Image and video hosting by TinyPic
Jak co czwartek… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co czwartek… JAKUB OLKIEWICZ

Szkolenie młodzieży. Evergreen. Temat, który wałkujemy w Polsce na tysiąc sposobów od kilku, może nawet kilkunastu lat. Wbrew pozorom, stoły nie pękają jednak od liczby dostępnych propozycji, Internet na ten moment nie został jeszcze zalany całą falą fachowych pomysłów, w których bez trudu przebierają działacze PZPN-u i poszczególnych klubów. Na tyle, na ile śledzę cały proces dyskusji o szkoleniu, dość często ograniczamy się do haseł.

Zróbmy jak w Belgii!
Albo jak w Niemczech!
Centralizacja!
Decentralizacja!
Certyfikacja!

Wszyscy się zgadzają: nie mamy systemu, ale proponowanie jakichś konkretnych rozwiązań przychodzi z olbrzymim trudem. Przygotowując się do rozmowy ze Zbigniewem Bońkiem prześledziłem mniej więcej główne zarzuty wobec PZPN-u, potem podczas samego wywiadu dowiedziałem się między innymi o sposobie funkcjonowania związkowych gimnazjów i ogółem filozofii wyznawanej przez PZPN.

Na ten moment moim zdaniem możemy wyróżnić dwa sposoby działań, które mogą istnieć gdzieś obok siebie, ale pod pewnymi względami się wykluczają. Jeden: stawiamy na klubowe, fachowe akademie, które opracowują swój system szkolenia, mają swoje metody, na własną rękę szkolą i doskonalą trenerów i nauczycieli, a następnie korzystają z owoców tej pracy u podstaw. Pełna decentralizacja – Lech szkoli po swojemu, Legia po swojemu, PZPN zaś w takim układzie skupia się na certyfikatach, które coraz głośniej forsują wszyscy środowiskowi fachowcy. Układ idealny – Lech w zamian za kapitalne szkolenie (co do którego nie mają wątpliwości nawet w Legii, podbierając chłopaków wychowanych w Poznaniu) dostaje specjalny certyfikat od związku, którym po pierwsze chwali się wśród potencjalnych klientów, czyli rodziców dzieciaków, a po drugie – za którym idzie potężna dotacja od związku.

Zalety? Kilka świetnych szkół wejdzie na jeszcze wyższy poziom. Wady? Pozostaje pytanie, co z resztą…

Tu pojawia się druga opcja: związkowe akademie. Na ten moment tę funkcję pełnią Ośrodki Szkolenia Młodzieży (WOSSMy, OSSMy i tym podobne), czyli gimnazja stworzone przy PZPN-ie. Według słów prezesa szkolą od poniedziałku do piątku zawodników, którzy na weekendowe mecze wracają do swoich klubów. Niedościgniony wzór – francuska Clairefontaine, z której wyszli między innymi Henry czy Anelka, a także… Goulon – to punkt docelowy, do którego ma zmierzać praca owych gimnazjów. Tu jednak również pojawia się sporo problemów – kto uczy w tych szkołach? Kto kontroluje w jaki sposób idee PZPN-u są realizowane w poszczególnych placówkach? Kto dba, by młodzież z OSSM-u mogła pokonać swoich odpowiedników z komercyjnych, kompletnie prywatnych akademii klubowych? Czy to już teraz funkcjonuje tak, że za pięc lat pierwszy absolwent dogra piłkę na nos Roberta Lewandowskiego, czy na razie „mamy przed sobą sporo pracy”?

Tak czy owak, w obu przypadkach widać natychmiast bodaj jedyną przyczynę tej skromności w ruchach dotyczących szkolenia. Jaki jest bowiem główny zarzut do „modelu zdecentralizowanego”? Nie ma certyfikacji, nie ma wsparcia finansowego od związku, a przede wszystkim – akademii spełniających najwyższe standardy jest może z pięć, przy bardzo mocnym mrużeniu oka. Zarzut do drugiej opcji? Zbyt mało placówek, symboliczna kontrola nad ich pracą, bardzo skromne rozwijanie trenerów z tych miejsc (na staże i szkolenia wysyłani są nieliczni).

Powód ułomności pierwszego rozwiązania? Pieniądze. Powód ułomności drugiego? Pieniądze.

Dlaczego nie jesteśmy tam, gdzie Niemcy? W Niemczech w 2012 roku co czwarty trener młodzieży miał licencję UEFA PRO. W szkółce Bayeru Leverkusen pracuje osiemdziesiąt osób, choć liczba zawodników nie przekracza 200. Borussia ma dziewięć boisk, a niemiecka federacja podpisuje kontrakty sponsorskie, za które mogłaby sobie kupić cały PZPN.

Kompletnie nie rozumiem, czemu w całej naszej debacie o szkoleniu zupełnie pomija się kwestię pieniędzy. To kwestia logiki. Nie ma trenerów z licencjami UEFA PRO, bo są kosztowne – ani kluby, ani PZPN nie są w stanie przyjąć na siebie wydatku szkolenia wf-isty, który po godzinach szkoli 9-latków. Z zawodnikami w akademiach klubów pierwszej ligi nie współpracuje ośmiu dietetyków i trzech psychologów, bo problemem jest wygospodarowanie kasy na pensję dla trenera pojedynczego zespołu młodzieżowego. Chłopaki biegają po pastwiskach, bo zamiast boisk budujemy kolejne stadiony. W związkowych akademiach nie ma kontroli i masowego doszkalania kadr, bo nie ma pieniędzy. Klubowe szkoły nie dostają pieniędzy od PZPN-u, bo nie ma pieniędzy, wszelkie Korony, Podbeskidzia i inne kluby nie idą w kwestii szkolenia śladami Lecha, bo nie mają pieniędzy.

Screen-Shot-2013-10-28-at-1.03.29-PM1

Ośrodek Ajaksu; takich rzeczy nie kupuje się w sklepie budowlanym

Sam czytając wcześniejsze wywiady z działaczami PZPN-u dziwiłem się, dlaczego chwalą się oszczędnościami związku, skoro w żaden sposób ich nie inwestują. Po tym, jak Boniek ujawnił budżet już się nie dziwię – ta „górka” na koncie na czarną godzinę faktycznie nie jest duża. W klubach pokroju Lecha i Legii – także. W pozostałych nie ma górki, są za to zaległe faktury i wezwania do zapłaty.

Zaryzykuję: nie mamy szkolenia jak we Francji, nie mamy szkolenia jak w Niemczech, czy Holandii, bo nie mamy też przemysłu, takiego jak oni, nie mamy działu usług, takiego jak oni, a naszym specjalistom bardziej opłacałoby się zmywać naczynia na emigracji, niż uczyć kolejne pokolenia na uniwersytetach.

Antidotum? Na rozum prostego kibola: obciąć inne wydatki. Kilkanaście miesięcy temu, gdy drugoligowcy płakali, że ogólnopolska liga wykończy ich finansowo, choćby przez dalekie wyjazdy, Weszło pisało: nie stać cię na drożdżówkę, to kup kajzerkę. Jeśli nie stać cię na łączenie wydatków na szkolenie z utrzymywaniem klubu, to albo przestań płakać, że juniorzy są słabi, albo przemyśl raz jeszcze, na co wydajesz pieniądze. Jesteście w stanie nakłonić miasto, by wybudowało wam stadion? Czemu zamiast wielkiego i pustego na większości meczów stadionu, nie zażądaliście boisk, albo dofinansowań na szkolenia dla waszych trenerów młodzieży?

Szkolenie to fajne hasło i wytrych, ale przede wszystkim ogromna kasa. Do wydania – bo nie da się zorganizować dobrej akademii za osiem złotych pięćdziesiąt trzy grosze, ale i do zarobienia – co zaczynają powoli odczuwać w Poznaniu i Warszawie. Dopóki tego nie zrozumiemy i nie zaakceptujemy – będziemy mogli tylko rzucać bezradne hasła, czemu nie mamy systemu, jak w Belgii.

JAKUB OLKIEWICZ

Fot. msobczynska.pl

KOMENTARZE

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY

Image and video hosting by TinyPic