniem kontraktu, a inna teraz. Nie jest tak łatwo dziś sprzedać obrońcę za kilkanaście milionów euro. Przykładowo Robert Lewandowski przeszedł do Bayernu za darmo. Kiedy kluby mają się dogadać na poziomie kilkunastu milionów euro, zawsze pojawia się jakiś zgrzyt. Kiedy piłkarz jest za darmo, zgrzytu nie ma.

Glik ma klauzulę odstępnego?

Nie można było jej wpisać, za to nowy kontrakt był wysoki, a podwyżka w stosunku do poprzedniego naprawdę duża. Zresztą Kamil zarabia kilkadziesiąt razy więcej niż w Polsce. To zupełnie inne realia. Na poziomie rozmów o takich dochodach, niekiedy nie ma pan już argumentów, by wpisać klauzulę, a umówmy się: do takich pomysłów jak kwota odstępnego akurat zawsze jestem pierwszy. Nie chcę jednak rozmawiać o transferach, które nie doszły do skutku. Przedłużając kontrakt, patrzyłem w ten sposób: mamy dwa lata do Euro 2016, spora szansa, żeby awansować. Jeżeli Kamil tam pogra, zostanie mu rok umowy. To może być naturalny moment do odejścia lub podpisania nowego bardzo dobrego kontraktu. Poza tym logicznie patrząc, trzeba było przedłużyć tę umowę. Glik miał wtedy za sobą naprawdę solidny sezon w Serie A i nie było sensu narażać się na utratę wywalczonej pozycji. Życie pokazało, że było warto, bo ostatni sezon był jeszcze lepszy! Zresztą na temat warunków rozmawialiśmy przez osiem-dziesięć miesięcy. Sam byłem w Turynie pięć-sześć razy, zanim się dogadaliśmy. Prezes Torino to niełatwy partner. We Włoszech mówi się, że prezesi włoskich klubów płaczą, gdy siadają z nim do rozmów.

Z drugiej strony piłkarze Torino odchodzą do silniejszych klubów. Pytanie, czy Kamil jest w stanie cokolwiek więcej osiągnąć. Trudno mu będzie powtórzyć taki sezon jak ostatni.

Dlaczego? Myślę, że może grać jeszcze lepiej. Ciężko będzie poprawić takie osiągnięcia strzeleckie, ale dla obrońcy nie to jest najważniejsze.

Długo się mówiło, że Galatasaray było skłonne wyłożyć większe pieniądze.

Nie ma sensu rzucać nazwami. Proszę się o Kamila nie martwić. Chcesz mieć podwyżkę, musisz przedłużyć kontrakt. Potem bywa, że trzeba się z niego wywiązać.

Czyli zostajemy przy scenariuszu – czekamy do Euro, ale bez pośpiechu.

Ale ja się spieszę! Bardzo chcę, żeby Glik trafił do jak najlepszego klubu, ale do właściwego i w odpowiednim momencie. Trzeba też mieć świadomość, że on gra na pozycji szefa obrony. Czyli jeżeli duży klub ma go wziąć równocześnie płacąc duże pieniądze, to w celu powierzenia mu tej pozycji. Bo Glik to nie przykładowo Darmian, skądinąd super zawodnik. Takich jak on, szybkich, zwrotnych, z prawej i z lewej strony w wielkich klubach musisz mieć pięciu. Piłkarz w stylu Kamila jest często jeden.

FINALOWY MECZ LIGA EUROPY SEZON 2013/14: SEVILLA FC - BENFICA LIZBONA --- UEFA EUROPA LEAGUE FINAL MATCH IN TURIN: SEVILLA FC - BENFICA LISBON

Co pana tak urzekło w Gliku i skąd nabrał pan przekonania, że warto było go rzucić na tak głęboką wodę jak Palermo?

