Alan Pardew – szkoleniowiec o dwóch twarzach. Kim jest pogromca Chelsea?
Anglia

Alan Pardew – szkoleniowiec o dwóch twarzach. Kim jest pogromca Chelsea?

To pierwszy trener, który wygrał trzy ligowe spotkania z Jose Mourinho. W sobotę pokonał Chelsea na wyjeździe 2-1 i choć nie było to może zwycięstwo bezapelacyjne, to na pewno nie było fartowne. Przede wszystkim – nie wymagało też parkowania autobusu. Jego Crystal Palace przed przerwą reprezentacyjną na pewno nie wypadnie poza podium Premier League. I niewiele jest w tym przypadku.

Karierę piłkarską zaczął w 1987 roku jako 26-latek. Wtedy został profesjonalistą, podpisał kontrakt z Crystal Palace, którego później został legendą. Może nie jako piłkarz, wokół którego kręciła się gra zespołu, ale jako zawodnik, który strzelił jednego z najważniejszych goli w historii klubu. Wcześniej grywał w Whyteleafe, Epson, Ewell, Corinthian Casuals, Dulwich Hamlet i Yeovil Town. Zarabiał niewiele, więc pracował jako szklarz. Nie w jakiejś małej manufakturce na obrzeżach Londynu, w stolicy Anglii pomagał przy budowie najwyższych budynków, a musiał też czasem wybrać się do Dubaju.

Talentu nigdy nie miał za wiele, ale jak to się mówi w takich sytuacjach – trenerzy, już w najwyższej klasie rozgrywkowej, doceniali jego pracowitość i waleczność. Typowy angielski pracownik środka pola, który do tego w szatni był dobrym, porządnym kumplem. Robotnicze początki pracy wyostrzyły jego ripostę, a lata spędzone w angielskich niższych ligach, jak sam mówi, wykształciły taktyczny zmysł. Gdy piłkarze Crystal Palace wracali z wyjazdu, Pardew zwykle chciał rozmawiać o taktyce, o decyzjach piłkarzy. Wiedział, kto ile wygrał i przegrał główek. – Już wtedy było widać, że to materiał na trenera – mówią jego koledzy z drużyny.

Piłkarz który w kilkanaście miesięcy przeszedł z placu budowy do angielskiej elity moment sławy miał tylko jeden. Ale to wystarczyło, by później być nazwanym „Super Alem”. – Wziął się znikąd, trafił z Yeovil, wprowadził Crystal Palace do finału! – krzyczał komentator John Motson, gdy skończył się półfinał Pucharu Anglii w 1990 roku. Londyńczycy pokonali Liverpool 4-3. W finale przegrali z Manchesterem United, choć dopiero w powtórce. Dlatego później, gdy będzie wracał na Selhurst Park, teksty o powrocie pisały się same. Zresztą rozmówcą jest wdzięcznym – ładnie opowiada, nie wchodzi w szczegóły, trzyma się ogółu, to lepiej się sprzedaje. Teraz zapowiada, że chce powtórzyć tamten finał.

Zapisał się też w historii Tottenhamu – uczestniczył w najwyższej porażce klubu w Europie. Pod koniec kariery, w 1995 roku, szukał klubu, zaoferowano mu kilka meczów w Intertoto dla Spurs i dołączył do młodzieżowców i rezerwowych w walce o europejskie puchary dla ekipy z White Hart Lane. W Pucharze Lata najsilniejszym rywalem była niemiecka Kolonia, która pokonała Tottenham 8-0.

Później było już wiadomo, że zostanie trenerem, więc w Barnet i Reading łączył obowiązki piłkarza ze szkoleniem. Ten ostatni klub dał mu potem pierwszą szansę pracy jako menedżer. Szło mu tak dobrze, że zgłosił się West Ham, zaczęły się podchody, a sam Pardew dał się uwieść. To będzie leitmotiv jego kariery trenerskiej – z niemal każdego miejsca pracy odchodził raczej w kontrowersyjnych okolicznościach niż w atmosferze uśmiechu i pełnego zrozumienia.

Tak było w Reading, West Hamie i Charltonie. W Southampton, mimo niezłych wyników i pierwszego pucharu od 34 lat (Johnstone’s Paint Trophy, trofeum dla zespołów z niższych lig), został zwolniony, bo nie dogadywał się z prezesem Nicolą Cortese. W klubie odczuwano, że z drużyną dzieje się coś niedobrego, że sztab szkoleniowy nie podziela wizji klubu.

W 2010 roku trafił więc do Newcastle. Był to ruch kontrowersyjny i to z obydwu stron. Na północy nie chcieli go kibice, a większość kolegów Anglika po fachu odradzała mu przenosiny. Poza Sir Aleksem Fergusonem, który stwierdził, że Pardew przyda się wyprowadzka poza Londyn. No i trener doprowadził do renesansu drużyny znad rzeki Tyne. Newcastle grało szybki, ofensywny futbol, nigdy się nie poddawało. Angielski ideał. W pierwszym pełnym sezonie zajął piąte miejsce i Sroki w następnym mogły grać w pucharach. Doszły do ćwierćfinału Ligi Europy, ale to odbiło się na formie w lidze – w 2013 roku Newcastle było blisko spadku.

