Image and video hosting by TinyPic
Uciekał przed narkotykami, strzałami i śmiercią. Dobiegł do finału LM.
Weszło Extra

Uciekał przed narkotykami, strzałami i śmiercią. Dobiegł do finału LM.

Beton, uliczki bez nazw, popękane bloki. Co kilkadziesiąt metrów grupki rozbawionej młodzieży. Rozbawionej nie realiami, w jakich przyszło im dorastać, a najczęściej alkoholem bądź narkotykami, które dostać można równie łatwo, jak kilogram cukru. Po zmroku Fuerte Apache, jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie, zamienia się w ludzką dżunglę. Miejscowi zamykają mieszkania na cztery spusty i gaszą światła. Jeśli przychodzi ci do głowy wyjście na zewnątrz, to w głowie automatycznie zapala się lampka ostrzegawcza, a w wyobraźni pojawia napis: robisz to na własne ryzyko. Otoczenie, które filmowcom służy jako inspiracja dla barwnych scenariuszy filmów sensacyjnych. Właśnie tam wychowywał się Carlos Tevez. Facet, który w pewnym momencie większości kumpli, z których dziś wielu albo gnije w więzieniach, albo wącha kwiatki od spodu, pokazał figę. I dezerterował w kierunku innego, lepszego życia. Dziś wieczorem zagra w finale Ligi Mistrzów.

– Gdyby nie piłka nożna skończyłbym jak wielu chłopaków z sąsiedztwa. Albo byłbym martwy, albo siedziałbym w więzieniu. Ewentualnie wylegiwałbym się w rowie, albo jakiejś melinie, rzecz jasna kompletnie naćpany. Nikt nie rodzi się złodziejem, ale nierówność w społeczeństwie sprawia, że to najprostsza droga. Najszybszy sposób na zdobycie pieniędzy – mówi w jednym z nielicznych, szczerych wywiadów.

Nie udzielił ich zbyt wielu. Nie jest demonem mediów, nie jest mówcą. Nie przepada za wspominaniem trudnego dzieciństwa, chociaż nawet przez chwilę się go nie wyparł. Jeśli którykolwiek piłkarz mówi, że miał ciężko, bo musiał dojeżdżać sto kilometrów na treningi, sprzedawać ryby, czy grać na nierównych boiskach, to po zapoznaniu się z historią Teveza, dojdzie do wniosku, że tak naprawdę miał właściwie wszystko. Kochającą rodzinę, bezpieczny dach nad głową, jakieś zajęcie. W przypadku Carlitosa, jak nazywają go w Argentynie, było zupełnie inaczej. Jego życie do pewnego momentu przypominało horror. Było tak smutne i tak gęsto wyścielone traumami i dramatycznymi przeżyciami, że aż wydaje się nierealne.

Do trudów i masakrycznych doświadczeń predestynowało go już samo miejsce, w którym przyszło mu dorastać. Barrio Ejercito de los Andes, wszędzie znane jako Fuerte Apache. Miejsce leżące na przedmieściach Buenos Aires. W ogromne, monumentalne blokowisko kilkadziesiąt lat temu przesiedlono tam nielegalne slamsy. W praktyce skupiało więc najbiedniejszych, a co za tym idzie najniebezpieczniejszych ludzi z okolicy. Oficjalnie mieszka ich tam kilkanaście tysięcy, ale w miejscu, gdzie prawo dosięga tylko teoretycznie, nikt nie bierze tych liczb na poważnie.

Mówiąc wprost – Tevez przerąbane miał od samego momentu narodzin. Matka nie miała zamiaru podjąć się jego wychowania. Była rozchwiana psychicznie, do tego wiecznie odurzona, uzależniona od twardych narkotyków. Kiedy miał pół roku podjęła prawdopodobnie najlepszą decyzję w życiu i przekazała go wujostwu, gdzie wśród przyrodnich braci znalazł w miarę spokojny, bezpieczny dom. Kiedy miał sześć miesięcy, przez przypadek został oblany wrzącą wodą z czajnika. Zszokowana ciotka owinęła go w to, co akurat miała pod ręką i możliwie jak najszybciej zaniosła do pobliskiego szpitala. Na jego nieszczęście pod ręką miała akurat koc wykonany z włókien nylonowych, który przylgnął do oparzeń pierwszego i drugiego stopnia, a oderwany pozostawił blizny. W szpitalu spędził dwa miesiące, z czego większość na oddziale intensywnej terapii, gdzie lekarze walczyli o jego życie. Uratował go cud. Do końca, na twarzy i szyi, pozostanie mu pamiątka. Kiedy stał się człowiekiem zamożnym, ludzie wielokrotnie pytali go: Carlos, dlaczego nie zrobisz operacji? Dlaczego nie usuniesz tych blizn? Przecież masz pieniądze. On odpowiadał, że po pierwsze: kompletnie mu one nie przeszkadzają, a po drugie: musiałby przez to zrobić zbyt długą przerwę od gry w piłkę.