Zawsze widziałem u niego determinację i charakter. Pamiętam jego potknięcia, z których wszyscy robili wielkie halo, a gdy inni, bardziej utytułowani zawodnicy popełniali podobne błędy, była cisza. Zawsze powtarzałem: ten zawodnik jest w stanie przeskoczyć ich wszystkich. Chodziło o to, żeby odpowiednio szybko wyjechać do właściwego klubu. Oprócz Palermo mieliśmy poważne zainteresowanie z dużego klubu Bundesligi, ale Włosi byli już pewni. Tak czy inaczej transfer w takie miejsce zawsze oznacza dużą rywalizację. Kamil – jako 23-latek – początkowo rywalizował z 30-letnimi Włochami z przeszłością z Serie A. Nie było mu łatwo, ale już w drugim sezonie w Torino był pewniakiem. Zawsze jednak wiedziałem, że da radę. Byłem na bieżąco. Przez te sześć lat nie było dnia, kiedy byśmy nie rozmawiali. Kiedy rozpoczynaliśmy współpracę, Piast spadł, a Glik miał jeszcze dwa lata kontraktu. Żeby go wykupić, trzeba było wyłożyć niemałe pieniądze, a gliwicki klub i tak jest finansowany przez miasto, więc de facto nie musiał nikogo sprzedawać. Dla Piasta nie ma znaczenia, czy kasa wpłynie stąd czy stamtąd. Liczy się klub, a nie przyszłość zawodnika. Dziś kiedy słucham jak niektórzy opowiadają: „niee, on powinien zostać! Powinien potwierdzić wartość!”, to…

Bawi pana to?

Staram się logicznie tłumaczyć każdą sytuację. Gorzej, kiedy piłkarz łapie się na te rady, a na koniec płacze. Bo ci sami ludzie, gdy dotyczy to ich pracy, działają inaczej. Dostosowują sugestie dla zawodnika do własnych potrzeb. To dotyczy nie tylko Glika! Trener, chce, żeby piłkarz został, a prezes chce sprzedać, bo liczy na pieniądze. Najważniejsze, komu zawodnik pomoże. Niektórzy uważali, że lepiej dla Glika było zostać w Piaście i awansować, bo „przecież mógłby się wykazać, potwierdzić”.

O tym jeszcze porozmawiamy, ale to swoją drogą dość groteskowe, że żaden z polskich klubów nie dostrzegł w nim potencjału, a widział to agent. Pytanie, czy tak to powinno wyglądać.

Takie sytuacje są dość częste, choć akurat transfer do polskiego klubu jest mocno uzależniony od możliwości finansowych. Wtedy liczyły się też wymagania Piasta, które nie były na miarę polskich klubów. Proszę również zwrócić uwagę na Wilczka, bo jemu zakończył się kontrakt i był dostępny za darmo. W niego też zawsze wierzyłem, ale brakowało mu szczęścia do trenerów, którzy potrafiliby go ustawić na odpowiedniej pozycji i tam na niego stawiać. A to przecież prawdziwa, nowoczesna dziewiątka! Wysyłałem Kamilowi setki boiskowych sytuacji. Omawialiśmy to, dyskutowaliśmy. Starał się je wdrażać i w końcu eksplodował.

Potrzebował na to dużo czasu.

Ale od kiedy zaczął grać w ataku, ma imponujące liczby. Strzał głową, lewa noga, uderzenie spoza pola karnego. Zaawansowany technicznie, bo grywał też w pomocy. W Serie A nie będzie mu łatwo, chociaż akurat o umiejętności jestem spokojny. Przyda się też trochę szczęścia, bo ma z kim rywalizować, np. z Borriello. Rozmawiałem o tym z Glikiem i mówiłem: „ten Wilczek ma coś z Lewandowskiego”. Bo dla mnie od dawna ten styl gry był kierunkiem, którym powinien iść Kamil. Ciężko pracowaliśmy nad transferem przez ostatnie półtora roku. Byliśmy blisko przejścia do jednego z bogatych klubów arabskich, ale wszystko się przedłużało. Po drodze wypracowaliśmy też kolejne konkretne propozycje – Japonię, APOEL Nikozja, Brondby, Union Berlin, Sheffield, kluby tureckie jak Rize, szwajcarskie i koreańskie. Kamil nie przestawał strzelać i nasze apetyty rosły. Szukaliśmy najlepszego rozwiązania sportowo. Pod koniec zastanawialiśmy się nad Nantes, Rayo Vallecano i Carpi. Doszliśmy do wniosku, że największe szanse Kamil będzie miał we Włoszech, w Carpi, które przeszło przez wszystkie szczeble jak burza stawiając na piłkarzy z aspiracjami. Z drugiej strony Nantes równolegle rozmawiało z Sigthorssonem, którego wykupili z Ajaksu za cztery miliony. Czułem, że jesteśmy w stanie trafić do jednej z czołowych lig. To się udało.

