Katar, Raul, Villas-Boas i szejkowie. Wojciech Ignatiuk w rozmowie z Weszło
Weszło

Katar, Raul, Villas-Boas i szejkowie. Wojciech Ignatiuk w rozmowie z Weszło

Jak sam twierdzi, jego życiowym celem jest pogoń za marzeniami. Często konkretnie pokręcona i pełna wybojów. Kilka lat temu pluł sobie w brodę, że nie zaakceptował śmiesznie niskiego kontraktu w Arce Gdynia. Zwątpił. A dziś? Mieszka w Katarze, współpracuje z najwybitniejszymi specjalistami przygotowania fizycznego na świecie. Ucina sobie pogaduszki z Andre Villasem-Boasem, a jeszcze niedawno jadał śniadania z Raulem. Tak, tym z Realu Madryt. Poznajcie Wojciecha Ignatiuka.

Polski trener w Katarze? Jak to możliwe?

Do projektu zaprosił mnie Valter Di Salvo, który w przeszłości pracował w takich klubach jak Lazio Rzym, Manchester United czy Real Madryt. Oprócz mnie wziął jeszcze dwanaście innych osób. Znałem właściwie każdy klub, w którym wcześniej pracowali. Większość z nich przyszło z Premier League i innych znanych klubów takich jak Aston Villa, Hull City, Portsmouth, Blackburn. Jeden chłopak był z Rayo Vallecano, inny z Romy, Sochaux z Francji. Jeszcze inny z Brazylii, z Corinthians…

…a ty z Arki Gdynia.

Ja z Polski, co nie budziło respektu. O Arce nikt tutaj nie słyszał. Przez pierwsze dwa tygodnie mieliśmy coś w rodzaju próby. Każdy z naszej dwunastki musiał zaprezentować, jak pracuje. Najlepszą osobę mieli umieścić w najlepszym klubie. Ja trafiłem do mistrza kraju, czyli Al-Sadd, co było dla mnie jakimś małym sukcesem.

Małym?

Wiesz, im dłużej tutaj pracuję, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, ile jeszcze przede mną nauki. Czasami jest tak, że przeczytasz jedną książkę i już uznajesz się za eksperta w danej dziedzinie. Potem bierzesz następną i uświadamiasz sobie, że są różne podejścia, perspektywy. Aspire Academy, w którym na co dzień mieści się moje biuro, to miejsce dużych możliwości, skupiające specjalistów z całego świata. Bardzo motywujące miejsce i na tle tych wszystkich osób naprawdę czuję się mały. W życiu nie zawsze jest łatwo. Nie zawsze ktoś przychodzi i mówi: jesteś fajny, ja cię chcę. Trzeba się pokazywać i samemu szukać szczęścia, a nie na nie czekać. Pamiętam swoje początki w Arce Gdynia. Byłem studentem AWF-u i pomagałem przy badaniach wydolnościowych. Po jakimś czasie zaoferowali mi umowę, ale na dramatycznie słabych warunkach. Ostatecznie dali jednak do zrozumienia, że dadzą sobie radę beze mnie. To był szok. “Dlaczego nie zaakceptowałem tej pensji? Cholera, mogłem trenować w Ekstraklasie, a tak zostałem z niczym.” Szczerze? Zwątpiłem.


Z Valterem Di Salvo

Ile ci zaoferowali?

Nie no, szkoda gadać… To były śmieszne pieniądze.

Tysiąc?

Szczerze? Jeszcze mniej. Byłem załamany, ale kilka tygodni później zadzwonił do mnie prezes Sampławski i zaproponował lepsze warunki. Wyszło na moje. Okazało się, że nikt w klubie nie potrafi obsługiwać sportesterów, które zostawił w spadku trener Stawowy. Zresztą zostawił nie tylko to. W 2008 roku Arce powodziło się całkiem nieźle. Mieliśmy na przykład jeden z pierwszych w Europie zestawów do bezprzewodowego monitorowania pracy serca podczas treningów. Super sprawa.

Ponoć jesteś niespełnionym bramkarzem.

