Jacek Gmoch i półfinał Pucharu Europy? To zdarzyło się naprawdę
Weszło

Jacek Gmoch i półfinał Pucharu Europy? To zdarzyło się naprawdę

13 stycznia 1939. Nie, spokojnie. Nie będziemy pisać o przygotowaniach do II Wojny Światowej. Dziś przypadają 76. urodziny człowieka, który mimo podeszłego wieku, wciąż budzi emocje. Jedni go szanują, uważając za jednego z najlepszych fachowców w historii polskiej piłki. Dla innych, obok Andrzeja Strejlaua, jest tylko Behemotem ze studia Telewizji Polskiej. 

Jako, że urodziny – szczególnie tak, nazwijmy to, zaawansowane – to pisać źle po prostu nie wypada. Postaramy się więc w telegraficznym skrócie przekazać tę lepszą stronę Jacka Gmocha. Skupimy się na jego karierze w Grecji, gdzie „zaliczył” aż dwanaście klubów. W tym te dwa największe, cieszące się wielkim prestiżem – Panathinaikos i Olympiakos. Samo to, że polskiego trenera dopuszczono do takich firm, dziś wydaje się być abstrakcją. Cieszyliśmy się jak dzieci, kiedy Michał Probierz przez kilka miesięcy prowadził Aris Saloniki. Do tego Marek Zub w Żalgirisie i Ryszard Komornicki w klubach szwajcarskich. Poza tym właściwie kompletna bryndza. A Gmoch, ten sam poczciwy staruszek, z którego często się śmiejecie, poprowadził swój zespół do półfinału Pucharu Europy.

Tak, tak… Było to w sezonie 1984/85. Wtedy właśnie Panathinaikos niespełna 50-letniego Gmocha wyeliminował kolejno Feyenoord, irlandzkie Linfield i IFK Goeteborg (rok później wygrali Puchar UEFA). Ścianą nie do przebicia okazał się dopiero Liverpool, od którego pan Jacek zebrał bolesne baty. Inna sprawa, że The Reds byli prowadzeni przez legendarnego Joe Fagana, a w ich pierwszej linii biegali Ian Rush i Kenny Dalglish. Na Anfield Grecy oberwali aż 0:4, a w Atenach było 0:1.

Nie wiemy, co jest trudniejsze – czy wyobrażenie sobie Gmocha prowadzącego klub w półfinale Ligi Mistrzów, czy jakiegokolwiek innego polskiego trenera z czasów nam współczesnych. Bo niby kogo? Chyba już wolimy Gmocha, który w Grecji mistrzostwo zdobył nawet z Larisą. Po zakończeniu kariery wydał nawet książkę „Exi chronia sto Ellada”, czyli „Sześć lat u Grecji”. Niestety, nie została przetłumaczona na język polski. Szkoda. Chętnie byśmy poczytali.

W Atenach o Gmochu po jego odejściu nie zapomnieli. Długo był kimś w rodzaju doradcy, a w 2010 roku nieoczekiwanie wrócił nawet na ławkę trenerską Panathinaikosu. Eksperyment w postaci Nikosa Niopliasa okazał się niewypałem, a Gmoch miał go tymczasowo zastąpić. Po tym jak Koniczynki efektownie ograły Iraklis Saloniki (4:2) wydawało się, że może dostanie szansę poprowadzenia drużyny także w spotkaniu Ligi Mistrzów z Barceloną. Trenerski pojedynek Gmoch kontra Guardiola. Creme de la creme. Niestety, wcześniej zastąpił go Jesualdo Ferreira.

Jeszcze mała dygresja na zakończenie. W Grecji na tę chwilę Gmoch jest traktowany poważniej niż w Polsce. Został wybrany nawet trenerem lat 80-tych tamtejszej ligi. Nie znaczy to jednak, że ludzie się do niego modlą, stawiają mu pomniki i biją pokłony. Nie będziemy udawać, że zrozumieliśmy choćby jedno słowo, ale wygląda na szyderkę.

KOMENTARZE (0)