Mission impossible… Faktycznie impossible. Żegnamy Zawiszę
Weszło

Mission impossible… Faktycznie impossible. Żegnamy Zawiszę

Jednak Zawisza Bydgoszcz. Jednak Radosław Osuch, Mariusz Rumak, Kamil Drygas i reszta ekipy, która zmajstrowała jedną z najbardziej efektownych pogoni ostatnich sezonów. Startując z dna, spod warstwy mułu i w towarzystwie rekinów, Zawisza mozolnie zmniejszał różnicę punktową między Bydgoszczą a pozostałymi klubami walczącymi o utrzymanie. Pięć razy był o krok. Za szóstym musiał wygrać swój mecz i liczyć na innych. Niestety dla fanów z Bydgoszczy – ani jeden warunek nie został spełniony.

Cel dla całej trójki walczącej o utrzymanie był jeden – po prostu wygrać. Różnica? W Bydgoszczy co i rusz spoglądali w kierunku ławki nasłuchując raportów z pozostałych stadionów. Najwcześniej dotarł do nich raport z Łęcznej, gdzie Górnik napoczął GKS Bełchatów już po dwudziestu minutach. Biorąc pod uwagę słynną w całej Europie determinację podopiecznych Kieresia – można było śmiało uznać, że Górnik już się utrzymał. Pół godziny gry i kolejny raport – Luis Carlos po świetnej, zespołowej akcji załadował po długim rogu. Korona – Podbeskidzie 1:0, Górnik Łęczna – GKS Bełchatów 1:0. W tym momencie nic już nie zależało od Zawiszy.

A nawet gdyby zależało – kilkadziesiąt sekund po bramce Carlosa, bydgoszczanie utracili gola w Chorzowie. Klasycznie – po wypluciu piłki przez Sandomierskiego, co natychmiast przywołało wspomnienia tych tragicznych jesiennych meczów, podczas których Zawisza wyglądał jak zespół przygotowujący się już do starć na zapleczu Ekstraklasy. Trzy trafienia do utrzymania – dwa swoje w Chorzowie, oraz jedno, wyrównujące, w którymś z pozostałych dwóch meczów o stawkę.

Ale wymarzona remontada, zwieńczenie morderczej pogoni Zawiszy za peletonem nie nadchodziła. Przerwa? Ha, gdyby przed mikrofonem stanął Wójcicki a nie Drygas, mielibyśmy kopię niektórych spotkań z jesieni. „Musimy sobie powiedzieć kilka ostrych słów, wyglądamy beznadziejnie” i tak dalej. Nie ma co się oszukiwać – nadzieje Zawiszy uratował w ostatnich sekundach drugiej połowy Dariusz Kołodziej, który zdobył kontaktowego gola w spotkaniu Korony z Podbeskidziem, ale – tak jak zresztą powiedział Drygas – inne wyniki bydgoszczan nie interesowały tak długo, jak oni sami przegrywali z Ruchem.

Po przerwie ten stan utrzymywał się… całe osiemnaście sekund. Pulhac ze skrzydła, Barisić jakąś magiczną wolejopiętą – 1:1. Jeszcze przed pięćdziesiątą minutą – poprzeczka po rzucie rożnym. Gdzieś zniknął jesienny Zawisza, znów pojawił się Zawisza Rumaka, który na początku tej rundy golił wszystko i wszystkich. Znów pojawiła się nadzieja, znów pojawiły się oczekiwania, ba, pewnie co bardziej wyrywni bydgoszczanie pobiegli do linii dopytać o wyniki w Kielcach i Łęcznej. Pospolite ruszenie trwało jednak jakieś siedem minut.

Starzyński z karnego. W Kielcach – również z karnego – Kiełb. Pograne. Koniec marzeń czy może raczej koniec złudzeń?

Zawisza pokazał imponującą determinację. Zawisza pokazał, jak kapitalnie można zagrać wiosną, jak wielkie straty z jesieni da się zniwelować po przerwie zimowej. Pokazał jednak również, że pewnych ograniczeń przeskoczyć się nie da. Przypomnijmy: dziewięć punktów po dziewiętnastu meczach. Dziewięć! Osiem straty do przedostatniego zespołu, dwanaście do „bezpiecznej” strefy, osiemnaście do GKS-u Bełchatów. Jasne, gonitwę ułatwił bydgoszczanom podział punktów, ale naszym zdaniem wyświechtane „chwała zwyciężonym” to jednak zbyt mało, by podkreślić, jak wielką rzecz zmajstrował Rumak i jego podopieczni.

Nie jest tak, że będziemy za Zawiszą tęsknić. To nie jest marka, za którą rozdzieralibyśmy szaty, poza tym liczymy, że jeden z najlepszych zespołów wiosny jednak zostawi kogoś w Ekstraklasie – by powiedzieć choćby o Drygasie czy Majewskim. Trochę żal, że tak efektowna seria nie została nagrodzona utrzymaniem, ale Bydgoszcz zwyczajnie na to nie zasłużyła. Nie zasłużyła przespaną jesienią, nie zasłużyła sześcioma zmarnowanymi szansami na wyjście ze strefy spadkowej, nie zasłużyła wreszcie 90 minutami z Ruchem, które w dodatku zwieńczyła awantura między piłkarzami.

Górnik Łęczna – zrobił swoje. Wygrał z Bełchatowem bez historii i bez większych problemów. Multiliga gościła tam chyba ze trzy razy, za każdym razem z jednym meldunkiem: nic się nie zmieniło. Korona – również zagrała dokładnie tak, jak powinna w meczu o utrzymanie. Dwa gole Carlosa, kilka kolejnych okazji, neutralizowanie nielicznych kontr Podbeskidzia, a wreszcie kropka nad i w wykonaniu Kiełba z rzutu karnego.

Z trójki zespołów walczących o życie – tylko Zawisza przegrał. Los dał im sześć okazji na wygramolenie się ze strefy spadkowej, wszystkie zostały zmarnowane. Nawet w Ekstraklasie istnieje limit błędów, który Zawisza wyczerpał – jeśli nie fatalną wiosną, to w tych kilku kluczowych spotkaniach wiosny.

Aha, grała też Cracovia, która zagrała typową Cracovię (ważne: Cracovię Zielińskiego!). 3:0, fajne bramki, zero stawki, pewniaczki. Zaorali strefę spadkową, wszystko w temacie.

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (0)