Byłem bardzo przeciętny. Czasem trenowałem z Bartkiem Białkowskim. Kiedy pojawiało się jakieś nowe ćwiczenie, on łapał je w pięć minut. Ja, żeby osiągnąć ten sam poziom, potrzebowałem miesiąca dodatkowych treningów. Trener mówił, że jeśli chcę się kopać w czoło, to mogę zostać przy piłce. Nie odpuszczałem. Z Pasłęka poszedłem do Debiutanta Gdańsk, gdzie na jednym z treningów niefortunnie upadłem, uszkadzając sobie nerkę. Cholernie bolało, ale nie sądziłem, że to coś poważnego. Następnego dnia od razu z pociągu pojechałem do szpitala. Okazało się, że mam krwotok wewnętrzny. Pierwsza diagnoza? Wycięcie. Na szczęście udało się ją uratować, ale lekarze zabronili mi uprawiania sportu.

Załamka?

Tylko przez jakiś miesiąc. Później jeszcze wróciłem do treningów, ale ostatecznie zdecydowałem się na studia związane ze sportem. Piłka wiele mnie jednak nauczyła. To świetny środek wychowawczy. Szkołę życia przeszedłem już wcześniej. Mając 14 lat zacząłem jeździć do Holandii, gdzie pracował mój tata. Tyrałem przez pięć kolejnych wakacji. W myślach powtarzałem, że zrobię wszystko, żebym już jako dorosły nie musiał tam wracać. Sześć dni po 12-14 godzin ciężkiej, fizycznej pracy. Masakra.

Podejrzewam, że w Katarze żyje ci się na tyle dostatnie, żeby do Holandii jechać co najwyżej na mecz Ajaksu z Legią.

Pod tym względem tak, z pewnością nie myślę już o pracy fizycznej. Każdy kojarzy z Katarem olbrzymie pieniądze. Ludzie tutaj są bogaci, ale nie wydają, jeśli nie muszą. Oczywiście zarabiam znacznie więcej niż w Polsce, ale nieporównywalne są też koszty życia. Różnica wcale nie wychodzi taka super. Liczyłem na szybką podwyżkę, ale mogli mi ją dać dopiero po roku, przy podpisywaniu nowego kontraktu. Teraz jest już w porządku, ale początki w Katarze były trudne. Bywały momenty, kiedy chciałem wziąć żonę, dzieci, psa i wrócić do Polski. Większość znajomych uspokajała mnie, że biurokracja i problemy wizowe jest tu normą. Że trzeba cierpliwie przeczekać.


Katarskie domy

A na początku? Co przeszkadzało wam najbardziej?

Ważne jest zrozumienie innej kultury. Sposobu myślenia miejscowych. Jeśli ktoś mówił mi, że zrobi coś jutro, to byłem przekonany, że tak będzie. A oni? Często mówią: jeśli Allah pozwoli, to jutro. Tylko nie wiadomo które „jutro”. Na starcie dali mi willę, ale dostałem kontrakt dla singla. Jeden z szefów powiedział, że nie mam się czym przejmować i spokojnie mogę sprowadzić rodzinę. To było dla mnie najważniejsze. Okazało się jednak, że złamałem prawo. Kazali mojej rodzinie wyprowadzić się do hotelu, który kosztuje jakieś 12-17 tysięcy złotych miesięcznie, a ja nadal mogłem zostać sam w willi z pięcioma sypialniami. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i mogliśmy zamieszkać razem.

Czym właściwie jest twoje miejsce pracy, czyli Aspire Academy?

To gigantyczny projekt finansowany przez katarską federację, która jest de facto moim pracodawcą. Zamysłem jego powstania było zbudowanie w ciągu kilkunastu lat silnej kadry Kataru na mistrzostwa świata, których będzie gospodarzem. Wcześniej panował chaos i problemy z komunikacją na linii kluby-reprezentacja.

Rozumiem, że waszym zadaniem jest jej usprawnienie.

To właśnie w Aspire mieści się moje biuro, baza danych i nowoczesny sprzęt potrzebny nam do pracy. To również ułatwia współpracę z trenerami reprezentacji, którzy na co dzień tu przebywają. Związek rozesłał po jednym z nas do każdego klubu, gdzie jesteśmy do dyspozycji trenera. To on decyduje, do czego nas przeznaczyć. U jednego zajmowałem się bardziej treningiem regeneracyjnym, inny widział mnie przy treningach indywidualnych. Rano praca w biurze, potem trening. Przerwa obiadowa, drugi trening i dwie godziny na takie rzeczy jak spisanie danych z GPS, przygotowanie analizy czy kolejnych zajęć. Informacja z aktualnymi danymi na temat każdego reprezentanta Kataru wysyłana jest codziennie do selekcjonera.

Czyli wstaje rano, parzy kawę, siada przed komputerem i ma szczegółowe informacje na temat wszystkich kadrowiczów?

Dokładnie tak. Jakiego rodzaju treningi przeprowadziliśmy danego dnia, ile trwały. Jakie ćwiczenia wykonywali, w jakiej są dyspozycji fizycznej, ich wydatek energetyczny. Do tego dane z GPS zawierające przebiegnięty dystans oraz intensywność. Ważniejsze jest to drugie, bo na treningu nie liczy się to ile zawodnik biega, tylko ile biega sprintem. Nie są to puste cyfry, a bardziej opis stanu konkretnych zawodników. Jeśli mamy specjalne zalecenia od sztabu trenerskiego reprezentacji, to przeprowadzamy dodatkowe ćwiczenia indywidualne. Nigdzie indziej coś podobnego nie byłoby możliwe, ale tutaj pieniądze wykłada federacja.

Twoim zdaniem będą mieli jakiekolwiek szanse na wyjście z grupy?

Szkolenie na pewno jest na najwyższym poziomie, o czym świadczy zdobyte ostatnio mistrzostwo Azji kategorii U-19, a przed nimi jeszcze siedem lat, więc to właśnie w tych młodych chłopakach jest nadzieja. Ich siłą są cyferki i statystyki. Możemy równać się do najlepszych, szukać punktów odniesienia. Pod tym względem nie wyglądają źle, ale futbol to jednak raczej domena biednych narodów. Tutaj młodzi chłopcy nie myślą “jeśli chcę mieć dobre życie, to muszę grać w piłkę”. Brakuje motywacji. Poza tym mówimy o bardzo małej populacji.


Ceremonia ślubna jednego z zawodników

No właśnie. Jak zmotywować do gry 20-latka, który podjeżdża na trening Ferrari albo Aston Martinem?

Raul, z którym jeszcze niedawno pracowałem w Al-Sadd, był liderem świetnego projektu prowadzonego na Aspire. Wysłali po dwóch utalentowanych Katarczyków do czołowych europejskich klubów. Realu, Valencii, Schalke czy Paris Saint-Germain. Spędzą tam rok. W Katarze mają wszystko. Nawet jeśli wykopią gdzieś piłkę, to nie muszą po nią iść. Od tego są ludzie. W Europie przejdą prawdziwą szkołę życia. Jeśli spóźnią się na trening, to nie zostaną na niego wpuszczeni. Tutaj mają profesjonalnych trenerów, ale często sami nie są profesjonalistami. Jest baza, super warunki, ale brakuje materiału. Mając takie pole manewru w jakimkolwiek innym kraju, z takiej akademii masowo wychodziliby świetni piłkarze.

Problem tkwi przede wszystkim w głowach.

Miesiąc temu Katar wygrał Puchar Zatoki Perskiej. Wyglądali świetnie. Pierwszy raz w historii pokonali na wyjeździe Arabię Saudyjską. Bramkarz, najlepszy na swojej pozycji w turnieju, przyjechał na kolejkę ligową przeciwko nam i wpuścił sześć goli, z czego pięć po ewidentnych błędach. Popadanie w samouwielbienie to chyba ich cecha narodowa. Jeśli raz im coś wyjdzie, to uważają się za najlepszych. Tak samo przed mistrzostwami Azji. Wszyscy klepali ich po plecach. I co? Przegrali wszystkie mecze.

Ile w swojej lidze zarabia przeciętny Katarczyk?

Myślę, że około 60-70 tys zł. miesięcznie. Choć jednorazowa premia może być wyższa od pensji, ale to zależy już od kaprysu szejka.

Tyle co niezły piłkarz w Ekstraklasie. Szału nie ma.

Pamiętaj o znacznie wyższych kosztach utrzymania. Podstawę pensji piłkarzy, jak i trenerów, płaci związek. Kluby w całości utrzymują tylko największe gwiazdy. Dla rodowitych Katarczyków wprowadzili specjalny system płacowy. Na swoją pensję muszą zapracować. Każdy zawodnik trzy razy do roku musi poddać się badaniom wydolnościowym w Aspire Academy.

A jeśli się zagapi?

Traci punkty, przez co odbierają mu jakiś procent pensji. Dodatnie można uzyskać na przykład grając we wszystkich meczach w sezonie, regularnie występując w reprezentacji, a nawet przebiegając podczas meczu wyznaczony dla danej pozycji minimalny dystans. Jeśli go nie osiąga, punkty są odbierane. Tak naprawdę to od zawodników zależy ile zarobią. Związek wyposaża też kluby w sprzęt. Od tego podstawowego, do najbardziej zaawansowanego. Od piłek lekarskich po systemy GPS i urządzenia do pomiaru siły mięśni dwugłowych i czworogłowych. W Polsce mamy takich zaledwie kilka. Tutaj są na wyposażeniu każdego z klubów. Najnowsza zabawka to Footbonaut, które do tej pory mieli tylko w Niemczech. Praca w Katarze ma jeszcze wiele innych plusów.

Na przykład?

Wszystko jest w jednym miejscu. Ze stadionu na stadion zwykle masz ok 20-30 minut. Najdalej musimy dojechać sto kilometrów autostradą, co oznacza 1,5 godziny w autokarze. Wyobraź sobie, że zawodnicy narzekają, że będą zmęczeni. Że to długa droga. Kiedy tłumaczyłem, że w Polsce musieliśmy jeździć po 10-15 godzin, to pytali dlaczego nie lataliśmy samolotem. Kompletnie inne postrzeganie rzeczywistości.


Tego pana przedstawiać chyba nie trzeba…

To jednak nie odstrasza sławnych gości. Oprócz piłkarzy przyjeżdżają też trenerzy. Na Facebooku pochwaliłeś się zdjęciem z Andre Villasem-Boasem.

Rzeczywiście. Zabawna historia. Z Andre poznaliśmy się, kiedy został zwolniony z Tottenhamu. Kilka dni później skorzystał z zaproszenia katarskiej federacji. Tutaj znane postacie nie są tak oblegane, więc mogliśmy usiąść i spokojnie porozmawiać. Ostatnio przyjechał jeszcze raz, już jako trener Zenita i tym razem zagraliśmy sparing, w którym zwyciężyliśmy. Swoją drogą świetny facet.

Oprócz Zenita na zgrupowanie przyjechał też chociażby Ajax Amsterdam.

Ostatnio jeszcze Everton, Schalke i Bayern Monachium. Powiem ci, że to było fenomenalne. Stojąc na wale oddzielającym boiska widziałem jednocześnie treningi Zenitu, Schalke i Bayernu. Niepowtarzalna sprawa. O ile Bayern jeszcze jakoś się krył, o tyle resztę mogłeś oglądać z odległości dwóch metrów.

(przerywa rozmowę)

Halo? Wybacz, odszedłem na chwilę od anteny. Z internetem bywają problemy. Nie mam pojęcia dlaczego. Nawet u mnie w biurze jest z tym słabo. Wracając do tematu. Co chwilę przyjeżdżają tu kolejni fajni ludzie. To największy plus Kataru i tego, w razie wyprowadzki, będzie brakować mi najbardziej.

Największą postacią, z którą złapałeś bliski kontakt, był chyba Raul.

Fakt. Mieliśmy naprawdę fajną relację. Strasznie go męczyłem. Pytałem o wszystko, co tylko mogłem. Rozmawialiśmy bardzo często. Kilka razy odwiedził nas również w domu. Dawał kapitalny przykład. Raul nigdy nie powiedział: ej, młody, skocz mi po piłkę, bo grałem w Realu Madryt. Często było na odwrót. Sam podawał ją chłopakowi i mówił: strzelaj, ja popatrzę i postaram się podpowiedzieć. W zasadzie Raul przyjechał do Kataru nie tylko grać ale i rozwijać młode talenty w Aspire Academy.

Autorytet wyrabiał normalnością.

Dokładnie tak. Czasem wystarczy zachowywać się po ludzku. Wiele osób mówiło, że przychodząc do ligi Katarskiej, mógłby sobie odpuścić, ale to nie ten typ. Na trening zawsze przychodził pierwszy i zawsze wychodził ostatni. Głównie dzięki niemu dotarliśmy do ćwierćfinału Azjatyckiej Ligi Mistrzów i zdobyliśmy Puchar Emira. Nie widziałem jednego treningu, by chociaż na chwilę odpuścił. Serio. Nie pamiętam nawet, żeby przegrał jedną głupią gierkę treningową.

Raul przeniósł się do Nowego Jorku, ale dla ciebie Katar też nie jest chyba punktem docelowym, a raczej ciekawym przystankiem.

Wiesz, jak jest w piłce. Nikt nie zbiera stosów CV. Ważne jest to jaką jesteś osobą i czy komuś podoba się twoja praca. W ten właśnie sposób nawiązuje się dobre kontakty. Ostatnio mój kolega Martin przeniósł się z Kataru do Paris Saint-Germain. Inny został koordynatorem przygotowania motorycznego wszystkich reprezentacji Portugalii.

Ciebie nikt jeszcze nie kusił?

Było zapytanie z Australii, ale temat się rozmył i na razie nie ma żadnych konkretów.

To chyba nie jest wymarzony kierunek.

Pod względem samej piłki nie, natomiast jeśli chodzi o trening regeneracyjny, który ostatnio mocno mnie interesuje, to tam można nauczyć się najwięcej. Tak samo w kierunku wykorzystywania nowych technologii. Australia byłaby świetnym przystankiem.

Domyślam się, że do powrotu do Polski nie jest ci zbyt śpieszno, ale porozmawiajmy o naszej piłce. Co sądzisz o trenerach przygotowania fizycznego w Ekstraklasie?

Zawodnicy z topowych europejskich klubów są przygotowani niemal identycznie. O sukcesie decydują detale. Polscy trenerzy z kolei pracują w trudnych warunkach. W Ekstraklasie pomiędzy jednym, a drugim piłkarzem są wielkie różnice. Jeden fizycznie wygląda nieźle, a z drugim może być znacznie gorzej. Często trenowanie grupy z takim rozstrzałem i indywidualizowanie zajęć jest bardzo, bardzo trudnym zadaniem. Powiem ci ciekawostkę. Piłkarze Schalke wychodzą na boisko i od razu zaczynają trening. Ktoś może spytać: kurde, co oni robią? Jak to tak? Bez rozgrzewki? Tymczasem każdy z nich zrobił ją indywidualnie, pół godziny czy godzinę wcześniej, według określonego, indywidualnego planu. Uważam, że nasi trenerzy profesjonalizmem nie odstają poziomem od reszty Europy. Jakiś czas temu rozmawiałem z Kamilem Kieresiem. U niego podoba mi się to, że po swojemu miesza style, szuka własnej koncepcji.

Kogo jeszcze cenisz?

Od wielu lat mam kontakt z Michałem Probierzem i uważam go za naprawdę świetnego trenera. Zawsze jak przyjeżdżał ze swoimi drużynami do Trójmiasta, odwiedzałem go w hotelu. To pasjonat. Do grona cenionych obecnie pracujących zaliczyłbym jeszcze Macieja Skorżę. Bardzo dobrze też wspominam pracę z Darkiem Pasieką. To trenerzy, u których widać, że piłka jest ich pasją.

A na świecie?

Na pewno Pepa Guardiolę. Kiedyś poprosiłem Raula, żeby zapytał go o różnice pomiędzy trenowaniem Barcelony i Bayernu. Na przykład obwód ćwiczebny z piłkami. W Barcelonie funkcjonowało fajnie, bo kiedy powiedział piłkarzom, że mają pracować na 60 procent, to pracowali na 60. W Niemczech zawsze dawali z siebie sto, czyli nie realizowali planu. Musiał to pozmieniać, podzielić na segmenty. Przeniesienie modelu z Barcelony do Monachium w skali jeden do jednego mogłoby okazać się kompletnym niewypałem. Pewne rzeczy trzeba dostosować. Obserwowałem go też na żywo. Szczególnie niesamowite było oglądanie gierki. Szkoda, że nie założył sobie GPS, bo biegał chyba więcej od piłkarzy. Reagował, krzyczał, gestykulował. Zwracał uwagę na najmniejsze detale. Mam w głowie taką scenkę, kiedy Guardiola podszedł do Philipa Lahma i pokazywał mu w jaki sposób zagrać piłkę. Rozumiesz? Instruował Lahma, a ten uważnie go słuchał.

(w tle słychać kibiców)

Jesteś na meczu?

Wiesz co, właśnie grają nasze rezerwy. Przegrywamy z Al-Arabi. Wyszedłem zobaczyć jaki jest wynik. Kiedy do ciebie zadzwoniłem, to właśnie skończyliśmy rozgrzewkę. Na początku byłem w Al-Sadd, a od sierpnia przenieśli mnie do Al-Wakrah. Trener Al-Sadd narzekał, że pracuje dwa lata i nie może sprowadzić swojego sztabu. Dostał zgodę i podmienił dwóch trenerów bramkarzy, trenera przygotowania motorycznego i mnie na swoich Marokańczyków. Do mnie nic nie miał, ale uznał, że woli kogoś mówiącego po arabsku. Związek był jednak ze mnie zadowolony, więc zostałem przesunięty do innego klubu.

Wprowadzenie takich zmian nie psuje komunikacji na linii klub-reprezentacja? Federacja was tam obsadziła, a trenerowi pozwolono wprowadzić swój sztab?

O wszystkim decyduje związek, ale naturalnie zależy im na dobrych relacjach z klubami. Dlatego czasami idą na kompromis. Powiem ci, że rynek menedżerski właściwie tutaj nie istnieje. To kluby o wszystkim decydują, a właściwie ich właściciele. Jeden szejk zaprasza drugiego na spotkanie i mówi: słuchaj, chcę tego i tego piłkarza. Podobnie jest z zawodnikami z Europy. To ciężki, bardzo ciężki rynek. Każdy z właścicieli klubów ma kilka zaufanych osób. To one doradzają mu: weź tego, czy innego, a on się tym sugeruje lub nie. Takie interesy robi się w obrębie całej Zatoki Perskiej. Teraz na przykład najlepszy strzelec ligi katarskiej trafi do saudyjskiego Al-Nasr, a Pablo Hernandez z Al-Arabi do Emiratów Arabskich.

Za ile?

Nie mam pojęcia. Może za stado wielbłądów.

Serio?

Nie ma śmiechu. Wielbłądy to nie jest tanie hobby.

(w tle słychać angielskiego spikera)

O, bramka dla nas. Wyrównaliśmy. Wyobraź sobie, że mecze rezerw, czyli tak jakby drugą ligę, też pokazują na żywo w telewizji. Tak samo jak pierwszą, z komentatorami i całą tą otoczką. Tutaj w ogóle realizacja jest na najwyższym poziomie. Ludziom często nie chce się wychodzić z domów i wolą oglądać mecze w telewizji. Tak jak mówiłem, cała kolejka rozgrywana jest właściwie w obrębie jednego miasta. Publiczność podąża za najciekawszymi meczami. Gdzie indziej bywa pusto. Niewielu tak naprawdę utożsamia się z poszczególnymi klubami. Więcej ludzi przychodziło zobaczyć Raula, niż na mecz. Często wchodzili na stadion, robili mu zdjęcie i wychodzili.

Słyszę, że są nawet jacyś kibice.

Tak, tak… Na oko jakieś… pięćdziesiąt osób. Razem z piłkarzami i sztabami szkoleniowymi (śmiech).

PIOTR BORKOWSKI


Żródło zdjęć: tworczamama.blogspot.com

KOMENTARZE (0)