Właśnie wtedy, kiedy jeszcze leżał w pieluchach, zaczął nierówny pojedynek z przeznaczeniem. Przeznaczeniem, które wyraźnie się na niego uwzięło, chcąc boleśnie, przedwcześnie wykończyć. Była to dopiero pierwsza z wielu ciężkich prób, które przeszedł. Zagłębiając się w jego historię w stu procentach można zrozumieć dlaczego na całych plecach ma wytatuowaną scenę zmartwychwstania. Dziś jego ciało szpecą blizny po oparzeniu, ale równie dobrze – bez najmniejszego wysiłku – mogłyby być to ślady po kulach.

– Mieszkałem w dzielnicy, gdzie przestępczość, narkotyki i podobne rzeczy były absolutną codziennością. Nigdy nie miałem szacunku do policji. Środowisko w którym się wychowałem pomogło mi być odpowiednią osobą, nauczyło mnie wartości życia. Zawsze powtarzam, że szkoła mogła mnie nauczyć dużo, ale ulica znacznie więcej. Czasami chciałbym przeżyć to wszystko jeszcze raz.

Drugi epizod jego zmagań z rzeczywistością nastąpił, kiedy miał pięć lat. Niedaleko miejsca zamieszkania, zaledwie kilka przecznic dalej, padły strzały. Niby nic specjalnego, taki mieli klimat. Ktoś jednak strzelał, strzelał i nie mógł przestać. Następnego dnia okazało się, że napastnicy władowali 23 kule w jego biologicznego ojca, niby za próbę kradzieży. Zabili ojca pięcioletniego dzieciaka. Ubogiego chłopaka, którego największym idolem był Diego Armando Maradona. Dzieciaka, którego nie było stać na karty z wizerunkami piłkarzy, więc kolekcjonował kamienie. Nie odkryjemy Ameryki, jeśli napiszemy, że mały Carlos uwielbiał piłkę, która od zawsze była integralną częścią życia Argentyńczyków, w szczególności tych ze społecznych nizin. Miał ledwie kilka lat, kiedy zaczął trenować w przyparafialnym klubiku Santa Clara. Pewnego dnia nieoczekiwanie zrobił jednak mały kroczek naprzód, który okazał się początkiem pięknej kariery.

Było lato 1989. Norberto Propato, jeden z trenerów z klubu All Boys, lubił przechadzać się po wąskich uliczkach Fuerte Apache w poszukiwaniu młodych perełek. Okolicę znał jak własną kieszeń. W pewnym momencie jego uwagę zwrócił mały dzieciak, który na pewno miał mniej niż dziesięć lat. Wysiadł i zapytał jak się nazywa i gdzie mieszka. W odpowiedzi usłyszał, że na imię ma Carlos i mieszka na pierwszym piętrze bloku obok, po czym zaprowadził trenera do matki. Ta przez lufcik w drzwiach, powiedziała:

– Starego nie ma w domu, a ja nie mogę o tym decydować. Przyjdź kiedy będzie – usłyszał, kiedy poprosił o zabranie go na trening. Męża, przyrodniego ojca Carlosa – Segundo Teveza – udało się złapać dopiero przy trzeciej próbie. Ten od samego początku był jednak rozbrajająco szczery. – Wybacz chłopie, nie ma szans, nigdzie go nie puścimy, bo nie chcemy narażać na pośmiewisko. Carlos nie ma nawet odpowiednich butów, nie mamy na nie pieniędzy.