Są pewne kierunki, do których polscy piłkarze z zasady nie trafiają i…

Jakie?

Hiszpania, Francja…

Ale jest Wilk, tak?

Tak, jako wyjątek. 

Ale teraz też mieliśmy dla niego opcję z Primera, konkretnie z Eibar. Nie było tylko wiadomo, co będzie dalej z tym klubem i jakie będą losy po roku. Saragossa jawiła mi się jako duży klub, z większą szansą na długoterminowe granie w Primera, a dla Wilka jako szansa powtórzenia historii z Deportivo, czyli awansu.

Pojawiła się też opcja z Japonii.

Mieliśmy konkretną propozycję, jednak Wilk – wbrew temu, co pisano – nie pojechał do Cerezo Osaka na testy sportowe, ale faktycznie tam był. Po pierwsze – chcieliśmy sprawdzić, czy spodoba mu się miasto, po drugie – klubowi zależało na przeprowadzeniu badań zdrowotnych i fizycznych. Ostatecznie wybraliśmy Hiszpanię, chociaż propozycja z Japonii była naprawdę solidna.

Saragossa to sportowo chyba niezła decyzja.

To drugie podejście Czarka do Primera. W Deportivo wykonał bardzo dobrą robotę, ale potem złapał kontuzję, którą zaleczono, a nie wyleczono. Poza tym trenerzy mieli różne dziwne koncepcje, jak gra bez defensywnego pomocnika… Już po pierwszym roku naciskano nas, że powinien odejść, ale się przeciwstawiłem: „nie, nie odchodzimy. Nie po to przyszedł do Deportivo, żeby od razu odchodził”. Mówiłem też Czarkowi, że przyjdą ciężkie mecze i dostanie szansę. W najgorszym momencie doznał kontuzji, ale daj Boże więcej piłkarzy z taką mentalnością, a podaż piłkarzy w Hiszpanii jest niesamowita. Swoją drogą, mówi pan, że Wilczek mi pomógł. Tak, ale my też pracowaliśmy nad tym, żeby zaczął tak grać. Piłkarz często potrzebuje partnera do dyskusji, który zwróci mu uwagę na różne rzeczy. Co się natomiast stało z pozostałymi strzelcami? Zresztą można porównać naszą pracę do efektów konkurencji. Paixao trafił do Czech, Piątkowski do APOEL-u, Tuszyński do Rize, a Kuświk został w Polsce.

Wilczek też miał taką możliwość?

Kiedy miał na koncie 10-12 goli, mieliśmy propozycje z polskiej ligi. Kontaktowała się np. Jagiellonia.

Ale to nie ten pułap.

Bardziej nie ten moment. Wilczek nie potrzebował dalszej promocji w polskiej lidze, chociaż Kamil Kosowski stwierdził, że powinien zostać w Piaście i jeszcze potwierdzić wartość. Czasem dziwię się temu, co słyszę, ale są różne punkty widzenia. Osobiście wystrzegam się wydawania opinii, co jaki zawodnik, trener, czy dyrektor powinien zrobić w danej sytuacji, jeżeli mnie to nie dotyczy i nie znam dokładnie realiów. Wilczkiem zainteresowały się nasze topowe kluby, Legia i Lech, ale czułem, że skoro mamy do wyboru Anglię, Włochy, Hiszpanię i Francję, to… nie szukałem polskich propozycji, bo odmawianie zawsze jest trudne i przykre.

IMG_1066

Sytuacja z Wilczkiem przypomina trochę przykład Malarczyka. Jego też poza Jagiellonią nikt z czołówki nie chciał?

Z czołówki poza Jagiellonią nikt.

Dlaczego?

Widocznie nie widzieli tego co ja. Mieli swoje zdanie.

Ale ma pan jakieś wytłumaczenie?

Też się dziwię. Młody, obyty w lidze Polak, z naprawdę solidną perspektywą, a propozycji brak.

