Selva, Mifsud, Frick… Wielcy bohaterowie mikroskopijnych krajów
Weszło

Selva, Mifsud, Frick… Wielcy bohaterowie mikroskopijnych krajów

Na co dzień reprezentują kraje, w których mieszka mniej ludzi niż w Warszawie. Podczas zgrupowań obracają się w towarzystwie kelnerów, sprzedawców butów czy innych niedzielnych piłkarzy, dla których gra w reprezentacji to wyłącznie przygoda życia. Tej piątce udało wyrosnąć się ponad poziom. Osiągnęli coś, czego rodacy mogą pozazdrościć. Niektórzy w latach świetności wyśmialiby oferty z Ekstraklasy. Andora, San Marino, Wyspy Owcze, Liechtenstein czy Malta też mają swoich piłkarskich bohaterów. 

ILDEFONS LIMA (ANDORA)

Blisko sto meczów na poziomie drugiej ligi włoskiej i gra przeciwko takim klubom jak Juventus czy Roma. Przyznacie, że całkiem niezły dorobek, tym bardziej, jeśli mowa o reprezentancie Andory. Ildefons Lima, bo o nim mowa, najlepsze lata kariery spędził w grającej w Serie B Triestinie. Spędził tam pięć lat, dorabiając się ksywy Arturo Vidala. Wołali na niego “wojownik”, czyli “Il Guerriero”. Grał też w niższych ligach hiszpańskich czy szwajcarskiej Bellinzonie. Nie jest to więc gość, który może pochwalić się wyłącznie koszulkami zbieranymi przez kilkanaście lat gry dla ogórkowej reprezentacji, chociaż w wywiadach uwielbia o nich opowiadać. Djorkaeff, Rooney, Bale, Szewczenko, Fernando Torres… Kolekcja ponoć pokaźna.

Urodził się w Barcelonie, ale wychowywał w Andorze. Jego kariera mogła ponoć być znacznie ciekawsza, gdyby nie kontuzje w decydujących momentach. W 2001 do Ionikosu Ateny ściągnął go sam Oleg Błochin, będąc pod wrażeniem jego gry w andorskiej kadrze. Zaraz po przyjeździe do Grecji nabawił się jednak urazu. Potem trafił do meksykańskiej Pachuki, ale wylot za Ocean okazał się kompletnym niewypałem. Jak później wspominał, był młody, tęsknił za domem i nijak nie mógł przyzwyczaić się do meksykańskiego stylu bycia. Czytaj: okazał się za słaby.

– Grałem przeciwko wielu wielkim. Udało nam się pokonać Białoruś czy Albanię. Potem były grube imprezy. W Andorze piłka nie stoi na wysokim poziomie. Mamy klub w piątej lidze hiszpańskiej, ale na inne małe kraje patrzę z zazdrością. Vaduz, AS Monaco… Nas na piłkarskiej mapie Europy właściwie nie ma – żali się.

Najważniejszy gol w karierze? Ten honorowy, w przegranym 1:2 meczu z Walią, na otwarcie kameralnego, ale urokliwego Estadi Nacional. Dziś ma już 35 lat i kopie amatorsko w andorskim FC Santa Coloma. Do spełnienia marzenia, czyli setki w reprezentacji, brakuje jeszcze dwunastu meczów.

ANDY SELVA (SAN MARINO)

Tego faceta powinniście kojarzyć z opowieści Dariusza Szpakowskiego, który przy okazji meczów z San Marino wypowiadał sakramentalne: to jedyny zawodowy piłkarz w drużynie naszych przeciwników. Rzeczywiście, w czasach świetności nie musiał ani sprzedawać jabłek, ani podawać pizzy. Jako jedyny z sanmaryńczyków miał to szczęście, że mógł utrzymać się wyłącznie z grania w piłkę. Mało kto jednak wie, że Selva to taki tamtejszy Damien Perquis czy inny Ludo Obraniak. Urodził się w Rzymie, kibicuje Romie, a obywatelstwo San Marino przyjął w spadku po dziadku.

Swoją drogą… Chyba każdy z nas mówił kiedyś, że fajnie byłoby tam zagrać i że w sumie to spokojnie załapalibyśmy się do wyjściowej jedenastki. Być może. Problem w tym, że na obywatelstwo San Marino trzeba czekać trzydzieści lat. Ewentualnie poszukać tam żony. Selva miał ułatwione zadanie i będąc przeciętnym piłkarzem mógł zabrać się za spełnianie marzeń.


Andy Selva w barwach trzecioligowego Hellasu Werona

Jako młody chłopak testowały go Roma i Lazio, ale ostatecznie nikt się nie skusił. Podobno z przyczyn pozasportowych. Doskonale znany Bruno Conti, wtedy koordynator grup młodzieżowych, zdaniem Selvy wolał kogoś słabszego, a komu nie trzeba będzie płacić. Tak, jasne. W każdym razie brak debiutu w Serie A to najboleśniejsza luka w jego dotychczasowej przygodzie. Najdalej zaszedł do Serie B, z Sassuolo, które głównie dzięki jego bramkom wywalczyło historyczny awans. Do drugiej ligi dotarł będąc już po trzydziestce i okazała się wyzwaniem zbyt wymagającym. Mimo 39 lat na karku ostatnio zdobył mistrzostwo San Marino i za kilka dni zagra w 1. rundzie eliminacji Ligi Mistrzów.

