Jak co poniedziałek… PAWEŁ ZARZECZNY
Blogi i felietony

Jak co poniedziałek… PAWEŁ ZARZECZNY

No i Szpila wygrał, pisałem wam przed tygodniem, że to teraz gladiator, kawał byka – a jak ktoś sądzi inaczej niech stanie z nim do walki. Tylko niech najpierw znajdzie promotora – on was nie będzie przecież lał za darmo, nie jest idiotą. Jak tylko znów go spotkam, szczerze pogratuluję – żeby tylko znów nie pił tylko cytrynowego soku.

Jak czytam komentarze – no to głównie, że to był wrestling (najłagodniej), ustawka (średnio) i wyłudzanie pieniędzy od widzów i telewidzów Solorza. No a najczęściej, że Szpilka to kryminalista. Ha, niejeden siedział w pierdlu (jak wiadomo sami niewinni tam są i czasem się zgadza), ale żeby przypomnieć – w kiciu siedzieli najwięksi czempioni ciężkiej wagi. Muhammad Ali (za dezercję z wojska, gdy USA powołały go na wojnę z Vietcongiem w ramach powszechnego poboru), Tyson (za gwałt na miss America – niewinny, zrobiła fajkę i oskarżyła), a z Polaków wagi ciężkiej wyroki mieli Gołota (za rozebranie gościa, straszenie pistoletem, lutowanie jeszcze innego, udawanie policjanta, sporo), Henio Zatyka (ten był naprawdę ostry, znali go w warzywniakach). Ba, ja też miałem wyrok w zawiasach – i żyję. Jutro 11 listopada, w narodowe Święto, warto byście wiedzieli iż z kicia, zbawiać Polskę i gonić bolszewików wyszedł znany wam może Józef Piłsudski, wcześniej terrorysta i szpieg japoński, według oskarżycieli. W Polsce, teraz, siedzi kilkaset tysięcy ludzi i brakuje dla nich kawałka pryczy, zatem nawet na odsiadkę trzeba poczekać… No nic, zawsze powtarzam myśl Billa Gatesa (też go skazali, wyrok, za oszustwa i monopol, to ten najbogatszy człowiek świata kradł, naprawdę):

Każdy święty ma przeszłość. A każdy grzesznik ma przyszłość.

Taa, święty Paweł mordował i kradł, gwałcił, aż raz spadł z konia, walnął się w łepetynę i tak mu się odmieniło, że został chlubą Kościoła.

Mam nadzieję, że Szpila stanie się nowym symbolem boksu, młodym, z przeszłością futbolową i krakowską, więc poznał życie naprawdę dobrze i z każdej strony, a to wzmacnia.

Aha, Adamek, ten pobożny, też miał wyrok, za jazdę po pijaku. I Saleta, ten za łapówki w magistracie. Taka jest waga ciężka. Takie jest życie. A dla uczciwych przestroga – wszystko przed wami, uwierzcie. Także to najgorsze.

Patrząc biologicznie, za chwilę ci obecni czempioni wykruszą się wiekowo, tym bardziej warto szukać młodych, takich bez strachu. Tak werbuje każdy gang, i dlatego jeszcze żadne państwo świata z gangami nie wygrało. Odmładzają się perfekcyjnie.

* * *

Czemu nie ma o piłce? Ano polska liga przypomina jakąś głupawkę. Legia przegrywa czwarty mecz (jest jak Dortmund czy Arsenal – w pucharach świetnie, w ligach beznadzieja). Wisła ciuła i Lech remisikami (tym walnął Śpiączka, idealna ocena Poznania, tam ktoś w ogóle trenuje?). Probierz, niby gwiazda z tym Drągowskim i Gajosem (ja cenię tylko Janusza, sorry) – łapie piątkę z dołem absolutnym. No a Lechia? To samo, klęska nr… nie wiadomo już który. Ładnie spuentował to Taraś, mówiąc o swoim szkoleniowym konkurencie Untonie – „Opiekun Lechii Gdańsk”.

No więc ten biało-zielony klub w ostatnich latach zaimponował mi kilka razy, na przykład regularnie lejąc Legię, remisując z Barceloną (z Messim i Neymarem) czy wywieszając transparenty patriotyczne przy każdej ważnej polskiej rocznicy (a pamiętajcie, iż jest to miasto z przeszłością kulturowo absolutnie niemiecką, a jednak zgermanizować się nie dało). Z tych transparentów najbardziej podobał mi się jeden. Do będącego u szczytu powodzenia Tuska: „Nigdy nie byłeś, nie jesteś i nie będziesz kibicem Lechii”.