Propato pokręcił nosem, ale w końcu uznał, że dla takiego talentu uda się coś wykombinować. I tak to się zaczęło. Do All Boys trafił też jego najlepszy przyjaciel, Dario Coronel. Byli nierozłączni. Obaj wyrośli w niebezpiecznych blokowiskach i w życie obu promieniem nadziei była piłka, w którą rżnęli od rana do nocy. Na boisku jeden był dziewiątką, drugi dziesiątką. W turniejach więcej bramek zwykle zdobywał Dario, ale w Carlosie nie było nawet odrobiny zazdrości czy zawiści. Mimo, że niemal zawsze pozostawał w jego cieniu. Tak samo było w momencie, kiedy obaj trafili na testy do pierwszoligowego Velezu Sarsfield, ale trenerzy zdecydowali się jedynie na wzięcie tego lepszego, czyli Dario. W pewnym momencie problemy z pieniędzmi i beznadziejna sytuacja rodzinna sprawiły, że przyjaciel Teveza zaczął się staczać. Wyimaginowany azyl znalazł w towarzystwie przestępców i narkomanów. Miał ogromny talent, więc w Velezie przez jakiś czas przymykali na to oko, ale w kiedy skończył piętnaście lat, wyrzucili go za olewanie treningów.

W czasie kiedy Carlos ciężko trenował i łapał się do młodzieżowych reprezentacji, jego przyjaciel kompletnie zboczył z właściwej ścieżki. Imał się coraz twardszych przestępstw. Z w miarę bezpiecznej dilerki przerzucił się na kradzieże, rozboje i napady z bronią. Ostatniego rabunku dokonał w wieku siedemnastu lat. Był to skok nieudany. Goniła go policja, a wiedział, że jeśli go dopadną, to zgnije za kratami. Był poszukiwany za zabójstwo funkcjonariusza. Wydawało się, że uciekł, ale na jego drodze znalazł się mur, którego przeskoczenie przerosło jego możliwości. Kiedy się odwrócił, zobaczył biegnących w jego stronę policjantów. Mierzyli do niego. Był pewien, że go zabiją, więc uprzedził fakty. Przeładował pistolet i wypalił we własną skroń.

– To nie jest tak, że jeden ma szczęście, a drugi go nie ma. Ten chłopak spełniał wszystkie warunki, aby stać się jednym z najlepszych piłkarzy na świecie, ale wybrał inną drogę życia. Myślę, że każdy podąża drogą, którą sobie obierze i szczęście nie ma z tym nic wspólnego. Dario był moim najlepszym przyjacielem. Spędzaliśmy ze sobą dosłownie cały czas. Po jego śmierci byłem kompletnie rozbity, ale przysiągłem sobie, że nie odpuszczę. Ze nie pójdę jego drogą. Pamiętam, że już wtedy grałem dla reprezentacji do lat siedemnastu i zdobywając bramkę, uniosłem ręce w górę, dedykując ją Dario, którego nigdy nie zapomnę.

Sam Tevez we Fuerte Apache spędził szesnaście pierwszych lat życia. Lat, które w dziewięćdziesięciu procentach skazywały go na zatracenie. Pozostałe dziesięć było jedynie złudną nadzieją. Mieszkał w wieży numer jeden, zaledwie kilka metrów od mającego najgorszą sławę węzła czternastego, gdzie stosunkowo często zdarzały się rzeczy, które znamy wyłącznie z krwawych filmów sensacyjnych. W wieku szesnastu lat Boca, za 900 dolarów, wynajęła mu dom w dzielnicy Versailles. Wyprowadzał się z bólem serca, ale takie było życzenie jego przybranych rodziców. Znali historię jego przyjaciela. Nie chcieli, żeby młody Carlos skończył z kulką w głowie.

Do dwunastego roku życia Carlos Tevez nie był Carlosem Tevezem, a Carlosem Martinezem. Potem, z powodu problemów papierkowych przy transferze do Boca, przejął nazwisko po wuju. Gra dla Xeneizes była jak spełnienie marzeń. Kibicował im od dziecka. – Powiedziano mi, że mam obejrzeć dzieciaka, który stylem gry przypomina Maradonę. Roześmiałem się, ale poszedłem, zobaczyłem go w akcji i… zdałem sobie sprawę, że zostałem okłamany. Dzieciak był lepszy niż Maradona – wspomina scout Boca, który jako pierwszy został oddelegowany do obserwowania Teveza.

