Zawisza przegrał tak, jak spadł
Weszło

Zawisza przegrał tak, jak spadł

Czy to był mecz, który można uznać za sezon Zawiszy w pigułce? Właściwie można. Przespana pierwsza połowa, podczas której goście tylko zmarnowali czas, narobili sobie kłopotów. Potem efektowna pobudka po przerwie, kiedy wyszedł na boisko odmieniony zespół i odrobił stratę. To wejście smoka miało swoją kontynuację, bo Zawisza się rozkręcił, narzucił tempo i wydawało się, że wyszarpie zwycięstwo, ale koniec końców zamiast pedału gazu wcisnął przycisk autodestrukcji. 

Jeśli w Chorzowie odbył się pogrzeb, to niezwykle osobliwy, bo oglądało się go naprawdę nieźle. Ruch grał mądrze, świetnie kontrował, bardzo dobrą partię rozegrali szczególnie Starzyński i Gigołajew. Zawisza też ma jednak z przodu kim grać i przy Cichej było to widać jak na dłoni. Prawda jest taka, że z większością piłkarzy, którzy dzisiaj – było nie było – spuścili klub z ligi, nie mamy ochoty się rozstawać. Alvarinho, chłopie nie wracaj do Portugalii, zostań u nas, ta sama prośba do Miki. Majewskija i Drygasa prosić chyba nie trzeba, znajdą się poważni chętni. Im dłużej o tym myślimy, tym bardziej jasne staje się, że naprawdę wiele dobrego można powiedzieć o kadrze aktualnego spadkowicza. Porównajcie sytuację z Bełchatowem – niebo a ziemia.

Kluczowe momenty? Po pierwsze, należał się Rumakowi i spółce karny w pierwszej połowie. Surma tak wyciął szarżującego Alvarinho, że mógł go połamać na kilka miesięcy, ale Borski pozostał niewzruszony. Po drugie, obie stracone bramki to czysty sabotaż. Sandomierski wypluł piłkę po strzale Zieńczuka prosto pod Gigołajewa, asysta poziom Pirlo – tylko dołożyć nogę. Przy stanie 1:1 Micael zapomniał pomyśleć, nieodpowiedzialnie poszedł na raz i wyciął w szesnastce Rosjanina, właściwie już wówczas grzebiąc nadzieje WKS. Chciałoby się powiedzieć, że bramka Visnakovsa domknęła wieko trumny, do której Zawisza władował się sam, ale przecież i tak najważniejsze elementy ceremonii odbyły się na innych stadionach. Na swój sposób to właściwie pocieszenie – jak słusznie zauważył Drygas, gdyby przegrali z Ruchem, a inne wyniki ułożyły się pod nich, byliby największymi frajerami na świecie. Tego im oszczędzono.

Zawisza żegna się z ligą łzami Miki, ambicją Drygasa, błyskotliwością Alvarinho, ale też katastrofalnymi wpadkami w tyłach i wielkimi wahaniami formy. Żegna się, choć nie prezentuje na ten moment poziomu, by tę ligę opuszczać. Nie jest pod względem jakości pietnastą, szesnastą drużyną Ekstraklasy. Ale gra się cały rok i choć zrobiono w Bydgoszczy naprawdę wiele, by wyśmiać wszystkich, którzy skazali Zawiszę na spadek już jesienią, to jednak tamto kolekcjonowanie dzwonów na prawo i lewo kończy się jak skończyć się musiało.

RUCH

KOMENTARZE (0)