Co brzmi kuriozalnie.

Malarczykiem zająłem się niedawno, ale od początku wiedziałem, że ma szansę zaistnieć za granicą. Dlaczego? Parametry fizyczne do Anglii, do tego szybki, poukładany i charakterny. Ucieszyła mnie też jego niezła znajomość angielskiego. Miałem dla niego klub z Hiszpanii, ale kiedy pojawiła się możliwość z Wysp… Znam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że może tam się przebić.

Ipswich wydaje się rozsądnym wyborem. Przedsionek do Premier League.

Wszystko jest rozsądne – kontrakt 2+1, podwyżki wynikające z różnych aspektów. Ma szansę na bardzo sensowny rozwój. Teoretycznie mogliśmy poczekać do zimy albo nawet rok, ale jego kariera by na tym straciła. Chciałem, żeby jak najszybciej trafił w dobre miejsce. Jeszcze nie miałem Ipswich, ale wiedziałem, że muszę załatwić ten transfer latem. Pojawiła się propozycja z Beitaru, ale nie chciałem go tam pchać, bo wyrzuciłbym go na bocznicę. Beitar to dobry klub dla Izraelczyka, który tam będzie wybitny i trafi do Anglii. Ale Polak? Za długo. Nie tędy droga. Oglądało go też kilka innych sensownych klubów, które wyrażały zainteresowanie, ale była kwestia, czy potrzebują tego typu piłkarza w tej chwili i czy dadzą mu szansę grania. Ja go muszę budować! Malarczyk może wywalczyć skład w klubie, który ma ogromne szanse na walkę o Premier League. Patrząc na to, ilu naszych zawodników z pola się tam przebiło, może być to osiągnięcie. Szczególnie, że Malarczyk nie miał promocji ani przez kadrę, ani przez puchary. Wielu go nie doceniało. Łatwo robić transfer młodego napastnika, który wali bramki i trafia do reprezentacji, a kluby same się zgłaszają.

Wtedy promocja robi się sama.

Legia, Lech, Wisła. Błaszczykowski, Boruc. To inne realia. Byłem świadomy, na jakich zasadach Malarczyk mógł wyjechać za granicę i nie mogłem odpuścić.

Jakim cudem namówił pan Koronę na kwotę odstępnego?

Normalny ruch. Zrobiliby błąd, gdyby tego nie podpisali. Był dla nich najważniejszym obrońcą wgranym w zespół, na początku trudnego sezonu. Działacze Korony wiedzieli, że „Malar” odejdzie tylko wtedy, gdy dostanie bardzo dobrą propozycję. Wzięli udział w pewnej – nazwijmy to – loterii, mając świadomość, że nie pójdę z nim byle gdzie. Szansa na sensowny klub nie była aż tak duża. Wszystko jednak odpowiednio zaprogramowałem i przeprowadziłem to precyzyjnie jak Kasparow.

Bo bez klauzuli nie przedłużylibyście kontraktu?

Oczywiście. Poczekałby tydzień i poszedłby do innego klubu, gdzie ta klauzula by była. Opcji było sześć. Korona była jednak dla mnie najlepszym rozwiązaniem. Czuł się wdrożony, bez skakania po klubach w CV, z ciągłością kariery. Zależało mi tylko, żeby przeprowadzić to jak najszybciej. Cała operacja uprawniania Piotrka była jak film sensacyjny. Wiedziałem, że stoper Ipswich ma kontuzję, czułem, że Malarczyk jest w stanie zadebiutować i stawałem na głowie, by do tego doszło. Badania medyczne, wylot, podpis kontraktu, przelewy, certyfikat… Byłem pewny, że prędzej czy później dopnę swego, ale chodziło o czas. Na koniec mu powiedziałem: „uważaj, bo jeszcze dziś zagrasz. Nastaw się na występ”. Odpisał: „siedzę na ławce”, a ja na to: „bądź gotowy na wejście”. Wszedł na najlepszy zespół Championship i strzelił gola. Szkoda tylko, że jeden z kolegów był na spalonym…

Malarczyk może zostać drugim Glikiem?

