Umowa śmieciowa dla Zuba. Bełchatów nie wie, kogo zatrudnia.
Weszło

Umowa śmieciowa dla Zuba. Bełchatów nie wie, kogo zatrudnia.

Jak już informowaliśmy przed kilkoma dniami – Marek Zub został trenerem GKS-u Bełchatów. Jak ocenić to posunięcie? Człowiek-zagadka. W polskiej piłce na poważnym poziomie praktycznie nie zaistniał, za to na Litwie błysnął niemal od początku, szybko stając się najlepszym szkoleniowcem tamtejszej ligi. Co może dać Bełchatowowi? Można zgadywać. Jeśli spadnie, zapewne wyleci z karuzeli na amen. Jeśli się utrzyma, powiemy, że wykonał to, co do niego należało, a jeżeli jakimś cudem awansuje do grupy mistrzowskiej – zostanie cudotwórcą. Póki co nie wiemy jednak, jaki to trener, nie znamy jego warsztatu ani jaką piłkę preferuje. Co najgorsze – nie wie tego też Bełchatów. 

Trzy miesiące – na taki okres Zub podpisał umowę z nowym klubem. Trzy miesiące, czyli – jak nie trudno wyliczyć – 12 kolejek. Pierwsza – 4 kwietnia, ostatnia – 6 czerwca. Kontrakt do końca sezonu z opcją przedłużenia, czyli jasny sygnał ze strony klubu – witamy na pokładzie strażaka, ale nie wiążcie z nim większych nadziei, bo i my sami nie wiemy, co to za kolo.

Polski kibic nie musi wiedzieć, co Zub potrafi. Działacze Bełchatowa – podpisując jakąkolwiek umowę – powinni przygotować sobie research, na podstawie którego podejmują decyzję – albo chłop pasuje do naszej wizji i go bierzemy, albo dziękujemy, zostawiamy Kieresia lub rozglądamy się dalej. Nie oczekujemy standardów niemieckich, gdzie Borussia przed zatrudnieniem Kloppa wysyłała po cichu specjalnych skautów, by obserwowali, jak prowadzi treningi w Mainz. Oczekujemy jedynie przyzwoitości, a w jej ramach nie mieści się wotum nieufności, jakie Zub dostał już na starcie. Jak przekonać do siebie piłkarzy, gdy ci wiedzą, że szkoleniowiec – choćby miał najlepszy warsztat na świecie – od początku jedną ręką trzyma już walizkę?

Samemu trenerowi trudno się dziwić. Bierze drużynę z potencjałem na – powiedzmy – dziesiąte miejsce. Nie wybrzydza. Podpisał, co dali. Sam fakt jednak, że Zub wziął tak nędzną umowę, świadczy o tym, że – choć nie tak dawno pertraktował z Cracovią – obawia się o swoją pozycję na karuzeli. A ta kręci się w takim tempie, że jeszcze chwila i szkoleniowcy zaczną pracować na śmieciówkach. Umowa o dzieło, trzy miesiące. Potem zapraszamy następnego.

A na koniec i tak wróci Kiereś.

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (0)