GUNNAR NIELSEN (WYSPY OWCZE)

Urodzić się na Wyspach Owczych i marzyć o grze w Premier League, to mniej więcej, jak urodzić się w Koziej Wólce i snuć plany o locie na księżyc. Niewykonalne? A jednak. Cokolwiek na ten temat może szepnąć Gunnar Nielsen. Końcówka sezonu 2009/10, Manchester City gra na Emirates z Arsenalem. Na kilkanaście minut przed końcem kontuzję łapie bramkarz Obywateli, Shay Given i między słupki wchodzi Nielsen. Facet, który nie był nawet pierwszym wyborem selekcjonera reprezentacji Wysp Owczych. Cały sztab musiał trząść gaciami, bo City walczyło o miejsce w Lidze Mistrzów, ale Farer zachował czyste konto. Nieźle jak na gościa, który wcześniej ekscytował się samym siedzeniem na ławce.


Nielsen dyrygujący obroną City w meczu z Arsenalem

Wcześniej, chyba dla jaj, wzięli go do Birmingham, bo w lidze Wysp Owczych rozegrał ledwie kilkanaście meczów, ale jego transfer do City naprawdę trąci żartem. Po wyjeździe z Manchesteru na dłuższą metę nie dał rady ani w Danii, ani w Szkocji. Od początku tego roku gra w islandzkim Stjarnan, gdzie chyba po raz pierwszy od początku kariery może czuć się pewniakiem. Ale w Premier League zagrał? Zagrał. Jako pierwszy (i pewnie ostatni) Farer w historii.

MARIO FRICK (LIECHTENSTEIN)

Trochę taki liechtensteiński Selva, nawet wizualnie podobny, ale piłkarsko jednak znacznie lepszy. “La vie c’est fantastique… quando segna Mario Frick” – śpiewali kiedyś kibice Hellasu Werona, gdzie tworzył bramkostrzelny tercet z Adrianem Mutu i Mauro Camorenesim. Podobnie jak Lima urodził się w innym państwie – w tym przypadku Szwajcarii – ale gry w piłkę nauczyły go kluby z Liechtensteinu, który reprezentuje nieprzerwanie od… 21 lat.

Dorobek Fricka jest naprawdę imponujący. Łącznie prawie 150 meczów w Serie A i Serie B. Do tego ponad 60 zdobytych bramek. W 2002 roku Ternana zapłaciła za niego 2,5 miliona euro, które spłacił golami, stając się jednym z najskuteczniejszych strzelców w historii klubu. We wrześniu stuknie mu czterdzieści jeden wiosen, ale nie ma zamiaru przestać. Wie, że jest potrzebny swojej maleńkiej reprezentacji. Jedynej, która jak do tej pory przegrała z San Marino. Oczywiście po trafieniu Andy’ego Selvy.

Mario Frick w pojedynku z Davidem Beckhamem

W przeciwieństwie do swojego sanmaryńskiego odpowiednika Frick już nie poluje na bramki. Uznał, że to już nie ta szybkość, nie ta sprawność. Ogolił się na łyso i niedawno z napastnika stał się stoperem. I to z całkiem niezłym rezultatem. W eliminacjach do Euro 2016 Liechtenstein uzbierał już pięć punktów – tyle samo, co Czarnogóra, której zresztą urwali punkty. Do tego wygrana i remis z Mołdawią. Nieźle. San Marino ma z kogo czerpać wzorzec.

MICHAEL MIFSUD (MALTA)

Kolejny facet z maleńkiego państewka, który może nie zrobił wielkiej kariery, ale wyściubił pięć minut na najwyższym poziomie. Jako dzieciak przyjechał testy do Manchesteru United, ale nie zwrócił niczyjej uwagi. Osiem lat później malutki, mierzący ledwie 164 cm wzrostu Michael Mifsud, odegrał się, upokarzając Czerwone Diabły na Old Trafford i zwracając na siebie uwagę całej piłkarskiej Anglii. Grał dla Coventry City, które przyjechało do Manchesteru zagrać mecz Pucharu Ligi.

W bramce United stał Tomek Kuszczak, w obronie Gerard Pique. Na skrzydle Nani, a z przodu Anderson i znany kibicom Legii Dong. Ale tamtej wieczór należał do „Mosquito”, niskiego napastnika z Malty, który dwoma golami sprawił, że kibicom w Teatrze Marzeń opadły szczęki. Ta druga naprawdę wyjątkowej urody.

To był moment największej chwały i największego szumu wokół jego osoby, ale abstrahując od meczu z United, jak na faceta z maleńkiej wyspy, zrobił całkiem niezłą karierę. W lidze maltańskiej debiutował jako piętnastolatek. Szybko okazało się, że ma zadatki na najlepszego piłkarza w jej historii. Mając dwadzieścia lat trafił do FC Kaiserslautern, gdzie spotkał chociażby Tomasza Kłosa czy dobijającego do końca kariery Youriego Djorkaeffa. Przez dwa i pół roku grywał jednak głównie w rezerwach. W sumie nic dziwnego, skoro o pierwszy plac musiał rywalizować z Miro Klose czy Vratislavem Lokvencem.

Potem pograł jeszcze w Norwegii, w Anglii, a od pięciu sezonów, z przerwą na krótką przygodę w Australii, kopie na Malcie, dla której rozegrał już ponad sto meczów, zdobywając imponującą liczbę 38 bramek. W dwóch słowach: wyciągnął maksimum. I wcale nie musiał ograniczać się do zbierania koszulek znanych przeciwników.

PIOTR BORKOWSKI


KOMENTARZE (0)