Presja musiała znaleźć ujście. Najpierw w styczniu 2014 roku, gdy Pardew nazwał trenera Manchesteru City Manuela Pellegriniego „starą cipą”, a później w marcu – wówczas trener pociągnął z byka Alexa Meylera, piłkarza Hull City.

Dostał siedem meczów kary i 100 tys. funtów grzywny. Zwrócił się do związku menedżerów i piłkarskich i zaczął pracować z psychologiem sportowym. Ale nie naprawiło to wyników zespołu – w 2014 roku Newcastle długo było najgorszym zespołem w lidze.

W następnym sezonie pierwsze zwycięstwo przyszło 18 października. I rozpoczęła się seria sześciu zwycięstw z rzędu we wszystkich rozgrywkach. Teraz mówi się, że Pardew najlepiej reaguje wtedy, gdy naprawdę jest pod presją. Skorygował ustawienie zespołu, inaczej porozdzielał role i Newcastle znowu zaczęło grać po prostu ładnie, ofensywnie. Z zębem. Ale to nie wystarczało – fani wciąż chcieli zwolnienia trenera. Do tego ten nie miał wielkiego wpływu na transfery, więc musiał kroić skład z takiego materiału, jaki dawali mu szefowie.

Wtedy wiedziałem, że to nigdzie nie zmierza. Potrzebowałem nowego wyzwania – stwierdził.

I pojawiło się Crystal Palace, które nie tylko potrzebowało punktów, ale przede wszystkim jakiejkolwiek nadziei na lepsze czasy, której nie dawał, w sumie na żadnym etapie, trener Neil Warnock, szkoleniowiec pozbawiony wizji. Londyńczycy zapłacili Newcastle trzy miliony funtów i z początkiem tego roku Pardew zameldował się na Selhurst Park.

Ale najpierw było spotkanie w Birmingham, z Aston Villą, również okopaną w walce o utrzymanie. Było 0-0, co jak na tak słabo grający zespół jak Crystal Palace, to dobry rezultat i tak też czuli to piłkarze. Po meczu do szatni gości wszedł jednak Pardew i pozbawił ich złudzeń. – Powiedział: „Brawo chłopaki, niezły wynik, ale takie mecze trzeba wygrywać” – wspomina pomocnik James McArthur. W następnym spotkaniu londyńczycy pokonali Tottenham 2-1. Ten sam, który kilka dni wcześniej rozmontował Chelsea.

Rewolucja Anglika wciąż trwa. Crystal Palace gra jak wcześniej Newcastle. Podaje ryzykownie, ale pewnie, dużo strzela, często atakuje. Świetnie radzą sobie skrzydłowi – Yannick Bolasie i Wilfried Zaha raz po raz napędzają akcje zespołu. Ale serce zespołu bije w środku pola, dokładnie w tym miejscu, który zajął Yohan Cabaye, nowy nabytek Orłów.

Transfer z PSG – mistrza Francji, jednego z najbogatszych klubów w Europie do angielskiego średniaka raczej szokował i był dowodem na to, że Premier League staje się ligą sama dla siebie – tutaj każdy ma pieniądze na spore transfery. Ale nie byłoby tego zakupu, gdyby nie Pardew, dobrze znający Francuza z Newcastle. Dla Anglika Cabaye to, zachowując proporcje, Cesc Fabregas – piłkarz, który wie, kiedy przyspieszyć, a kiedy zwolnić akcję. I argument dla tych, którzy chcieliby z Selhurst Park odejść. Bo gdzie mogliby dostawać lepsze podania?

Pardew wrócił do Londynu i wiele wskazuje na to, że w końcu ma spokój. W gabinecie może czuć się jak w domu, bo mieszkają tam dwie białe papużki, które jego córka nazywa „gołąbkami pokoju”. W końcu może też myśleć długoterminowo – dogląda rozbudowy ośrodka treningowego, który od niedawna wyposażony jest w imponujące centrum medyczne. Chce pozostawić w klubie kilka pucharów i zapewnia, że jego klub może walczyć o piłkarzy z Aston Villą, Evertonem, może nawet Tottenhamem.

Na razie wszystko wygląda jak z bajki. Pardew jest w klubie, w którym traktowany jest jak legenda i do tego ma wyniki. Historia pokazuje, że z czasem może mieć kłopoty, może dojść do załamania formy. I wtedy się okaże, którą twarz tak naprawdę ma – tę, która pociągnęła z byka rywala, czy tę, która doprowadza z czasem do serii zwycięstw.

JACEK STASZAK