Nieliczni mogą. Glik wyjechał za granicę wcześniej, wykonał niesamowitą pracę, podjął mega walkę i trafił na swój klub oraz trenera. Malarczykowi jeszcze do tego daleko, ale ma podstawy i odpowiednie parametry. Jeżeli wywalczy miejsce w Ipswich, to oby trener Nawałka zwrócił na niego uwagę. Wtedy kariera Piotrka może nabrać tempa.

Po drodze pojawiła się też opcja z Jagiellonii.

Ale mieliśmy od razu plan na wyjazd zagraniczny i chcieliśmy go realizować.

Można różnie patrzeć – może Malarczyk stałby się drugim Pazdanem?

Inna sytuacja. Różnica wieku, wzrostu i perspektyw. Gdyby Malarczyk poszedł do Jagiellonii i pograł tam dwa lata, to możliwe, że byłby za stary, żeby robić coś większego. Poza tym nie porównujmy go do Pazdana, bo Michał to ciekawy zawodnik, ale 99 procent trenerów w Europie woli wysokich obrońców albo przestawiają na tę pozycję kogoś, kto już jest w drużynie. Jeśli z zewnątrz, to wysoki.

Nie sądzi pan, że Malarczyk grał w Koronie za długo?

Z Piotrkiem rozmawiałem o współpracy już kilka lat temu, ale wtedy się nie zdecydował. Pewnie myślał, że menedżer musi być kolegą, załatwić buty i inne mało istotne sprawy.

A pan jest kolegą czy biznespartnerem?

Jestem patronem, a dla niektórych drugim ojcem. Polska piłka musi docenić pracę menedżera! Czy Glik byłby Glikiem, gdyby nie transfer do Palermo? Może trafiłby do czołowego polskiego klubu albo nawet za granicę, ale wszystko wydarzyłoby się później i wolniej. To dotyczy kilku innych zawodników naszej reprezentacji. Odpowiednio wcześnie trafili za granicę do dobrych klubów i poszli do góry. A menedżer-kolega to żaden menedżer, bardziej naciągacz. Stara się być kolegą, żeby zostać menedżerem. Prawdziwy agent to człowiek poważny, który nie traci czasu na wyciąganie piłkarzy do baru i wciskanie butów, tylko faktycznie myśli o ich sprawach. Trzeba mieć wizję, by omijać te wszystkie rafy. i rozwijać zawodnika.

Na czym stanął transfer Macieja Dąbrowskiego do Osmanlisporu i dlaczego ostatecznie się nie dogadaliście?

Dobrze, że pan pyta, bo to zawodnik, który – o czym jestem absolutnie przekonany – powinien grać w topowym polskim klubie i być tam liderem. Mógłby nawet wyglądać lepiej niż w Lubinie. Pukałem się w czoło, gdy wykłócaliśmy się o niego z Pogonią. Cofnięcie go na chwilę do Zagłębia było super posunięciem, stracili z nim tylko dwa gole i awansowali. Naprawdę kompletny piłkarz, ale brakowało mu wiary w siebie. Fantazja, dobra technika, obie nogi, strzał, stały fragment, wyprowadzenie przy niesamowitych warunkach fizycznych. Naprawdę widowiskowy styl gry. Umie pójść na przebój.

To dlaczego jest w Zagłębiu, a Lech ma Kadara?

Rozmawiałem z Lechem na temat Maćka. Był rozpatrywany, ale wzięli chyba wtedy Wilusza.

Okej, a co z tą Turcją?

Ostatecznie Osmanlispor proponował, że zapłacą całą kwotę w przeciągu czterech miesięcy. Latem podpisali samych wolnych zawodników, nie mieli pieniędzy w sejfie, ale sukcesywnie dostają je z miasta i są w stanie wszystko ogarnąć. Trafił tam m.in. Szukała, ale nawet potem wysłali dla potwierdzenia kolejną ofertę do Zagłębia. W Lubinie stwierdzili jednak, że nie chcą ryzykować, bo mają złe doświadczenia z innym klubem tureckim, który nie zapłacił od razu i musieli się dwa lata procesować.

Temat umarł?

Nie martwię się. Znajdę dla Maćka coś fajnego. Czy ktoś się spodziewał, że po sezonie w pierwszej lidze, na którą nikt z zewnątrz nie patrzy, zainteresuję nim klub z tureckiej ekstraklasy? To idealny przykład pracy menedżera.

