Image and video hosting by TinyPic
Gdybym został w pierwszej lidze, to chyba bym się zakopał
Weszło Extra

Gdybym został w pierwszej lidze, to chyba bym się zakopał

– Ojej, ale jak się bałem! Strasznie! Nie miałem żadnego zapisu o ewentualnym powrocie, bo nie dopuszczałem do siebie myśli, że Pogoń może spaść. Miałem chwile zwątpienia, bo oglądałem ich mecze i widziałem, że nie idzie. Na szczęście przyszedł trener Michniewicz i wszystko się odwróciło. Gdybyśmy się minęli, to byłby dramat. Pistolet albo sznurek. Nie no, masakra. Gdybym został w pierwszej lidze, to chyba bym się zakopał – opowiada w swoim pierwszym dłuższym wywiadzie Jakub Czerwiński, nowy stoper Pogoni Szczecin i jedno z odkryć rundy jesiennej w Ekstraklasie.

Zasiedziałeś się w tej Niecieczy, co?

Zasiedziałem, zasiedziałem. Trzy lata regularnej gry w pierwszej lidze na niezłym poziomie to naprawdę dużo. Cieszę się, że w końcu udało się zrobić awans, ale już przed rokiem byłem gotowy na dalszy krok. Nie było jednak opcji na wcześniejszy wyjazd. Przechodząc do Termaliki, podpisałem czteroletni kontrakt. Może o rok za długi, ale nie grzebmy w trupach.

Termalica jest zbyt bogata, żeby oddawać podstawowych piłkarzy za darmo.

To raz, a dwa – miałem wpisaną sumę odstępnego, która co roku rosła i jak na polskie warunki była zaporowa. Byłem – można powiedzieć – uwięziony. Pani prezes nie chciała mnie puścić. Po podpisaniu kontraktu z Pogonią w styczniu niby pojawiła się możliwość odejścia, ale suma odstępnego je zablokowała.

Wykłócałeś się czy uznałeś, że skoro podpisałeś kontrakt, to trzeba się z niego wywiązać?

Zaliczyłem kilka niezapowiedzianych wizyt u pani prezes, co nie bardzo jej się spodobało. Raz się nawet uniosłem, ale potem przeprosiłem. O odejście walczyłem ja, menedżer i nowy klub. Stawiałem na dyplomację i prośby. Chciałem koniecznie coś zrobić, żeby nie mieć potem wyrzutów sumienia. Nie udało się odejść wcześniej, ale z perspektywy czasu może to dobrze? Pożegnaliśmy się oczywiście w zgodzie. Dostałem od pani prezes trunek, dwa szaliki i katalog z Bruk-Betu. Jeżeli będę się budował, mam dzwonić. Może dostanę jakąś zniżkę.

Jeżeli można w ogóle o tym mówić, wyrosłeś na idola Niecieczy. Skandowano twoje nazwisko i uznawano cię za chyba najlepszego zawodnika w drużynie.

To specyficzny klub. Kolejnego roku chyba bym nie wytrzymał. Chciałem się rozwijać, a do tego potrzebowałem transferu. Mieszkaliśmy w Tarnowie, dojeżdżaliśmy na treningi w Niecieczy dwadzieścia kilometrów, ale samej otoczki nie da się porównać. Orange Sport pokazywało jeden mecz na trzy tygodnie. W porównaniu z Ekstraklasą i Szczecinem – inny świat. Trochę mnie to zaskakuje. przez dwa miesiące w Pogoni udzieliłem więcej wywiadów niż przez całą przygodę z piłką. Ale nie ukrywam, że mi się to podoba. Całe życie grałem, by znaleźć się w takim miejscu.

Trudno się poczuć piłkarzem w pełnym znaczeniu tego słowa grając na takiej prowincji.

Niby tak, ale może to dobrze dla młodych chłopaków? Może nauczą się pokory już na starcie? Można tylko walczyć. My walczyliśmy wiecznie. Z przeciwnikami, ale też z kibicami, którzy co roku oskarżali nas, że nie chcemy awansować. Bądźmy poważni – kto odpuściłby grę o Ekstraklasę? Wytworzył się stereotyp, że Termalica niby jest kandydatem do awansu, ale na koniec i tak zrezygnuje. Ciągle dochodziły do nas takie głosy. Ludzie wyrobili sobie takie zdanie i nie chcieli go zmieniać. Wszystko dlatego, że przez trzy lata ocieraliśmy się o Ekstraklasę, a nie udało się dotrzeć. Aż do poprzedniego sezonu.

