Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

W jednym roku zaliczyłem dwa finały europejskich pucharów, co zdarzyło mi po raz pierwszy w życiu. No i muszę przyznać szczerze: organizacyjnie to niebo a ziemia, na korzyść tego naszego, warszawskiego! A że widziałem to nie tylko ja, lecz także wierchuszka UEFA, to mam dziwne przeczucie, że za kilka lat – na przykład za cztery, na stulecie PZPN – obejrzymy w Warszawie finał Ligi Mistrzów. Ja wiem, że stadion w teorii minimalnie za mały, ale coś mi podpowiada, że nie jest to problem nie do przeskoczenia.

Lepsze u nas było dosłownie wszystko, stadion mamy sto razy bardziej funkcjonalny, i sto razy lepiej skomunikowany, nawet pomeczowa dekoracja u nas wyglądała sto razy lepiej niż w Niemczech. Do czego to doszło, pytam się, że człowiek jedzie na najważniejszy mecz do Niemiec, a potem wzrusza ramionami i mówi: phi, my byśmy to zrobili lepiej!

Na trybunach mnóstwo ludzi z Polski, podobno dwanaście autokarów z kibicami Barcelony z naszego kraju, czyli z 500 osób. Na każdej stacji benzynowej w drodze do granicy widziałem ludzi w koszulkach Barcy, na trasie co i raz powiewały wystawione za okna szaliki. Globalizacja postępuje w tempie nadzwyczajnym i nie widzę w tym zupełnie nic złego. Świat maleje. Hasło „support your local team” już dawno nie obowiązuje, o ile kiedykolwiek obowiązywało. Bo gdyby być konsekwentnym, to czy osoba z Piaseczna powinna kibicować Legii, czy może KS Piaseczno? Czy ktoś mieszkający na Radarowej powinien jeździć na Łazienkowską, czy na obiekt Okęcia Warszawa? Wszystko jest efektem skali, jak na internetowej mapie. Możemy sobie obraz bardzo przybliżyć, albo oddalić. Dla większości ludzi, którzy wyjeżdżają mi z hasłem „support your local team” dałbym radę znaleźć drużyny, które są bliżej ich domu, a którym jednak nie kibicują – bo za słabe.

Czyż więc to nie spora hipokryzja?

Ludzie jeżdżą za Barceloną, nie są niewolnikami tego, że urodzili się w jakiejś miejscowości, w której w piłkę grają ciamajdy i nie ma na co patrzeć. Jeżdżą na tę Barcę do Berlina, tak jak inni jeździli na Metallicę do tego samego miasta. Dla mnie w tym sezonie był to ósmy mecz Barcelony na żywo i cieszę się o tyle, że zdołałem obejrzeć spotkania wszystkich rozgrywek (liga hiszpańska, Puchar Króla, Liga Mistrzów), a więc mogę o sobie powiedzieć, że byłem faktycznym świadkiem trypletu.

Barcelona wygrała swoje kolejne trofeum, Lionel Messi przyklepał piątą Złotą Piłkę – i w zasadzie można było mu ją bez ryzyka wręczyć od razu po końcowym gwizdku. Jeśli którykolwiek z „jurorów” nie umieści Argentyńczyka na pierwszym miejscu, to powinien stracić możliwość oddawania głosów w kolejnych latach – jako osoba niespełna rozumu bądź skrajnie nieobiektywna. Ciekawi mnie, kto będzie drugi i czy na pewno Cristiano Ronaldo. Tu już decydujące mogą być najbliższe cztery miesiące, bo coraz częściej mam wrażenie, że w 2015 roku Neymar zbliżył się do Portugalczyka na naprawdę nieznaczną odległość. A Copa America może mu pomóc wielkiego CR7 nawet wyprzedzić.

* * *

Obejrzałem powtórkę meczu w telewizji, naprawdę kapitalny. Ale jedno mnie zdziwiło. Wszyscy eksperci w NC+ oceniając nieuznanego gola Neymara w mniej lub bardziej dosłowny sposób stwierdzili, iż „nie wiadomo, czy piłka po uderzeniu głową leciała do bramki”. Tak mówili i komentatorzy, i goście w studiu.

