Startujemy z nowym cyklem. Piłkarz miesiąca!
Weszło

Startujemy z nowym cyklem. Piłkarz miesiąca!

Wpadliśmy na pewien pomysł. Skoro i tak oglądamy wszystkie mecze świata, to dlaczego nie mielibyśmy na bieżąco tworzyć jednego, wielkiego rankingu najlepszych zawodników? Roboty tak naprawdę niewiele, a frajdy… Trochę więcej. O co chodzi? Jak to ma wyglądać? Już tłumaczymy. Będziemy po kolei podsumowywać każdy miesiąć – styczeń, luty, marzec… A na koniec roku – jeśli oczywiście w swoim postanowieniu wytrwamy – zliczymy punkty i poznamy piłkarza, który naszym zdaniem utrzymywał najwyższą formę przez cały rok.

No właśnie, punkty. Co miesiąc wybierać będziemy dwudziestu piłkarzy i w zależności od pozycji w rankingu przyznawać im punkty. Za pierwsze miejsce – 40, za drugie – 38, trzecie – 36… i tak dalej, aż do wyczerpania zapasów. Później klasyfikacja generalna, awanse i spadki, walka.

Zapewne doskonale zdajecie sobie, że wybór będzie subiektywny. Musi taki być, bo w grę wchodzą przecież zawodnicy grający w różnych ligach, a także różnych pozycjach. Nie istnieje przecież jeden algorytm, według którego dałoby się to wszystko ze sobą obiektywnie zestawić. Tym razem w rankingu dominują piłkarze ofensywni, co wcale nie oznacza, że w lutym będzie podobnie.

Hola hola – powiecie. Przecież skrzywdzicie piłkarzy Bundesligi, którzy w styczniu na boisko wybiegli ledwie raz! Życie, nic na to nie poradzimy. Przyjdą jeszcze miesiące, w których to oni będą mieli bardziej sprzyjający tej zabawie terminarz. Zanim zaczniemy, jeszcze jedna ważna sprawa. Jeśli kolejka rozgrywana jest na przełomie miesięcy (tak jak teraz – niedziela wypadała pierwszego dnia lutego), zaliczamy ją w całości do miesiąca, w którym się rozpoczęła.

Wiecie już wszystko, reszta wyjdzie w praniu. Ruszamy!

Za wiele Bundesliga w styczniu nie pograła, ale Kevina de Bruyne trudno nie wyróżnić. Reżyser jednego z najciekawszych meczów zeszłego miesiąca, czyli lania, jakie Wolfsburg sprawił Bayernowi. Dwa gole, fantastyczna gra na tle przecież nieprzypadkowej drużyny, to ma swoją wymowę. Tym jednym styczniowym popisem, w którym Belg zaorał orkiestrę Pepa, zasłużył na znalezienie się wśród najlepszych.


Anderson to zdecydowanie rewelacja ostatnich tygodni w Serie A. Już wcześniej grał na niezłym poziomie, ale forma jaką złapał na przełomie roku to coś niebywałego – w każdym spotkaniu był liderem Lazio, strzelał, asystował, z niesamowitą łatwością mijał rywali. Wybuchowe połączenie polotu, boiskowej magii i pewności siebie, obserwując to co wyczyniał na boisku można było tylko współczuć obrońcom rywali. W styczniu w pojedynkę wygrał mecz przeciwko Sampdorii, a potem był najlepszym graczem w derbach Rzymu – w tych meczach miał udział przy wszystkich pięciu bramkach Lazio. Gdyby nie to, że ze względu na kontuzję wystąpił w styczniu tylko w dwóch spotkaniach, z pewnością znalazłby się w tym rankingu znacznie wyżej.

Juventus z Bonuccim w składzie dominował w styczniu na włoskich boiskach, zarówno w Serie A jak i w Pucharze Włoch. Zaledwie dwie stracone bramki w pięciu meczach ligowych to świetny wynik, a Bonucci miał w to wszystko spory wkład. Włoch imponował pewnością interwencji, świetną grą w powietrzu, asekurowaniem Chielliniego i spokojem w rozgrywaniu piłki. Zresztą, to nic nowego. Bonucci radzi sobie w tym sezonie doskonale, tak samo zresztą jaka cała defensywa Juventusu, która w obecnych rozgrywkach Serie A straciła jedynie dziewięć bramek.