Zdajesz sobie sprawę, że jesteś pierwszym futbolowym produktem made in Nieciecza?

Tak, mogę się z tym zgodzić. Muszę podziękować klubowi za taką ścieżkę rozwoju. Miałem 19-20 lat, zaufali mi i od razu zaproponowali czteroletnią umowę, gdzie zwykle podpisuje się kontrakt na rok, góra dwa. Czułem, że wiążą ze mną przyszłość. Na początku miałem jednak problem z przepukliną. Straciłem pierwsze cztery miesiące. Potem za wszelką cenę chciałem wynagrodzić szefostwu to zaufanie i pokazać, że się nie pomylili. Chyba się udało. Kiedy przechodziłem do Niecieczy, klub już miał w Małopolsce swoją markę. Spędziłem dwa lata w Okocimskim, rywalizowaliśmy z nimi w drugiej lidze, zrobili wtedy awans i wiedzieliśmy, że Nieciecza to pieniądze, dobra organizacja i ambitni sponsorzy. Czy miałem inne opcje? Nie. Termalica była jedyną. Akurat pomagałem bratu przy budowie domu, gdy dostałem telefon.

Może uznali, że jesteś wielofunkcyjny i przydasz się przy kładzeniu kostki.

Faktycznie! Może potrzebowali kogoś na taśmę i od razu dali cztery lata, żebym dorobił w fabryce?

Traktowałeś już wtedy piłkę z pełną powagą? Czułeś, że otwiera się pewna furtka, która pozwoli ci z tego godnie żyć?

Tak, traktowałem serio, bo o ile druga liga była podzielona na wschód-zachód, o tyle pierwsza to już rozgrywki państwowe. Zaczynałem czuć, że jestem coś wart. Tym bardziej, że to był pierwszy rok, kiedy w pierwszej lidze wprowadzono przepis o obowiązku gry jednym młodzieżowcem. Środek obrony to niewdzięczna pozycja. Trenerzy raczej nie chcą stawiać na młodego, zwłaszcza Radolsky, który wyjątkowo ceni doświadczonych. Wywalczyłem jednak zimą miejsce i grałem przez całą wiosnę.

Gdybyś wiedział, że Termalica na bank awansuje, to miałbyś dylemat, czy przyjąć ofertę z Pogoni?

Nie. Zdecydowanie potrzebowałem zmiany.

A nie bałeś się w pewnym momencie, gdy Pogoń wpadła w kryzys, że możecie się minąć?

Ojej, ale jak się bałem! Strasznie! Nie miałem żadnego zapisu o ewentualnym powrocie, bo nie dopuszczałem do siebie myśli, że Pogoń może spaść. Miałem chwile zwątpienia, bo oglądałem ich mecze i widziałem, że nie idzie. Na szczęście przyszedł trener Michniewicz i wszystko się odwróciło. Gdybyśmy się minęli, to byłby dramat. Pistolet albo sznurek. Nie no, masakra. Gdybym został w pierwszej lidze, to chyba bym się zakopał.

Musiałeś spotykać się z opiniami ekspertów, którzy – choćby Andrzej Iwan – twierdzili, że od dawna jesteś gotowy na Ekstraklasę.

Z każdym takim komentarzem jeszcze gorzej się czułem. Wiedziałem, że powinienem pójść wyżej, ale blokował mnie kontrakt. Niby pojawiało się jakieś zainteresowanie w każdym okienku, mówiło się o różnych klubach, ale żadne propozycje nie wpłynęły. Dorosłem w pierwszej lidze. Przyznaję: czułem się tam dobrze. Niby to liga pełna walki, ale naprawdę sobie z tym radziłem.

Nieciecza stała się złotą klatką?

Dobre określenie. Ale jestem oczywiście wdzięczny, bo się tam rozwinąłem.

A kiedy już pozostawało sześć miesięcy do zakończenia kontraktu, zaczęła się po ciebie ustawiać kolejka?