Nie jest pan rozczarowany Wszołkiem?

Rozczarowany?! Ludzie nie rozumieją, że Wszołek jest blisko grania, ale trafił do Sampdorii, czyli bardzo silnego klubu. Teraz w Weronie może występować w różnych systemach – jako skrzydłowy, pomocnik, czy nawet boczny obrońca. Ma mega gaz i wydolność. W Sampdorii nie było łatwo się przebić. Kiedy przyszedł Eto’o, Mihajlović wystawił go do gry jeden na jeden z Wszołkiem. Skończyło się 6:0 dla Pawła. Eto’o tylko spojrzał na niego, a trener poklepał, że „musisz jeszcze potrenować”. Paweł któregoś dnia odpali. Jest stworzony do zawodowej piłki. Ilu naszych ofensywnych zawodników super sobie radzi za granicą? Niewielu. Albo ze zmiennym szczęściem. Pierwszy sezon Wszołka był dobry. Zagrał w 19 meczach Serie A. Drugi – uciążliwa kontuzja mięśni brzucha, zabieg i grał z blokadą, a konkurencja rosła. Miał naprawdę bardzo dobre momenty. Przykładowo wszedł z Fiorentiną przeprowadził trzy-cztery świetne akcje… Zresztą w debiucie strzelił prawidłowego gola, do spalonego brakowało ponad pół metra, ale sędzia nie uznał. Potem trafił też z Napoli. Ten sezon może być dla niego przełomem.

Jedziemy dalej – co z Ćwielongiem, który w Bochum nie gra?

Technicznie jest jednym z najlepszych, ale za dużo kombinuje. Może powinien uprościć grę? Raz komuś poda i ktoś zmarnuje, innym razem sam nie wykorzysta okazji bramkowej… Potem to wszystko się nakłada. Zostały mu jednak dwa lata kontraktu i poczekajmy, może nawiąże do pierwszego sezonu. A kto wie, może i Bochum awansuje?

Ściągnął pan też do Legii Ivana Trickovskiego.

Często walczę z różnymi dziwnymi pomysłami zawodników. Szaleją. Nie wiadomo, co by chcieli. W wieku 32 lat proszą o kontrakt życia. Ivanowi już na wstępie przedstawiłem realia Legii, a on wszystko zrozumiał. Byłem pod wrażeniem jego rozsądnego, logicznego myślenia. A samej Legii może się przydać, bo to przeciwieństwo Ojamy, który bazował na sile i klapkach na oczach. Trickovski to bardziej artysta. Sporo sobie obiecuję po jego współpracy z Nikoliciem, który potrzebuje dobrej obsługi – widać, że sam nic nie zrobi, ale co ma, to powinien strzelić.

Zamykając temat okienka – zrobił pan jeszcze transfery Baranowskiego, Augustyna, Kupisza i Skowrona.

Wiele sobie obiecuję po Augustynie, bo to piłkarz o ogromnych możliwościach. Zdążył nawet trafić do jedenastki kolejki w Hearts. Potem przeszedł operację i teraz będzie wracał do gry. Mamy go tam na rok, a potem zobaczymy. Jeżeli się pokaże, to może znajdziemy coś w Anglii? Tak samo Tomek Kupisz – super charakter, jest w niezłym klubie, Brescii i liczę, że wróci do Serie A.

Dziwi mnie trochę przykład Baranowskiego, który wylądował w 3. Bundeslidze. W pewnym momencie wydawało się, że rośnie porządny stoper, ale potem zaliczył słabą rundę, Bełchatów spadł…

Zaproponowaliśmy Baranowskiego do Mattersburga, ale działacze zaczęli się zachowywać prostacko. Zaczęli przekonywać, obiecywać, a na koniec przedstawili mu – bez mojego udziału – inną propozycję pod względem finansowym i czasowym. Żeby było jasne, nawet nie byłem temu przeciwny, choć zagrywka była bardzo nie fair. To w ogóle niezrozumiałe – nie znają zawodnika, my go im proponujemy, a oni próbują go nastawić przeciwko nam! Tak się zdarza na różnych wioskach. Uważałem jednak, że Mattersburg nie byłby złym rozwiązaniem, nawet kosztem niewłaściwego traktowania mojej osoby, bo rozwój piłkarza tego wymagał. Baranowski to moim zdaniem docelowo piłkarz na 2. Bundesligę. Uznałem, że nauczy się niemieckiego, okrzepnie i przygotuje się do następnego kroku. Paweł jednak obraził się na Austriaków i wyjechał z Mattersburga. Nie chciał tam zostać, więc znaleźliśmy inne rozwiązanie. Erzgebirge to przecież kandydat do awansu.

IMG_0441

Ma pan inną wizję prowadzenia kariery niż Michał Probierz. Raczej optuje pan za szybkimi wyjazdami piłkarzy, co kłóci się – powiedzmy – z trendem narzucanym przez wielu trenerów i ekspertów.

Michał po prostu nie ma wiedzy menedżerskiej. Nie patrzy na futbol od tej strony. Ja mu się nie wtrącam i nie wypowiadam, że powinien wystawić tego na tej pozycji, a tego na innej. Kiedy jednak słyszę słowa, że ktoś powinien odejść za pięć milionów euro, to pytam: jakie to ma znaczenie dla rozwoju zawodnika? Gdzie te pieniądze mają trafić?

A raczej – skąd przyjść.

Nie – gdzie mają trafić? Co się stanie z tymi milionami? Trener je dostanie? Nie. To dlaczego się o to martwi? Potem przestaje być trenerem, a piłkarz po kilku latach odchodzi w ogóle za darmo, bo jest za stary i nikt za niego nie zapłaci. Widocznie w danym momencie był potrzebny trenerowi. Albo te wszystkie dyskusje, że ktoś zarabia za dużo, ktoś za mało, ktoś powinien pograć w Polsce, a potem wyjechać. Zresztą punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Co zrobił Michał Probierz w ŁKS-ie? Umówił się, że jak będzie miał możliwość, to wyjedzie. Zostawił klub i wyjechał do Arisu. Podjął pracę i odszedł. Ja go rozumiem, dlatego nigdy tego nie komentowałem. Ani na plus, ani na minus. Bo ten wyjazd miał zalety i wady.

Trochę inna specyfika pracy. Wchodził do ŁKS-u z jasnym celem jako ratownik.

Ale finalnie nie uratował. ŁKS spadł. Szkoda.

Pan ironizuje, ale…

Nie, nie ironizuję, tylko pokazuję, że w tamtym momencie inny był cel ŁKS-u, a inny trenera. Można powiedzieć Michałowi: „nie wyjeżdżaj, utrzymaj ŁKS, zrób mistrza, potwierdź i wtedy odejdziesz do super klubu”. Miał jednak swoją kalkulację, postawił na Aris i odszedł. I to – o ile pamiętam – za darmo, a nie za pięć milionów euro.

Skoro mowa o tych pięciu milionach – nie sądzi pan, że jeżeli ktokolwiek ma przynieść takie pieniądze Jagiellonii, to właśnie Drągowski?

Ale ja nie mam nic przeciwko, żeby polskie kluby zarabiały i sprzedawały drogo zawodników! Nie jest jednak tak, że trener powie, że ktoś odejdzie za pięć milionów i tak faktycznie będzie.

Probierz twierdzi, że jeżeli ktoś zapłaci za Drągowskiego więcej, to większa szansa, że odważniej na niego postawią.

Bzdura. Totalna! To nie ma żadnego wpływu! Czy trener Probierz faworyzuje piłkarzy, za których Jagiellonia płaci więcej w porównaniu z resztą? Mam nadzieję, że nie. Powinni grać najlepsi. Za Milika też zapłacono duże pieniądze i nie było mu łatwo w Leverkusen. Za Klicha Wolfsburg też wyłożył dużo i nie grał. Czasem ktoś przychodzi za darmo i gra. Wszystko zależy od klasy, formy i szczęścia. Drągowski zasługuje na klub, gdzie dostanie szansę na regularne występy. To jest najważniejsze. Bo jeżeli ktoś wyłoży za niego pięć milionów, to musi być to duży klub, dla którego wydanie takiej kwoty nie jest wielkim wydarzeniem, co z zasady oznacza wielką rywalizację. Nikogo innego nie stać na takie transfery. Przecież to logiczne.