Mały magik. Chłopak, który na pierwszy rzut oka nie pasuje do Premier League, ale świetnie się w niej odnajduje. Dodaje do mieszanki z Anfield pierwiastek polotu i typowego dla Brazylijczyków boiskowego błysku. W Anglii niesamowicie się rozwinął. W spotkaniu z West Ham United (2:0) zaliczył dwie asysty, ale z pewnością stać go na znacznie lepsze statystyki. Wciąż mamy nadzieję, że to nie koniec jego piłkarskiego rozwoju, bo warunki ma znakomite. Kibice The Reds go uwielbiają. W ich głosowaniu na piłkarza stycznia wyprzedził m.in. bardziej docenianego przez ekspertów Raheema Sterlinga.

Początek jego współpracy z Luisem Enrique nie należał do zbyt udanych. Na boisku popełniał proste błędy, a z szatni dochodziły głosy, że ma wiele do zarzucenia nowemu szkoleniowcowi Dumy Katalonii. A potem przyszedł okres, w którym katalońska prasa już widziała Lucho na bezrobociu, a… cała Barcelona – jak na złość – zaczęła grać jak z nut. W tym Pique, styczeń to był jego miesiąc. Owszem, drobne błędy się zdarzały (np. w meczu z Villarreal), ale znacznie częściej ratował tyłki kolegom. W styczniu Barca nie wygrała tylko raz, gdy na Anoeta lepszy Real Sociedad. Akurat w tym spotkaniu Pique nie zagrał.

Nie wiecie o kogo chodzi? Nigdy nie słyszeliście tego nazwiska, a Claudio kojarzy wam się raczej z Claudio Lopezem? No cóż, zdarza się, wszystkich lig pilnie śledzić się nie da. Ale wierzcie nam, Beauvue w pełni zasłużył na uścisk dłoni prezesa i znalezienie się na naszej prestiżowej liście, a jego nazwisko warto zapamiętać.

W 2015 roku tylko Messi strzelił więcej bramek, niż gracz Guingamp, a przecież o bramki w Barcy nieco łatwiej. Były zespół Marka Jóźwiaka to typowy przeciętniak, obecnie na dwunastym miejscu. Bez Beauvue pewnie okupowaliby miejsce w strefie spadkowej. W styczniu jeden z najlepszych strzelców Ligue1 trafiał z Lens, Marsylią, Châteauroux, a golkiperów Lorient i Lihan przechytrzył po dwa razy. Rewelacja sezonu.

Beauvue strzela na przykład tak:

W styczniu zaimponowała nam cała Valencia, ale – jak na kapitana przystało – najlepsze wrażenie zrobił Dani Parejo. Jeszcze niedawno fani Valencii zarzucali mu, że tylko człapie po boisku. Dziś złego słowa na jego temat nie można powiedzieć. W lidze trafiał już do bramki rywali siedem razy, a to oznacza, że jest najskuteczniejszym piłkarzem ekipy walczącej o Ligę Mistrzów. Trzy z tych goli zdobył w styczniu. Dwa – w arcyważnym meczu z Sevillą. Strzelanie to nie wszystko, śmiało można powiedzieć, że jest mózgiem drużyny i przedłużeniem ręki trenera Nuno Espirito Santo. No i jeszcze ten wygrany mecz z Realem. Klasa.

Bony pożegnał się ze Swansea z klasą, czyli gwarantując jej punkty. Wszedł raptem na kilkanaście minut meczu z QPR, a i tak zdążył ustrzelić rywali, co w konsekwencji dało „Łabędziom” remis. Potem pojechał na PNA i jest tam gwiazdą. W fazie grupowej robił swoje – może nie strzelał, ale zawsze szarpał i choćby z Gwineą na otwarcie zaliczył bardzo ładną, a niezwykle ważną asystę przy golu Doumbii. Popis dał jednak w ćwierćfinale, który określano w Afryce przedwczesnym finałem. W pełni słusznie, skoro rywalem „Słoni” była Algieria, najlepsza afrykańska drużyna mundialu. Bony podziurawił siatkę dwa razy i odesłał faworytów do domu.

W kontekście Lyonu najwięcej mówi się o Alexandre Lacazette, ale nie bądźmy amatorami, nie zapominajmy o wartości tych, którzy bronią. Lyon ma najszczelniejszą defensywę w lidze, a w styczniu dał popis organizacji tyłów: zero straconych bramek w lidze, trudno o lepsze uzasadnienie. Owszem, w Coupe de France było nieco gorzej, ale to Ligue1 jest priorytetem, a tutaj Olympique wciąż pokazuje plecy bogaczom z PSG i Marsylii prowadzonej przez Bielsę. Defensywę Lyonu za kołnierz trzyma Maxime Gonalons, defensywny pomocnik, kapitan. Ma z kim bronić, pomaga wydatnie choćby wielki talent Samuel Umtiti, ale to Gonalons jest sercem i płucami lidera Ligue 1.