Właśnie nie. Wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Otworzyło się okienko i drugiego stycznia od razu dostałem telefon. Dzwoni menedżer: „jest taka propozycja. Myśl”. Nie zastanawiałem się długo. Zapytałem kilka osób, czy powinienem od razu podpisać, czy czekać. Większość radziła, żeby kuć żelazo póki gorące.

Nie było ryzyka, że poniesiesz konsekwencje za podpisanie kontraktu z nowym pracodawcą?

Nie, bo po pierwsze – miałem chyba zbyt mocną pozycję, po drugie – poznałem na tyle dobrze trenera Mandrysza, że nie musiałem się obawiać. Już w grudniu, kiedy wyjeżdżaliśmy na urlopy, powiedziałem: „trenerze, jeżeli będę miał ofertę z Ekstraklasy, to zechcę z niej skorzystać”. Powiedział, że mnie rozumie. Ludzie z Termaliki pewnie chcieli, żebym został, bo odszedł też drugi stoper, Bartek Kopacz, i musieli rozpocząć Ekstraklasę od budowy nowej obrony. Byłem już jednak nie do zatrzymania. Cztery lata w jednym miejscu to za dużo. Pogoń zgłaszała się już pół roku wcześniej, ale jeszcze bez konkretów. Potem tylko – już po podpisaniu kontraktu – ktoś mi powiedział, że trener Michniewicz mnie nie chce. Nie brałem tego na poważnie, ale siedziało mi to w głowie. Wyjazd, zmiana otoczenia, drugi koniec Polski. Gdyby powiedział: „słuchaj, Kuba, nie jestem przekonany do twoich umiejętności”, pewnie wziąłbym to do siebie i szukał innej opcji. Byłby to mega cios.

Zgadzasz się, że stoperowi paradoksalnie w Ekstraklasie może być łatwiej, bo w pierwszej lidze trzeba się mierzyć z napastnikami, którzy może nie potrafią grać w piłkę, ale potrafią napsuć więcej krwi? Czy to naiwne myślenie?

Słyszałem opinie, że w Ekstraklasie będzie mi łatwiej, ale nie brałem tego do siebie. Powiem tak: jest inaczej. Więcej taktyki. Przesuwania. Więcej skupienia, a mniej przypadku. Cały czas trzeba być skoncentrowanym. W pierwszej lidze często właśnie przypadek decydował o wynikach, co też przekładało się na treningi. U trenera Mandrysza – co bardzo mi odpowiadało – spędzaliśmy dużo czasu na siłowni. Jeden trening typowo taktyczny na tydzień. W Szczecinie jest tej taktyki zdecydowanie więcej. W okresie przygotowawczym defensywa odbywała swoje zajęcia, a ofensywa swoje. To procentuje. Widzę tylko, że mam trochę do poprawy w pojedynkach główkowych, bo je przegrywam. Brakuje mi dwóch-trzech centymetrów na pozycję stopera.

Pół biedy. Wszystkie główki i tak wygrywa Fojut.

Wcześniej brakowało mi takiego nauczyciela i musiałem się uczyć sam. Jarek daje mi sporo wskazówek. Przede wszystkim, że kiedy przeciwnik ma piłkę gotową do wrzutki, to nie mogę stać do niego plecami, tylko powinienem się otworzyć i „szukać” tego napastnika. Pomogło mi to szczególnie na Lechu.

To twój najlepszy mecz w karierze?

Jeden z lepszych.

Nie pomyślałeś, że nie taka ta Ekstraklasa straszna?

Pomyślałem. Pierwsze wrażenie po wyjściu na stadion – pomijając fakt, że nie mieliśmy czym oddychać w tej duchocie – było jednak niesamowite. A na boisku może było mi łatwiej, bo wkomponowałem się w dobre towarzystwo, ograne w Ekstraklasie. W Termalice mogłoby być ciężej, bo to beniaminek i pewnie potrzebowalibyśmy więcej czasu.

Trzeba przyznać, że pewności siebie ci nie brakuje.

Trzeba znać swoją wartość. Nie będę chował głowy w kolana i czekał tylko, aż ktoś mnie zlinczuje. Oczywiście przyjmę krytykę na klatę, kiedy będzie trzeba, bo nie zagram całego sezonu w takiej dyspozycji jak teraz. Słabsze mecze muszą przyjść, to nieuniknione.