Niestety, nikt nie powiedział, jakie to ma znaczenie. I czy istnieje przepis, który uzależnia przerwanie gry po zagraniu ręką od tego, gdzie leciała piłka.

Podpowiem – nie ma.

Ja bym nie chciał, żeby takie bramki uznawano, są sprzeczne z duchem gry. Problem w tym, że jeśli ruch ręką nie był celowy, to nie są sprzeczne z przepisami. A wydaje mi się, że przepisy są jednak w całej tej zabawie istotne. Można się z nimi oczywiście nie zgadzać i apelować o zmianę, ale zapominać? Gdyby jeszcze ktoś powiedział, że ułożenie ręki nie było naturalne – to w porządku, da się znaleźć na to odpowiednie interpretacje przepisów. Ale kierunek lotu piłki? No, na to nie da się znaleźć czegokolwiek.

* * *

Gala Ekstraklasy wytworna, dużo ciekawych osób, chociaż większość piłkarzy szybko się zmyła. Kamil Wilczek przesiadywał w towarzystwie swojego menedżera, Jarosława Kołakowskiego, i wygląda na to, że lada moment wyjedzie z kraju. Jarek chciał, żebym zgadł, do jakiego kraju moim zdaniem uda się król strzelców ekstraklasy i jak palnąłem „Niemcy”, to mina mu zrzedła, więc może trafiłem. Łukasz Zwoliński wydaje się wyjątkowo sympatycznym gościem, i zdeterminowanym. Mięsień na mięśniu, ale czyta książki o Djokoviciu i zastanawia się nad dietą bezglutenową.

Niektórzy pokazywali palcami Marka Motykę i pytali: widziałeś co narobił? Motyka jest trenerem Limanovii, z którą spadł do trzeciej ligi. Jednak w ostatniej kolejce niespodziewanie wygrał w Rybniku, przez co ROW nie wywalczył awansu do ligi pierwszej. A wszystko było tam gotowe na fetę. Motyka przez dwadzieścia minut z takim zapałem opowiadał o spotkaniu, jakby to był finał Ligi Mistrzów. – Stoper wypadł za czerwoną w pięćdziesiątej minucie, a na ławce nie ma obrońcy. No to prawego obrońcę na środek, pomocnika na bok obrony. Trzeba kombinować – mówił.

I widać było, że jest autentycznie dumny. – Powiedziałem chłopakom, że jak zagrają bez walki, to do końca życia będą słuchać, że się w ostatniej kolejce podłożyli. I że pracę trzeba szanować. Sam dwa lata nie miałem roboty. Ale tego dnia stać przy tej ławce to był zaszczyt! – twierdził.

Motyka jak zawsze na galę przyjechał z braćmi „Daltonami”. Raz z gali wracali, w aucie Daltonowie, on i Andrzej Iwan. Motyka zasnął za kółkiem, obudził się jak auto wjeżdżało do rowu. – Walczyłem, żeby nie przewróciło się na dach. Jak stanęliśmy, to i włosy mi dęba stały. A z tyłu obudził się Iwan i mówi: – Dobrze, Marcyś, że się zatrzymałeś, bo muszę zajarać.

* * *

A najlepszą anegdotę opowiedział Zbigniew Boniek…

Po mundialu w 1982 roku Juventus gra pokazowy mecz w Padwie. W składzie sześciu mistrzostw świata, Platini, no i ja. Na stadionie tłum, nie da się wcisnąć szpilki. Prowadzimy 5:0 i w ostatniej minucie jest jeszcze rzut karny dla nas.

Piłkę ustawia Michel Platini. Podchodzi do niego bramkarz i mówi: – Michel, daj obronić karnego. Tylu ludzi, rodzina na meczu.

– W porządku, rzuć się w swój prawy róg – odpowiada Michel.

Bramkarz zgodnie z umową rzuca się w swój prawy róg, a Platini strzela w lewy. Po meczu bramkarz do niego przychodzi i pyta: – Dlaczego to zrobiłeś?

A Michel na to: – Czy tobie się wydaje, że ci wszyscy ludzie przyszli oglądać, jak ty bronisz, czy jak ja strzelam?

PS Sąsiad bardzo prosił, żebym pozdrowił Tamarę z Lublina. Co w tym momencie czynię:)

KOMENTARZE (0)