Chodziło o to, by politycy nie mieszali się w sport, tylko na przykład ratowali stocznie i miejsca pracy w Trójmieście, zamiast bez końca pokazywać elektryka Wałęsę ze śrubokrętem czy tramwajarkę Heńkę Krzywonos.

Gdańsk ma jedno, kibiców. Takich, którzy na mistrzostwo czekają pół wieku, niektórzy tak długo nie pożyją. I stadion, z zewnątrz najpiękniejszy w Europie – pewnie dlatego występuje w reklamie Polski MSZ, a nie Narodowy… I to koniec.

Jak pytam kumpla, mocno siedzi w środku spraw klubu o co chodzi, on wie. To dlatego, że niemiecki prezes jest w Gdańsku nieobecny zawsze, Mandziara robi dziwne interesy, a polski szef Krawczyk zna się może na handlu opałem, ale na piłce zero. Sprawa trenera… Nie chciał Hajty. Bo… pożycza pieniądze i chodzi do kasyna. Kurde, setki tysięcy ludzi pożycza i gra, jest nawet pomysł by kluby same hazard organizowały, tak jak w Anglii zakładać można się na trybunie (to teraz nawet ciekawe granie na wybuch, co zawsze radzę, bo pewniak to tylko Chelsea, coś jak w Niemczech Bayern – i koniec, reszta fuksy). No więc trener to sprawa kluczowa według kumpla, bo piłkarze są, tylko źle ustawieni.

Ja mu na to wersję inną podpowiadam. Słyszałem od menedżera, że tam nikt nikomu nie płaci, ani za transfery, ani za podpisy, ani za granie, to mamy pewnie strajk. Czyli klasyka – nie ma sianka, nie ma granka. I winowajca jeden – Mandziara.

Poznałem tego chłopca jak był młodziutki w Bundeslidze i robił doskonałe wrażenie – poza boiskiem. Do biznesu idealny – jak załatwić ubezpieczenie, nowszą kamerę czy darmowe auto, graniem się nie męczył. Mówił po polsku zabawnie (polskie piłkarze słabo biegają, jakoś tak, a przy obiedzie – wpierdalaj, no wpierdalaj!). I naprawdę ten gość ma dobrze, jak trafia na właściciela z kasą, którą może dysponować dowolnie. Tak było w Wiśle Kraków. Mówi się, że wpędził ją w długi, a mało kto pamięta ile było mistrzostw, cudnych goli, zwycięstw w pucharach z Niemcami, Włochami i Hiszpanami. Co to jest 100 milionów złotych długu? To 25 milionów euro, kwota w futbolu śmieszna, za tyle nie kupi się w Europie przyzwoitego napastnika, a i tak nie wiadomo czy nie złamie nogi. Ryzyko. No więc w Gdańsku Adam robi to samo co w Krakowie, tylko… nie ma gotówki najwyraźniej, albo była i się skończyła. Nic to nowego, w każdym klubie i firmie obserwujemy dokładnie to samo. Jak to zmienić? Ano drukować więcej pieniędzy, zwłaszcza że są robione z drewna z odrobiną metalu. Amerykanie drukują miesięcznie miliardy (ich bank centralny), a niedawno wpadli na pomysł nawet, by wybić monetę o wartości biliona (nie, to nie pomyłka w tłumaczeniu angielskiego miliarda), i ten jeden pieniążek wielkości talerza byłby z platyny i od razu zdeponowany w Forcie Knox (żeby go nikt nie zajebał, mówiąc wprost, a zresztą nikt nie mógłby w Wall-Marcie nawet wydać z tego reszty). Drukuje europejski bank centralny by dać na transfery Włochom, Hiszpanom czy Grekom (tym, którzy najbardziej udają zabiedzonych i zagrożonych bezbożnym komunizmem). My natomiast – drukujemy za mało, choć mamy własną złotówkę. To jest główny problem, czyli brak pomysłów na ekonomię. Na pieniądz, a jak wiadomo tylko on robi pieniądz.

Dobra, wracam do Lechii – zerkam w tabelę i nie jest jeszcze najgorzej, cały czas szanse na puchary są, tylko trzeba zacząć od jakiegoś fachowca od zapierdalania. Kogoś takiego jak mój ulubiony (literacko) Oskar Paprikas: „Jak piłkarz schodząc z treningu ma jeszcze siłę smarkać, to cały trening można uznać za zmarnowany”.