Z drugiej strony często wystarczy jedna dobra runda, żeby można było myśleć o transferze.

Marzę o transferze za granicę. Jeżeli pojawi się okazja w zimie, to bardzo poważnie się zastanowię.

Już w zimie?

Jeśli będzie możliwość…

Panuje opinia, że przed wyjazdem najpierw wypada ustabilizować swoją pozycję w lidze albo w ogóle podbić rozgrywki.

Tak, ale to nasz zawód. Gramy dla pieniędzy. Dlatego mówię, że rozważę każdą propozycję. Nawet jeżeli pojawi się coś teraz, bo do końca okienka zostało jeszcze parę dni.

Trzy razy lepsze pieniądze w Japonii czy Azerbejdżanie też byś nie zaakceptował?

Nie mam pojęcia. Nie zastanawiałem się nad kierunkami, przy których człowiek nastawia się typowo na zarobek. Nie potrafię odpowiedzieć.

Legia, Lech?

Taką ofertę bym przyjął.

Jest jakiś klub, któremu kibicujesz?

Nie ma.

Może tak mówisz na wszelki wypadek, żeby nikomu nie podpaść. 

Pochodzę z okolic Muszyny, czyli środowiska, które na ogół kibicuje Cracovii, ale sam nigdy nie utożsamiałem się z żadną drużyną.

To mimo wszystko dość zaskakujące, że tak otwarcie mówisz o chęci odejścia. Większość piłkarzy wolałaby dyplomatycznie opowiadać, że chce zostać w klubie na lata, a ty grasz w otwarte karty. Kawa na ławę.

Nie boję się o tym mówić. Gramy do 35. roku życia, kocham ten zawód i przeszedłem sporo w życiu, żeby dojść do tego miejsca, gdzie jestem. Nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć, dlatego mówię wprost: rozważyłbym każdą propozycję. Nie chcę też jednak niczego gwarantować, ani na nic się nie nastawiać, bo zaraz przyjdzie nowy trener, odstawi mnie i spadnę z wysokiego konia na podłogę. Chcę po prostu podtrzymywać dobrą formę. Ekstraklasa to takie okno wystawowe, że czasem wystarczy wpaść w oko obserwatora, który ogląda kogoś innego.

Klauzulę sobie załatwiłeś?

Tak. Wolę ją mieć, ale nie chcę zdradzać szczegółów co do kwot.

A co masz na myśli mówiąc, że przeszedłeś sporo w życiu?

Sam wyjazd w wieku 15 lat do Opalenicy. 600 kilometrów. Nowa szkoła, nowe otoczenie, nikogo nie znałem, a zaraz potem złamałem kość strzałkową. Noga do gipsu. Wszystko zaczynasz inaczej niż inni. Pamiętam, jak gospodarz ściągał mi ten gips. Uznaliśmy z maserem, że trzeba się go pozbyć, wzięliśmy gumówkę Boscha i zdjęliśmy, tak się rwałem do gry. Chciałem trenować z chłopakami. Chodziłem z nimi na lekcję, na siłownię, ale brakowało mi kontaktu z boiskiem. Potem było Brzesko i pierwsze pieniądze. Zdarzały się imprezy, trzeba było spróbować wszystkiego, ale za grubo też nie ruszyłem.

Na co pierwsza premia?

Rodzice kupili mi Alfę Romeo 147 i potem stopniowo przez półtora roku ich spłacałem. Wziąłem od nich kredyt na zero procent, a nawet minus, bo coś tam dołożyli.

A te tatuaże?

W dzieciństwie byłem ministrantem i miałem okres, kiedy codziennie chodziłem do kościoła, czytałem na mszach i w rodzinie myśleli, że zostanę księdzem. W końcu sam powiedziałem księdzu, że muszę zrezygnować z ministrantury, bo wyjeżdżam grać w piłkę. Dostałem błogosławieństwo. A tatuaże? Wytatuowałem sobie modlitwę „Aniele Boży” po polsku. Tylko ostatnio Demjan mnie tu podrapał i prawie zniszczył tatuaż. Na szczęście się nie zmyło!

Rozmawiali PIOTR BORKOWSKI i TOMASZ ĆWIĄKAŁA

KOMENTARZE (0)

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY