Puchar Króla Messiego. Dublet już… Potrójna korona w drodze
Hiszpania

Puchar Króla Messiego. Dublet już… Potrójna korona w drodze

Piłkarze Athletic Bilbao nie podjęli walki. Nawet nie wyciągnęli rąk po Puchar Króla. Jedyny plus, że udało im się zatrzymać nawałnicę. Po pierwszej połowie wydawało się, że lanie może być dotkliwsze. Jeden, dwa… Mało! A jednak na trójce się skończyło. W ostatnich minutach niektórym już ewidentnie kiełkowała myśl, że to wcale nie ostatni finał w bieżącym sezonie. 

Copa del Rey – jedyne trofeum, za którego zdobycie piłkarze Barcelony nie mieli obiecanych premii [La Liga – 20 milionów euro, Liga Mistrzów – 25] do podziału dla drużyny. Niektórzy zawodnicy mieli je w kontraktach, chociaż znacznie niższe. Ale czy to powód, by traktować puchar z przymrużeniem oka? „Bez dubletu nie ma trypletu” krzyczał dziś z okładki kataloński „Sport”, przypominając, że nie co dzień ma się okazję wygrać wszystko, co tylko do wygrania. Nie codziennie staje się przed szansą nawiązania do znakomitego sezonu 2008/2009. Luis Enrique na konferencji przedmeczowej, ze swoją „metodą małych kroków”, brzmiał trochę jak Adam Małysz, nastawiający się na dwa mistrzowskie kroki. Najpierw Copa del Rey, tydzień później Ligę Mistrzów. „Moi zawodnicy są hiper-zmotywowani”, przekonywał.

„Fent Història” [tworząc historię] – taki napis, ułożony z 30 tysięcy kartonów witał piłkarzy przed rozpoczęciem meczu. Z 30 tysięcy, a nie 60 albo 70 tysięcy, jak bywało nieraz, bo ponad drugie tyle miejsc zajęli przyjezdni z Bilbao. To oni, formalnie, występowali dziś na Camp Nou w roli gospodarzy. Włącznie z tym, że to drużyna Ernesto Valverde przebierała się w pomieszczeniach używanych na co dzień przez graczy Barcelony, a im została szatnia gości. Jakiekolwiek znaczenie mogło to mieć jednak tylko do pierwszego gwizdka. Na boisku wyszło, kto jest gospodarzem i jak bardzo jest „gościnny”.

Biorąc pod uwagę, że Luis Enrique przed meczem przekonywał, że Bilbao to jeden z najbardziej niewygodnych przeciwników w Hiszpanii, zespół, który rzadko pozwala rywalom złapać oddech, powinniśmy być chyba jednostronnością tego meczu zawiedzeni, zwłaszcza w jego pierwszej części. Od początku nie było większych wątpliwości, jak to się musi skończyć. Dominacja Barcy już przed przerwą była absolutna. 72 procent posiadania piłki, akcja za akcją, jedna próba za próbą. Najpierw gol z minimalnego spalonego, zaraz prawidłowy Messiego – rajd z prawego skrzydła, w którym Argentyńczyk minął czterech kolejnych przeciwników. Tak naprawdę, od tego momentu finałowy pojedynek zamienił się w wyczekiwanie, kiedy się zakończy, kiedy to Bilbao padnie i nie będzie już mowy o emocjach.

Wybiła 37. minuta i ostatecznie prysły.

Oczywiście, to jeden z niewielu mankamentów tego meczu, bo piłkarze Barcy z nawiązką oddawali to, co zabierał brak zaciętości w tej rywalizacji. Nie pozostało nic innego, jak usiąść i podziwiać, jak kleją im się kolejne akcje, ile razy Iago Herrerín okazuje się ostatnią instancją i nadzieją dla Bilbao.

117 – tyle bramek we wszystkich rozgrywkach pokazywał licznik tercetu Messi – Suarez – Neymar przed rozpoczęciem tego meczu. Kończymy z wynikiem 120 goli, co oznacza, że rekord Ronaldo, Benzemy i Higuaina z sezonu 2011/12 jest przeszłością. Byli wielcy, ale jak to w życiu – w końcu pojawili się więksi. Prawdziwe potwory. Groźni w pojedynkę, ale od kiedy grają razem, weszło to na zupełnie inny poziom.

W 55. minucie Luis Enrique zrobił ukłon w kierunku legendy Xaviego, zdjął z boiska kapitana. Baskowie odrobinę odżyli, zdobyli nawet honorową bramkę. Generalnie, dynamika wydarzeń nieco spadła, jakby gdzieś w głowach Katalończyków pojawiła się myśl: „za tydzień jeszcze jeden finał”. Ani przez chwilę nie było jednak wątpliwości, że triumf Barcelony jest niezagrożony.

„Copa del Rey Messi”
„Messi – el Rey Leon”
„El doblete del Rey Messi”

Nagłówki hiszpańskich serwisów nie pozostawiają złudzeń. Za nami Puchar Króla Messiego.

KOMENTARZE (0)