Jest w Ekstraklasie ktoś faktycznie wart pięć milionów?

Jest kilku, którzy mogą być tyle warci po podpisaniu kilkuletniego kontraktu z zagranicznym klubem. Wtedy ich wartość faktycznie może wynieść pięć milionów. Dopóki jednak grają w Polsce, to zawsze duża niepewność. Linetty, do niedawna Duda czy Kownacki… Wszystko się zmienia. Kluby zagraniczne często kupują przyszłość. Miejmy umiar w szastaniu wirtualną kasą. Mówimy o pięciu milionach za Drągowskiego, a Lewandowski poszedł za cztery i pół i okazał się genialnym snajperem. A do Bayernu poszedł już za darmo. Czy to znaczy, że go tam nie szanują? Nie zauważyłem. Pamiętajmy, że bramkarzy jest wielu. Napastników mniej.

Grających 18-letnich bramkarzy wcale tak wielu nie ma.

Tak, ale z punktu widzenia wielkiego klubu zagranicznego – bo mówimy o kilku milionach – nie ma wielkiego znaczenia, czy chłopak ma 18 lat, czy 24 i 150 meczów w tamtej lidze. Pytanie, kto jest gotowy do grania. Nikt na siłę nie będzie stawiał na Drągowskiego, bo jest pięć lat młodszy. Duży klub, mniejsza szansa na granie, czyli większe ryzyko, że piłkarz przepadnie. Dlatego trzeba już teraz myśleć o tym, co się wydarzy w przyszłości. Widzi pan, siedzimy tak półtorej godziny, rozmawiamy o piłce, a na tapecie mamy temat imigrantów. Z nimi to w ogóle jest jak z transferami. Dobry transfer to sekwencja zaplanowanych posunięć. Niemiecki minister spraw wewnętrznych mówi, że chce wpuścić 800 tysięcy imigrantów, ale nie zastanawia się, co znaczy to hasło dla innych krajów Unii.  Wędrówki ludów, obozy na dworcach, bałagan. Może niech im od razu kupi bilety w Lufthansie. Po co mają iść przez Węgry czy inne państwa?

Jak to ma się do rynku transferowego?

Jeżeli przenoszę Malarczyka do Ipswich, to myślę co dalej. Wizja! Unia wpuszcza ludzi, a nie ma wizji, co robić dalej. Ktoś się dziwi, że Węgrzy nie chcą wpuścić imigrantów, a nikt nie pyta, co po wpuszczeniu? Najważniejsza sprawa – podkreślam – co dalej! Tak w przypadku rozwoju piłkarza, jak przy problemie imigrantów. Nie wystarczy powiedzieć: „przychodźcie”.

Zaczęliśmy od Glika, to Glikiem zakończmy – jak wiele drzwi on panu pootwierał?

Każdy transfer otwiera kolejne. Proszę spojrzeć na te koszulki… Saganowski, Kaźmierczak do Porto, Ślusarski do Anglii, Karwan do Niemiec, Jop do Rosji, Mięciel, Kieszek, Sikora… Cała masa. Glik to projekt, na który postawiłem od początku i przy którym naprawdę czułem się potrzebny. Szybko złapaliśmy chemię. Wytworzyła się między nami więź, a powtarzam: nie mówię o Gliku z Torino, tylko piłkarzu z Piasta. Taka praca zawsze mi przynosiła przyjemność.. Chciałem coś udowodnić. Wie pan, co daje największą satysfakcję? Kiedy ktoś, kogo prowadziłem przez wiele klubów, nie aż tak doceniany w Polsce, odnosi sukces. Marcin Kuś zagrał w trzech wielkich miastach – Stambule, Moskwie i Londynie, sporo przeżył, dużo zobaczył i na koncie też wszystko się zgadza. Dziś rozmawiamy, że Legia i Lech nie zainteresowały się Malarczykiem, a ja postaram się udowodnić, że on na to naprawdę zasługiwał.

Rozmawiał TOMASZ ĆWIĄKAŁA

KOMENTARZE (0)