W styczniu motor napędowy większości akcji Realu. Świetny technicznie, nie bojący się nieszablonowych zagrań. W Madrycie robi tę samą robotę, co Iniesta w Barcelonie. W tym sezonie ma więcej miejsca. Czuje zaufanie Carlo Ancelottiego i odpłaca się świetną grą. Samymi statystykami może nie powala na kolana, ale jeśli chodzi o celność podań to jest to absolutna czołówka. Kontuzję Modricia wykorzystuje najlepiej jak to tylko możliwe.

Cały czas przyzwyczaja się do roli wysuniętego napastnika i z każdym meczem wychodzi mu to coraz lepiej. Czasem trafiają mu się zacinki i złe decyzje, ale sam wciąż podkreśla, że dopiero przyswaja nowe zadania. Mario Balotelli i Rickie Lambert na ławce. Młody reprezentant Anglii na szpicy. Gol z Chelsea w Pucharze Ligi, niestety tylko honorowy. Do tego asysta z Aston Villą, trafienie z Boltonem. Liverpool zrobi wszystko, by jak najszybciej przedłużyć z nim kontrakt, bo za rogiem już czai się Florentino Perez.

Liczbami na kolana nas nie rzucił, ba!, gdyby patrzeć tylko na nie, można pomyśleć, że Francuz zaliczył bardzo przeciętny miesiąc. Błąd, nic z tych rzeczy. Ronaldo już nie czarował tak jak jeszcze w październiku i w dodatku wygłupił się z czerwoną kartkę, Bale był jak zwykle chimeryczny, można więc powiedzieć, że to Benzema ciągnął ten wózek w ataku. Z Getafe zaliczył świetną asystę, z Realem Sociedad bramkę-marzenie. Wisienka na torcie.

Mówisz: Napoli, myślisz: Higuain. Argentyńczyk miał pod koniec tamtego roku słabszy okres. Wyglądało na to, że neapolitańska maszyna do strzelania zacięła się na dobre. Jednak w styczniu Higuain swoją grą zdecydowanie zamknął usta krytykom. Trafiał do siatki z Lazio, Genoą i dwukrotnie z Ceseną, a do tego dorzucił jedną asystę. Benitez musi mieć wobec niego spory dług wdzięczności – w grudniu pojawiało się coraz więcej głosów nawołujących do zwolnienia trenera Napoli, jednak wraz z Higuainem odżyło też całe Napoli, które w końcu zaczęło regularnie wygrywać. Triumfowali w czterech z pięciu ligowych spotkań, byli gorsi tylko od Juventusu. Nic dziwnego, że nazwisko argentyńskiego snajpera zaczęło pojawiać się w wielu plotkach transferowych…

Chcecie bardzo trudnego konkursu piłkarskiego? Proszę bardzo: znajdźcie czołowy klub europejski, z którym nie byłby łączony Alexandre Lacazette. Wychowanek Lyonu to mokry sen prezesów nawet najlepszych ekip na kontynencie i trudno się dziwić: to główne żądło rewelacyjnego w tym sezonie Olympique. Zabójczo skuteczny, wciąż młody, postawilibyśmy grubą kasę, że latem czeka go naprawdę poważny transfer. W styczniu strzelał w każdym meczu, razem sześć bramek (licząc Coupe de France). Faworyt L’Équipe do miana piłkarza miesiąca Ligue 1.

Wszystko wskazuje na to, że Tottenham w końcu znalazł rozwiązanie swoich problemów ze strzelaniem bramek. I jak się okazuje, londyńskie Koguty wcale nie musiały wydawać w tym celu góry pieniędzy – wystarczyło w końcu dać szansę młodemu Kane’owi. Jak śpiewają kibice Tottenhamu – He scores, when he wants. Anglik zaczął styczeń z przytupem – zaorał Chelsea strzelając dwie bramki i asystując przy dwóch kolejnych, a potem pokonał jeszcze bramkarzy Crystal Palace i West Bromwich. W skrócie – tamten miesiąc Tottenhamu stał pod znakiem Kane’onady. Gary Lineker uznał jego styczniowe przedłużenie kontraktu za najlepszy transfer, jaki londyńczycy mogli wykonać w tym okienku – w pełni się z tym zgadzamy.