Kiedy w 2001 roku debiutował w barwach ukochanego klubu, wielu jego kolegów odsiadywało wyroki, albo leżało na cmentarzach, tak jak jego najlepszy przyjaciel. On, w przeciwieństwie do innych, skupiał się wyłącznie na piłce. Został gwiazdą Boca i w pewnym sensie padł ofiarą własnego sukcesu. Był przymierzany do największych klubów w Europie, a niedługo po skończeniu 20 roku życia, trafił do Corinthians, za rekordowe w południowoamerykańskim futbolu ok. 20 milionów dolarów. Za każdy rok gry miał zarabiać prawie 10 milionów. Skąd brazylijski klub wziął tak niewyobrażalnie wielkie pieniądze? Otóż podpisali umowę partnerską z firmą Media Sport Investments, która za cel postawiła sobie stworzenie latynoskiego gwiazdozbioru. Do klubu oprócz Teveza trafili Javier Mascherano, Nilmar czy Carlos Alberto, który jeszcze niedawno strzelał w finale Ligi Mistrzów dla Porto. Jak możemy się domyślać – przedsięwzięcie okazało się kompletną klapą, a brazylijski klub prawdopodobną pralnią pieniędzy rosyjskich oligarchów.

Tevez w Brazylii odnajdował się świetnie. Został idolem kibiców, nawet kapitanem, ale problem pojawił się w momencie, kiedy miał trafić do Europy. Jego karta zawodnicza była własnością dwóch firm. Kiedy odmówił gry dla Corinthians i zażądał transferu, znów interesowały się nim największe kluby, ale wszystkie solidarnie zrywały negocjacje po zapoznaniu się z jego niejasną przynależnością. Nie wystraszył się West Ham United, jego pierwszy europejski klub, który później beknął za to kilkumilionową karą. Od MSI Tevez uwolnił się dopiero w momencie podpisania kontraktu z Manchesterem United.

Problemy związane z rodzinnymi stronami ciągnęły się za nim jednak nawet wtedy, kiedy uznawano go za jednego z najlepszych napastników na świecie. Spokojne przedpołudnie, 23 czerwca 2008, stacja paliw sieci Petrobaz w okolicach Buenos Aires. Trójka napastników, w tym brat i szwagier Teveza, przebrani za policjantów, uzbrojeni w karabiny FAL, napadają na dowożącą gotówkę do bankomatu opancerzoną furgonetkę. Uciekając biorą jeszcze zakładnika, ale dzięki błyskawicznemu namierzeniu sygnału z telefonów komórkowych policja szybko wpada na ich trop. Brat piłkarza zeznaje później, że Carlos był mózgiem całej operacji i wynajął domek, który miał posłużyć jako kryjówka. Prokurator te oskarżenia uznał jednak za absurdalne. Podparł się między innymi tym, że dom nie miał ani bieżącej wody, ani elektryczności i kompletnie nie wyobraża sobie Teveza w tak obskurnym otoczeniu. Ostatecznie zostają skazani na szesnaście lat więzienia.

Jeszcze jedna sytuacja, najświeższa, która miała miejsce niecały rok temu. Przybrany ojciec Teveza przejeżdża przez dzielnicę Moron. Inny, oczywiście kradziony pojazd, zajeżdża mu drogę. Wyrzucają go z auta, kradną samochód, uciekają, ale to jeszcze nie koniec. W schowku znajdują dokumenty. Rozpoznają ojca Teveza i czują grubszy zysk, więc wracają w miejsce, gdzie go porzucili i uprowadzają, żądając okupu. W niewoli spędził osiem godzin, dopóki porywacze nie otrzymali żądanego okupu.

Dziś jest znanym piłkarzem, milionerem, ale brudne przedmieścia Buenos Aires będą mu ciążyć do końca życia. Na bloku, w którym mieszkał, dziś można oglądać gigantyczny, okazały mural z jego wizerunkiem w barwach reprezentacji Argentyny. Miejscowi, pośród których trudno spotkać osobę, które nie zna go osobiście, nie byli tym zachwyceni. Wypominali mu, że uciekł. Że zdradził. Że pławi się w luksusach, podczas gdy tam przybywa kapliczek upamiętniających ofiary bójek i strzelanin. Że ich los kompletnie go nie interesuje.

To zdanie starszych. Dla miejscowych dzieciaków jest bohaterem. Patrząc na jego dumną twarz mają jakby większe prawo do marzeń o lepszym życiu. O wyrwaniu się ze szpon przestępczości i pójściu pod prąd, inną, lepszą ścieżką. O byciu takim jak on. Mógł skończyć jako gangster, menel, może nawet jako denat. Tymczasem dziś, wyłącznie dzięki charakterowi i zawzięciu, stanie przed szansą zdobycia pucharu Ligi Mistrzów. I nie ma w tym krzty szczęścia. Jako dzieciak wybrał dobrze – w jego przypadku to wystarczyło w zupełności, chociaż cząstka małego chuligana z Fuerte Apache pozostanie w nim na zawsze.

PIOTR BORKOWSKI


KOMENTARZE (0)

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY