Wielu w Ekstraklasie nie jest w stanie prawidłowo wykonać przysiadu
Weszło Extra

Wielu w Ekstraklasie nie jest w stanie prawidłowo wykonać przysiadu

Przygotowanie fizyczne to temat mocno w Polsce zaniedbywany. Przez media, które poświęcają mu stosunkowo niewiele uwagi, przez kluby, w których czasem brakuje pieniędzy na odżywki, no i przez samych trenerów, którzy nie do końca wszystkiego są świadomi. Właśnie o tej świadomości, a raczej jej braku, rozmawiamy z jednymi z najlepszych specjalistów w kraju. Łukasz i Karol Bortnik najpierw intensywnie kształcili się za granicą, potem odpowiadali za przygotowanie fizyczne m.in. w Cracovii, GKS-ie Bełchatów czy Widzewie, a dziś doradzają GKS-owi Katowice… O tym, czym jest brak świeżości, jak błędnie w mediach analizuje się liczbę fauli i ocenia przygotowanie fizyczne. O tym, że Widzew przebiegał w meczu tyle kilometrów, co Borussia Dortmund, a sprinty wykonywał na poziomie najlepszej drużyny Premier League. O jednym z kompletnych piłkarzy w Polsce, wypowiedziach, które powinny być karane i o niekompetentnych trenerach. No i o tym, że wielu zawodników Ekstraklasy nie jest w stanie prawidłowo wykonać przysiadu. Zapraszamy!

Rozmawiam z ludźmi, a przynajmniej reprezentantami grupy, do której na początku każdej rundy adresowane są – czasem wprost, czasem między wierszami – wypowiedzi piłkarzy o braku świeżości czy zajechaniu. Czytacie i analizujecie czy tylko czytacie i się śmiejecie?

Łukasz Bortnik: W Polsce zawsze mówiło się dużo o przygotowaniu fizycznym. Jeżeli cokolwiek nie gra w zespole, to jest to pierwsza dziedzina, do której media i środowisko się przyczepiają. Co my z tym robimy? Nie czytamy, wykonujemy swoją pracę, bo wiemy, że jesteśmy specjalistami i mamy odpowiednie kompetencje. To my posiadamy bieżącą wiedzę – stale monitorujemy piłkarzy, obserwujemy ich, analizujemy obciążenia treningowe.

To co z tym brakiem świeżości? Dziś to nie jest nawet hasło tak powtarzane przez media, bo tutaj świadomość trochę wzrosła, co przez samych zawodników.

Karol Bortnik: Zdefiniujmy najpierw, co oznacza świeżość.

A co powinna oznaczać?

Karol Bortnik: Przede wszystkim to nie jest sformułowanie specjalistyczne.

Łukasz Bortnik: Musimy zrozumieć jedną rzecz – okres przygotowawczy to taki okres w makrocyklu, w którym wykonuje się większą pracę fizyczną o dużej objętości i stopniowo rosnącej intensywności. To tzw. ładowanie akumulatorów. Celem trenera jest, by organizm fachowo przeciążyć, ale nie przetrenować, by w okresie startowym nastąpiła superkompensacja. Czyli zwiększenie zdolności wysiłkowych organizmu i uzyskanie optymalnej formy fizycznej. A ze stwierdzeniami o świeżości to jest tak, że środowisko na podstawie obserwacji samego meczu często wyciąga błędne wnioski. Zwykły człowiek nie ma dostępu do narzędzi, jak Amisco, Prozone czy technologii GPS i nie jest w stanie ocenić, czy zespół ma problem pod względem fizycznym. Brak odpowiedniej chęci zawodników do działania na boisku określane jest na forum jako brak świeżości, ale może to wynikać z wielu czynników – braku motywacji, zmęczenia, nieodpowiedniej wiedzy taktycznej, błędnej współpracy między zawodnikami. Komuś się wydaje, że ktoś jest spóźniony, że ktoś jest wolniejszy… Śmieszy mnie to, jak w telewizji ocenia się choćby liczbę fauli. Drużyny, które popełniają mało fauli, komentatorzy nazywają mało agresywnymi, bez życia. Nie zgadzam się. Bo czym jest faul? Zawodnik się do niego ucieka, kiedy popełnia błąd, jest spóźniony bądź źle ustawiony i musi się jakoś ratować, najlepiej łamiąc przepisy. Ich wysoka liczba w meczu często nie wynika stąd, że ktoś jest agresywny i napompowany, ale stąd, że popełnia błędy. Kiedyś hiszpański dziennikarz zagadnął po meczu Sergio Ramosa, że ten nie był zbyt agresywny, bo nie faulował ani razu, a on odpowiedział: „Nie faulowałem, bo zawsze byłem we właściwym miejscu i prawidłowo czytałem grę przeciwnika”. I z tym brakiem świeżości jest podobnie – można źle ocenić sytuację.

Odnoszę wrażenie, że w mediach czasem występuje zbyt płytkie spojrzenie na tę tematykę. Większość idzie tokiem: „drużyna X traci bramki w końcówce dwóch meczów z rzędu – wiadomo, źle przygotowani”.

Łukasz Bortnik: Dokładnie. Bardzo często dla dziennikarzy jest tak, że zespół, który traci gole w końcówce, musi być źle przygotowany. Bzdura. Często zapomina się, że w drugiej połowie zmęczenie piłkarzy narasta i zostało potwierdzone naukowo, że dystans pokonywany w określonych kategoriach intensywności jest mniejszy, maleje też liczba i dystans pokonany sprintem. Z każdą minutą meczu zmęczenie narasta, a zawodnicy popełniają więcej błędów. Dlatego tak ważne jest, aby rozsądnie dysponować siłami, mądrze się ustawiać do ostatniej minuty. A na odporność na zmęczenie piłkarza wpływ ma wiele czynników, choćby właściwy trening, odżywianie, sumplementacja czy nawodnienie organizmu. Wpływ mają też uwarunkowania genetyczne, które sprawiają, że jedni są bardziej wytrzymali od innych.

Tylko, że jak wyniku w danej drużynie nie ma, to zaczynamy się zastanawiać, co poszło nie tak. To też naturalna kolej rzeczy…

Łukasz Bortnik: Wynik nie determinuje, czy zespół jest dobrze przygotowany. Sam nieraz widziałem – i to mówię z własnych doświadczeń – że drużyna wygrywa, a widać ewidentne braki w przygotowaniu fizycznym. Nikt jednak tego nie komentuje, nikt nawet nie zauważa. Dlaczego? Bo jest wynik. Ale zdarzyły się też przypadki odwrotne: drużyna wyglądała bardzo dobrze i była w stanie utrzymywać wysokie tempo gry przez cały mecz, a i tak wynik był niekorzystny… Zeszły sezon, początek wiosny, Widzew gra z Piastem. Zaraz po przerwie dostajemy czerwoną kartkę, całą drugą połowę gramy w niedowadze, przegrywamy i – dominując przez większość czasu – w końcówce strzelamy na 1:1. Tymczasem w mediach pojawiają się opinie, że zespół nie wytrzymuje całych meczów. To ciekawy przykład, bo grając w dziesięciu przez 45 minut napieraliśmy i doprowadziliśmy do remisu.

Karol Bortnik: W Lidze Mistrzów zespoły włoskie czy hiszpańskie przebiegają w meczu średnio 105-110 km, a niemieckie, np. Borussia Dortmund – od 115 do 120 km. I teraz należałoby zadać pytanie: czy sukces gwarantują przebiegnięte kilometry, czy też mądrość w poruszaniu, inteligencja i odpowiednie ustawienie?

To wy w pewnym momencie podaliście, że Widzew przebiega w meczu średnio tyle, co właśnie Borussia – 120 kilometrów. Łukasz Bortnik: Mówiłem o tym głośno, bo uważałem, że trzeba się tym pochwalić. Wątpliwość się jednak nie zmienia: czy lepiej jest biegać więcej, czy biegać na tyle inteligentnie, by pokonywać mniejszy dystans od przeciwnika, a być szybszym i skuteczniejszym w działaniu i podejmowaniu decyzji? Każdy niech sobie sam odpowie. A Widzew, faktycznie, jako cały zespół pokonywał dystans w okolicach 120 km, a w najwyższej intensywności, sprintem – gdy mówiono o problemach z przygotowaniem – około trzech kilometrów. Świetny wynik. Na kursokonferencjach porównywałem to do sezonu 2011/12 w Premier League, gdzie Manchester City właśnie na tym najwyższym pułapie przebiegał 3,2 km i liderował w tej klasyfikacji. To wartości bardzo do siebie zbliżone. Tylko, że ja często odnosiłem wrażenie, że nasi piłkarze źle poruszali się po boisku. Nieekonomicznie, co głównie wynikało z młodości i braku doświadczenia wielu z nich.

Trener przygotowania fizycznego jednego z zespołów Ekstraklasy mówi, że polscy piłkarze, chyba w większości ci młodzi, często są przemotywowani.

Karol Bortnik: W jakim sensie?

Ja to rozumiem tak: że czasem zbyt wiele chcą, czegoś robią za dużo i za szybko, nie regenerują się odpowiednio.

Karol Bortnik: Przede wszystkim piłkarze często nie mają wiedzy i świadomości, które powinni nabyć od najmłodszych lat. Nie wiedzą, co to jest odpowiedni trening, jak dokładnie wykonywać ćwiczenia prewencyjne, jak się odżywiać i jak powinien wyglądać zdrowy styl życia. Widoczny jest brak edukowania dzieci i młodzieży przez trenerów, wychowawców oraz pedagogów.

To przemotywowanie tłumaczę sobie na przykładzie Damiana Radowicza. On opowiadał, że jako młody chłopak wchodził do zespołu Widzewa i w każdym ćwiczeniu dawał z siebie maksimum. Trener nakazywał dziesięć powtórzeń, a on – robił trzynaście, chciał się pokazać. No i brak tej świadomości też był u niego mocno widoczny.

Łukasz Bortnik: Świadomość wśród zawodników rośnie, ale powoli. W ogóle – porównując do Niemiec czy Ameryki, gdzie ja spędziłem kilka lat – cechuje nas minimalizm. A przynajmniej ja nie dostrzegam, byśmy byli narodem, który zrobi wszystko, by osiągnąć cel. Generalizując, wiele rzeczy robimy po łebkach. I to widać też po zawodnikach, którzy – wracamy do punktu wyjścia – nie mają odpowiedniej świadomości, zaś w zachodnich akademiach edukacja zaczyna się już od 6. roku życia. Myślę, że historia Radowicza pokazuje, że coraz większą rolę w obecnej piłce odgrywa indywidualizacja treningów. Czyli coś, co na naszym gruncie jest mało realne, bo aż tylu trenerów się nie zatrudnia. Najlepsze kluby, i to już na poziomie akademii, dążą do tego, by jeden trener przypadał na czterech zawodników. W Polsce jeden specjalista ma pod okiem kilkunastu lub więcej graczy: jeden wykona optymalny plan, drugi dorzuci coś od siebie i – co gorsza – nieprawidłowo wykona dane ćwiczenie.

Karol Bortnik: Z drugiej strony, sama motywacja to podstawa do sukcesu. Tylko tacy ludzie, którym niestraszne są niepowodzenia i u których poziom motywacji osiągnięć jest na wysokim pułapie, mogą dojść do celu. Generalnie, porażka zmusza nas do zrobienia czegoś jeszcze lepiej i powinna być źródłem naszego postępu. Byłem ostatnio na stażu w Benfice Lizbona i zapytałem Portugalczyków o Cristiano Ronaldo, kiedy grał w akademii Sportingu. Mówią, że zawsze chciał zrobić więcej niż koledzy. Kiedy wygrywali 5:0, to jemu było mało – chciał wygrywać 6:0. Kiedy strzelał dwie bramki, chciał zdobyć trzy, a w kolejnym meczu – cztery. Zawodnik z takim charakterem to skarb i rolą trenera jest umiejętne rozwijanie i kontrolowanie takiego gracza.

Łukasz Bortnik: Sam talent i uwarunkowania genetyczne to za mało. Kluczowe u sportowców są cechy wolicjonalne, chęć osiągnięcia sukcesu i dążenia do celu, chęć bycia lepszym od przeciwnika. Ja natomiast nie dostrzegam, byśmy w tym obszarze byli przemotywowani. Nie uważam, byśmy zaliczali się do grona tych, którzy chcą coś osiągnąć za wszelką cenę.

Jak masz zrobić dziesięć powtórzeń, to zrób nawet siedem, byle z pełnym zaangażowaniem… Często jednak wykonuje się te dziesięć, ale – jak mówicie – po łebkach. Znowu wracamy do świadomości.

Karol Bortnik: Odpowiem przykładem: w Benfice najmłodsi chłopcy wiedzą, jaki cel ma każde z działań. To znaczy, dlaczego od razu po treningu spożywają posiłek, do czego służą ćwiczenia prewencyjne, o której należy kłaść się spać, aby się zregenerować, jakie zadania – również pod kątem techniki, jak kontrola piłki czy żonglerka – mają wykonać w domu. My w Polsce potrzebujemy efektu domina. Najpierw trzeba dokształcić trenerów, którzy później swoją wiedzę teoretyczną i praktyczną przekażą dzieciom i młodzieży.

Półtora roku temu rozmawiałem z doktorem Marcinem Domżalskim, mówił tak: „Na komisji medycznej PZPN przedstawione zostały rezultaty porównujące nasze grupy młodzieżowe z innymi państwami. Wypadliśmy bardzo słabo. Okazało się, że większość zawodników nie potrafiła nawet prawidłowo wykonać przysiadu czy przewrotu w przód. Wniosek nasuwa się sam – nasi piłkarze są kompletnie nieprzygotowani atletycznie. Mało jest pracy koordynacyjnej, mało zajęć na siłowni”.

Łukasz Bortnik: I ta wypowiedź definiuje jeden z problemów polskiego futbolu. Bo kiedy przychodzi miejsce na fachowe działania, okazuje się, że brakuje fundamentu, na którym coś chciałoby się zbudować. Wynika to – wiem, że to mocne słowa – z braku kompetentnych osób o odpowiednim poziomie wiedzy. Dlatego dziś napotykamy zawodowych piłkarzy, którzy są ukształtowani fizycznie i technicznie, z określoną wiedzą taktyczną, ale nie posiadają podstaw atletycznych. Nie są w stanie prawidłowo wykonać najprostszych czynności ruchowych – one stoją na bardzo słabym poziomie. Oczywiście, można je w późniejszym czasie poprawiać, ale to wymaga dużo czasu, energii i nie u każdego jest to w pełni odwracalne. Przez te podstawowe nieprawidłowości zawodnicy nie są w stanie wykorzystać maksymalnego potencjału, dodatkowo są narażeni na kontuzje. Wychodzi tutaj m.in. brak zajęć koordynacyjnych w najmłodszych latach. Zachodnie kluby posiadają filozofie z wytycznymi do każdej kategorii wiekowej, sprecyzowanymi etapami rozwoju dzieci i młodzieży, aby specjaliści-trenerzy wiedzieli, jak i z kim pracować. Istnieją ograniczenia fizjologiczne, biomechaniczne i neurologiczne, które trzeba brać pod uwagę. Tego w Polsce brakuje. Co gorsza, nie dotyczy to tylko młodzieży, bo gwarantuję panu, że w wielu zawodników z poziomu Ekstraklasy nie jest w stanie prawidłowo wykonać przysiadu. Jest to wina trenerów, z którymi współpracowali i którzy nie nauczyli ich ruchu. Czyli nie nauczyli ich tego, od czego wszystko się zaczyna i przez co nasilają się potem wady postawy czy dysfunkcje narządu ruchu. To stąd biorą się potem piłkarze, na których trzeba chuchać i dmuchać, bo nie są w stanie wykonywać ćwiczeń z dużym obciążeniem zewnętrznym. Intensywny trening to dla nich gwarantowana kontuzja.

Ma sens poprawianie tych wzorców ruchowych u dorosłego piłkarza, 30-latka?

Łukasz Bortnik: Ma. Zdarza się, że wykonujemy kilka kroków wstecz właśnie z takim zawodnikiem. Piłkarze są nauczeni, że na siłowni muszą ciężko pracować, że ich obciążenia zewnętrzne muszą być duże, ale podjęcie przez nich takich zajęć – nie mając właściwych wzorców ruchowych – jest bardzo szkodliwe. Czasem trzeba wrócić do początku, wykonać testy przesiewowe do określenia występujących wad postawy, podjąć najprostsze ćwiczenia, aby wykształcić wzorce na wyższym poziomie. Pewne dysfunkcje znikną, ale to może być kwestia kilku miesięcy.

Dawid Nowak – spotkaliście go na swojej drodze – to przykład piłkarza, który cierpiał i cierpi przez niewłaściwe wzorce ruchowe?

Łukasz Bortnik: Dawid to ogromny potencjał motoryczny, zawodnik wydolny, który może dużo biegać i te pojedynki biegowe wygrywać, ale na pewno praca z nim musi być mocno zindywidualizowana. Wszelkie ćwiczenia i obciążenia muszą być do niego odpowiednio dobierane, by móc w pełni wykorzystać potencjał jego organizmu. Tyle mogę powiedzieć.

Pomijając nazwiska, trafiliście na jakieś ekstremalne przypadki?

Łukasz Bortnik: W każdym z trzech zespołów Ekstraklasy, w których pracowaliśmy, spotkaliśmy zawodników, u których ryzyko odniesienia kontuzji jest bardzo wysokie. I wynika to z problemu, który tutaj poruszamy. Z takimi ludźmi należy w odpowiedni sposób pracować, przy konsultacji ze sztabem medycznym, bo oni wymagają innego podejścia. Ale ich samodyscyplina też jest potrzebna. Wiele godzin treningu z fizjoterapeutą czy trenerem od przygotowania fizycznego sprawi, że ryzyko kontuzji – nawet w małym stopniu – zostanie zmniejszone.

A pozytywne przykłady? Kto miał – wykorzystany bądź niewykorzystany – największy potencjał?

Łukasz Bortnik: Niesamowite możliwości wydolnościowe ma Bartek Kasprzak, który może nieustannie biegać i jest odporny na zmęczenie. Mariusz Stępiński ma ogromny potencjał motoryczny, jest wydolny, silny i eksplozywny. Jest też piłkarz, który dziś pokazuje, że jego potencjał został bardzo dobrze oceniony – Łukasz Broź. My go pod względem motorycznym nazywaliśmy zawodnikiem kompletnym. Miał wszystkie parametry motoryczne na najwyższym poziomie: szybkość, wydolność, dynamikę, moc kończyn dolnych i siłę kończyn górnych. Odporny na zmęczenie, bardzo aktywny i ruchliwy w trakcie meczu, może pokonywać dystanse „box-to-box” i szybko się regenerować. Przykład Łukasza pokazuje, że musisz spełniać określone kryteria, aby znaleźć się ten jeden poziom wyżej.

Karol Bortnik: Dla mnie budujące było to, że widzieliśmy różnicę między piłkarzami, z którymi pracowaliśmy przez dłuższy czas, a tymi, którzy dopiero do nas dołączali. Widać to było po technice wykonywania ćwiczeniach siłowych, stabilizacji czy propriocepcji.

Jak piłkarze do tego podchodzą, nie narzekają?

Karol Bortnik: Wiele musimy się nauczyć od klubów zachodnich. Czy tam słyszy się tak często jak u nas o problemach przygotowania fizycznego? Nie. A to dlatego, że profesjonalny zawodnik musi być zawsze gotowy na wezwanie trenera. Jeżeli ktoś nie czuje się odpowiednio przygotowany, to w jego interesie jest, aby to nadrobić.

Łukasz Bortnik: Podam przykład PSV Eindhoven. Widzieliśmy, jak niektórzy zawodnicy – bez żadnej kontroli trenera w kwestii czasu trwania wysiłku oraz doboru właściwej intensywności – sami wykonywali pracę interwałową. Byliśmy tym mocno zaskoczeni. Taka sytuacja pokazuje jednak, że zawodnik musiał czuć pewne braki i sam zdecydował, że potrzebuje mocniejszego bodźca treningowego. On tak czuł i tak postanowił zrobić. Ale, czy jest to dobre, czy złe – trzeba by się mocniej zastanowić. Na pewno jest to jednak konfrontacja dwóch różnych podejść. Drugi przykład to Hiszpania. Tam rozgrzewka wygląda tak, że trener komunikuje zawodnikom: „Macie dziesięć minut, żeby się przygotować do treningu”, ewentualnie dołącza do nich w końcowej fazie. Tak, jak mówi Karol – zawodnik sam musi wziąć odpowiedzialność za pewne rzeczy, bo potem najłatwiej publicznie powiedzieć, że ktoś się źle czuje. To niewłaściwe postępowanie, które powinno być karane przez klub. Jeżeli pojawiają się pewne problemy, zawodnik powinien zgłosić to sztabowi szkoleniowemu. Ale to też ekstremalny przypadek, bo to trener powinien posiadać takie metody pracy i narzędzia do monitorowania obciążeń treningowych, by dokładnie wiedzieć, co dzieje się ze wszystkimi zawodnikami. Myślę, że my te metody możemy zagwarantować.

Nasi zawodnicy się interesowali, zgłaszali z pytaniami?

Karol Bortnik: Wiele było przypadków, kiedy zawodnik podchodził do nas i mówił, że potrzebuje np. dodatkowych ćwiczeń stabilizacyjnych. To pozytywne, że piłkarz sam odczuł taką chęć.

Spodziewałem się, że zaprzeczycie.

Łukasz Bortnik: W naszej pracy dążymy do zwiększenia świadomości u piłkarzy. Jeśli coś jest nie tak z samopoczuciem danego zawodnika, to ma on obowiązek to zgłosić, choć my i tak musimy być przygotowani, już dużo wcześniej wyłapywać niuanse i przewidywać pewne problemy. Zawsze chcieliśmy też, żeby nić porozumienia między nami, specjalistami od przygotowania fizycznego, a zawodnikami była bardzo dobra. Właściwa komunikacja jest tutaj kluczowa.

Karol Bortnik: Wszystko po to, aby wykorzystać maksymalny potencjał samego zawodnika.

Łukasz Bortnik: Piłkarze słuchają i chcą słuchać. A to dlatego, że chcą grać dobrze i być pozytywnie oceniani przez media i środowisko. Coraz częściej zależy im na tym, żeby być zdrowym i optymalnie przygotowanym.

Pan, panie Karolu, miał styczność z kadrą U-20. Jest różnica między chłopakami wychowanymi w klubach zagranicznych a w klubach polskich? Pod kątem podejścia, świadomości, przygotowania fizycznego, wzorców ruchowych…

Karol Bortnik: Dobre pytanie. Tylko, że codzienna praca w klubie charakteryzuje się większymi możliwościami do obserwacji, a podczas kilku dni w reprezentacji narodowej znacznie trudniej o ocenę.

Łukasz Bortnik: Nie możemy też na wszystko, co jest z Zachodu, patrzeć jak na lepsze.

Ale tych lepszych przykładów i wzorów musimy szukać. Co z tego, że ci piłkarze Widzewa przebiegali tyle samo kilometrów, co piłkarze Borussii, skoro…

Łukasz Bortnik: No tak. Powiem inaczej: okiem specjalisty od przygotowania fizycznego da się zauważyć, że nawet niemieckie akademie mają pewne braki. Nie chodzi o to, żebym tutaj wszystkich pouczał, ale oni też mają obszary wymagające usprawnień. Przykładowo w jednej z akademii klubu występującego w Lidze Mistrzów, ćwiczenia siłowe z obciążeniem zewnętrznym w kategorii 12-13 lat wykonywane były przez wszystkich na jednym poziomie. Nie zostały wzięte pod uwagę różnice wieku biologicznego – że ktoś wcześniej i szybciej dojrzał, a ktoś później. Można mieć przecież 12-latka, który jest dwa lata mocniej rozwinięty i takiego, który o te dwa lata rozwinął się wolniej. W takiej kategorii wiekowej to ogromna różnica, gdy mamy te same ćwiczenia, ten sam czas pracy, te same obciążenia zewnętrzne czy tą samą liczbę powtórzeń. Wystarczyłoby określić, kiedy u tych chłopaków nastąpi skok pokwitaniowy, by móc lepiej z nimi pracować. Zwracam na to uwagę też dlatego, że nie możemy ślepo wpatrywać się w innych. Sami mamy wielu specjalistów, którzy są kompetentni i musimy głośno o tym mówić. Tak, mamy się uczyć i brać wzorce od najlepszych, ale oni też mają niedociągnięcia i małe braki w pewnych obszarach.

Odniosłem takie wrażenie, że wy, jako trenerzy przygotowania fizycznego, jesteście mocno niespełnieni, może nawet lekko sfrustrowani. Chcielibyście wiele zrobić, ale macie związane ręce, ciężko przekonać trenerów do własnych pomysłów, a to i tak oni często biorą przygotowanie na siebie. Nawet w Katowicach, u Artura Skowronka, jesteście z doskoku, bardziej jako konsultanci. Tego, co macie w głowach, nie możecie przenieść na boiska… Słuszne to wrażenie?

Łukasz Bortnik: Nie do końca, bo my się spełniamy. Mamy firmę, zapraszamy na naszą stronę spbortnik.pl, gdzie można poczytać, co mamy do zaoferowania. To prawda, że nie wszystko możemy zmienić, ale my też wysoko mierzymy.

Pan, panie Łukaszu, mówił: „Wielu ludzi w Polsce nie jest gotowych na nowoczesne metody przygotowania motorycznego”. Że trenerów ciężko przekonać do pewnych pomysłów i dopiero, kiedy oni sami usłyszą o tym za granicą i tam w tę ideę uwierzą, są chętni do działania.

Łukasz Bortnik: Wszystko zaczyna się od rozmowy, przekazania istotnych informacji, faktów, argumentów i własnych doświadczeń z zawodowej piłki. A jeśli występuje u nas frustracja, to tylko z powodu warunków, jakie gwarantują kluby. Na Zachodzie standardem jest grupa trenerów od przygotowania fizycznego, przeważnie czterech, w Polsce – jeden. No, tylko my jesteśmy we dwóch… Spójrzmy na sprzęt specjalistyczny, obiekty treningowe, siłownie, ich wyposażenie, gabinety odnowy biologicznej. Czyli wszystko to, czego u nas brakuje. Tutaj ludzie często są sceptyczni do rzeczy, które za granicą są na porządku dziennym. My jesteśmy firmą, która ma wiele do zaoferowania polskim klubom, chce wdrażać technologię GPS – z mnóstwem parametrów do monitorowania, jak np. całkowity dystans, z podziałem na kategorie intensywności, wykonanymi sprintami, liczbą przyspieszeń i gwałtownych hamowań, zmiany kierunku biegu, obciążeniem każdej z kończyn i wiele innych. W angielskich klubach takich urządzeń jest wiele, stosuje się je już nawet na poziomie akademii, bo tam już dawno zdano sobie sprawę, jak ważna jest szczegółowa analiza każdego piłkarza podczas treningu. Polskie kluby jeszcze nie są na to gotowe, a czas niestety ucieka. Problem jest widoczny, bo czasem brakuje środków nawet na odżywki.

Przeszliście masę kursów, odbyliście wiele staży czy posiadacie certyfikaty, które laikom nic nie mówią. Byliście w USA, Niemczech czy Portugalii. Skąd wyciągnęliście najwięcej?

Łukasz Bortnik: Nasza filozofia głównie opiera się na Stanach Zjednoczonych, gdzie skończyłem studia. Ale również na Meksyku, gdzie przez rok pracowałem, w którym to dominują szkoły argentyńska i hiszpańska uwzględniające w treningu fizycznym elementy techniczne i taktyczne. Amerykanie to oddzielają, ich podejście jest raczej wielodyscyplinowe. Moim zdaniem, wiele piłkarskich elementów musi być połączonych z przygotowaniem fizycznymi, odzwierciedlamy to w naszej filozofii. Do tego trzeba dodać szkołę angielską, w której poznaliśmy m.in. wszystko to co jest związane z planowaniem obciążeń, wnikliwym monitorowaniem obciążeń treningowych, stosowaniem suplementacji i odżywek, odnową biologiczną czy prewencją czyli przeciwdziałaniem kontuzjom w futbolu.

Karol Bortnik: Jeździmy po świecie po to, aby wyciągnąć wszystko co najlepsze z każdej szkoły i oferować to polskim piłkarzom. Obserwacje takich klubów jak Benfica, Koeln, Schalke, Bayer Leverkusen, Hoffenheim, PSV Eindhoven, Borussia Monchengladbach, Southampton, Reading, Espanyol czy Barcelona dają nam naprawdę wiele. W każdym z tych miejsc czegoś pożytecznego się nauczyliśmy.

Łukasz Bortnik: Wszystko to, co robimy, jest poparte badaniami. Chcemy wykorzystywać naukę, a pomaga nam dr Stewart Bruce-Low, który współpracuje z angielską federacją i wieloma klubami Premier League, mając spory wpływ na przygotowanie fizyczne Southampton. Zresztą, współpracował z nami, gdy byliśmy w Widzewie.

Pierwsze skojarzenie z amerykańskim przygotowaniem to Juergen Klinsmann. On, jak obejmował reprezentację Niemiec, wprowadził do testu sprawnościowego podciąganie na drążku – minimum sześć podciągnięć z pełnego zwisu.

Łukasz Bortnik: Ja u wyczynowych piłkarzy na poziomie seniorów takiego testu bym nie zastosował. Bo jakie on daje informacje? O sile kończyn górnych i ich wytrzymałości, gdzie obciążane są głównie mięśnie ramienia i pleców? Nie widzę w tym ćwiczeniu specyfiki dla piłki nożnej.

Co jest dla was najbardziej miarodajne?

Łukasz Bortnik: Testy przesiewowe oceniające dysfunkcje ruchu i wzorce ruchowe zawodników oraz określające zakresy ruchu w poszczególnych częściach ciała, a zwłaszcza w okolicach kompleksu lędźwiowo-miedniczno-biodrowego. To z nich płynie informacja o ryzyku odniesienia kontuzji i od nich należy zacząć. Do tego testy wydolności tlenowej, które informują o zdolności do wykonywania długotrwałych wysiłków, testy szybkości lokomocyjnej i szybkości reakcji, mocy kończyn dolnych czy zdolności do zmiany kierunku biegu.

I jak, na tle Europy, tutaj wypadamy?

Łukasz Bortnik: Przede wszystkim na Zachodzie wyższy jest poziom wydolności tlenowej i odporności na zmęczenie w trakcie wysiłku fizycznego. Mniejsze są też różnice między poszczególnymi zawodnikami. My możemy mieć Łukasza Brozia, który jest bardzo wysoko, i wielu zawodników kilka poziomów niżej. Ale niektóre aspekty zaskakują – np. moc kończyn dolnych u piłkarzy, z którymi już pracowaliśmy, była wyższa niż w jednym z zespołów Premier League. W testach szybkości też pojawiały się jednostki ze świetnymi wynikami i bzdurą jest, że nie potrafimy szybko biegać. Dlatego uważam, że czasem trochę przesadzamy. Nie ze wszystkim jest tak źle, jak się przedstawia. Pamiętajmy jednak, że skuteczna gra w piłkę nożną nie polega na tym, żeby wykonywać jeden sprint, lecz kilkanaście, kilkadziesiąt w meczu z jak najmniejszą utratą mocy. A z tym może być już gorzej w konfrontacji z innymi ligami.

Rozmawiał PIOTR TOMASIK

KOMENTARZE (0)