Ostatnio w Barcelonie żyją tym, ile ostatecznie klub musiał wydać, by ściągnąć do siebie Brazylijczyka. Nawet jeśli było to więcej niż te pięćdziesiąt milionów z hakiem, to patrząc na formę Neymara, nietrudno o wniosek, że i tak było warto. Rozstrzelał się chłopak. Złośliwi powiedzą zapewne, że to zbyt wysokie miejsce dla „pogromcy Elche” (4 gole i 3 asysty przeciwko drużynie Przemka Tytonia), ale trzeba być wyjątkowym ignorantem, by docenić jego wkładu w wyeliminowanie Atletico w Pucharze Króla, a także w ligowe wygrane z (znów) Atletico i Villarreal.

Pogba jest jednym z najbardziej ekscytujących młodych piłkarzy na europejskich boiskach – co do tego nie mamy wątpliwości. Coraz częściej słychać głosy o tym, że może osiągnąć poziom Zinedine’a Zidane’a… szczerze? Biorąc pod uwagę to, jak gra w tak młodym wieku, Pogba powinien być jeszcze lepszy.

Styczeń był chyba jego najlepszym miesiącem odkąd dołączył do Juventusu. Zdobył aż cztery bramki, co byłoby świetnym wynikiem nawet jak na snajpera, a co dopiero na środkowego pomocnika. Do tego dorzucił swój standard – czyli magiczne kiwki, nieszablonowego zabrania, polot i niesamowity luz z piłką u nogi. Stara Dama wygrała w tamtym miesiącu aż pięć spotkań, a Francuz miał w to bardzo duży wkład. Aż strach pomyśleć, jak Pogba będzie się prezentował za dwa, trzy lata.

Kibice Arsenalu wybrali go piłkarzem miesiąca. Niewykluczone, że zostanie nim równiez, biorąc pod uwagę całą ligę. Z kolei media jego występ z Manchesterem City, w którym zaliczył gola i asystę, określiły najlepszym podczas całego pobytu Hiszpana w Anglii. Arsene Wenger twierdzi, że to życiowa forma, jakiej Hiszpan nie osiągnął nigdy wcześniej. To o czymś świadczy. Rządzący w środku pola Cazorla ciągnie grę całego Arsenalu, który w ostatnim czasie spisuje się znakomicie. To kolejny przykład piłkarza, który liczby mógłby mieć troszkę lepsze, ale też nie przesadzajmy w drugą stronę, nie wszystko kręci się wokół nich. Gra Cazorli cieszy oko, a do tego jest efektywna. Czego można chcieć więcej?

W Hiszpanii pieją z zachwytu nad Francuzem, przed chwilą został wybrany piłkarzem miesiąca. U nas wylądował zaraz za plecami Leo Messiego, głównie dlatego, że Barca gra dalej w Pucharze Króla. Griezmann przegrał pojedynek liderów. Jednak nie wypada go nie doceniać. Poprzedni rok zakończył hat-trickiem na San Mames i jeśli myśleliście, że nie stać go na więcej w przyszłym, to grubo się pomyliliście. Tamten występ to był tylko wstęp. Nie robi mu wielkiej różnicy, czy gra w parze z Mario Mandżukiciem, czy Fernando Torresem. Genialna inwestycja Cholo.

Miesiąc zaczął, mówiąc delikatnie, nieszczególnie. A może właśnie w pewien sposób wyjątkowo, bo na ławce rezerwowych, w przegranym 0:1 meczu z Realem Sociedad. Wokół Barcelony rozpętała się burza. Media prześcigały się w coraz to nowych informacjach. Na przykład o tym, że Messi miał pokłócić się z Luisem Enrique i zażądać jego zwolnienia. Było gorąco, ale kolejne mecze w jego wykonaniu to już koncert. Prawdziwa symfonia. Jak za najlepszych czasów. Siedem bramek, trzy asysty w lidze. Pozamiatane. W styczniu Ronaldo mógł podziwiać jego plecy.

Jeśli ktoś uważa, że Messi wciąż jest najlepszy na świecie, to zyskał dodatkowe argumenty. Jeśli natomiast sądzi, że jego mistrzowska forma to przeszłość, teraz już wie, że tkwił w błędzie. Styczeń należał do Leo.

 

 

Na koniec nasza klasyfikacja generalna. Po lekturze już wiecie, jak wygląda, ale przyzwyczajacie się do jej widoku. Wracamy za miesiąc.