No nic, jak ktoś nad morzem w listopadzie chodzi goły, a nie jest przypadkowo morsem, to może tylko zmarznąć.

* * *

Jest jakaś afera z fałszywą delegacją posłów na 20 tysięcy. Ależ mi afera, w budżecie giną miliardy (hazard choćby, spóźnione publikowanie ustaw etc.). No i skojarzenie – całe życie byłem dziennikarzem sportowym, znałem całe środowisko i wszystkie nasze delegacje można by zakwestionować, no po to się przecież wyjeżdżało. Jak mawiał Szwejk: „Na dworcach kradło się, kradnie i będzie kradło!” – mówił to porucznikowi Lukaszowi gdy im buchnęli walizki, ale pocieszał w swoim stylu, że jak tylko zdobędą jakieś miasto to się straty wyrówna! No więc jak jakiś dziennikarz powie, że nigdy nie walnął firmy na kilometrach czy dietach, to ordynarnie skłamie. Ja na szczęście od lat w delegacje nie jeżdżę i mam spokój, a reszta rzeźbi, bank. A dla pani Jadzi z księgowości flaszka, kwiatki, czasem zabawa, i świat się kręci. Ze swoich dawnych delegacji, tych fajnych, pamiętam jedną finansowo nieudaną. Do Albanii z kadrą. Dostałem tysiąc tamtejszych wariatów zwanych lekami. Kraj nędza, ale wszystko tanie jak barszcz. Flaszka koniaku – 1 lek. Chleb – 1 lek. Słoik dżemu figowego – 1 lek (tam pewnie wszyscy liczyli tylko na palcach wtedy, do 1 właśnie). No, nie można było wydać na nic, żarcie, spanie i transport jak zwykle z kadrą, to kwiat dziennikarstwa załamany. Co tu kupić??? Nic nie ma!!! Niektórzy wpadli na pomysł nabycia całej serii znaczków pocztowych, w świecie nieznanych, z wizją zysków. Inni, zrozpaczeni, w ostatniej chwili wpadli na pomysł by jechać na targ – wprawdzie w ogóle nie obejrzeli meczu, na który zostali wysłani (byłem jedyny), ale na lotnisko przyjechali ze… skrzynkami pełnymi albańskich mandarynek! I w samolocie składali siedzenia, by ten strategiczny towar na handel pomieścić. Czasy były takie dziwne za komuny, że kolega, Złote Pióro wówczas, zgubił na schodach… sztuczną rękę, a potem i paszport – na Okęciu chcieli go odesłać do Albanii z powrotem, gdyż jeszcze po tygodniowej wycieczce nie odzyskał mowy. No więc i ja wróciłem, z tysiącem leków, ale z myślą, że gdzieś je sobie wymienię na coś, za co można kupić cokolwiek. Ale nigdzie tego papieru nie chcieli. To tak woziłem ze sobą, aż raz mi ukradli tę kasę z walizki na Okęciu.

I tak myślę, że ktoś buja się z tymi lekami do dzisiaj.

Współczesne redakcje poradziły sobie z kradzieżami diet inaczej. Mianowicie dziennikarzy nigdzie nie wysyłają każąc im pracować na internet i telefon. To jest to przesławne dziennikarstwo kontrolowane – control c, control v.

* * *

Ale teraz do Gruzji chyba kogoś wyślą. Oczywiście i tam wystawiali lewe rachunki, zbiorowo jak zwykle, a zarobione pieniądze wydawaliśmy na wino i wódkę o nazwie Stalin, to ich krajan, idealną na prezent z daleka. No i niestety, w połowie drogi powrotnej samolot zaczął pękać, trzeszczeć, latać góra dół, więc w tej długiej podróży wszystko niemal żeśmy spożyli. To był duży Tupolew rządowy, sądzę iż ten sam który spadł pięć lat temu pod Smoleńskiem.

Życie. Aha, i przegraliśmy, na co zanosi się i teraz, bo Polska rzadko kiedy gra dobrze kilka spotkań z kolei. Choć Milik chyba wchodzi na pułap Lewego naprawdę. To co robi zaczyna mnie zadziwiać, a mnie mało co dziwi.

* * *

Ale z goli oczywiście spodobała mi się samobójcza bramka Kramera w meczu dwóch Borussii – rzadkiej urody, z połówki przelobował własnego bramkarza decydującym, bo jedynym golem. Nam wmawia się, że Niemcy mają szkolenie na najwyższym poziomie, i nawet uczą tam naszych trenerów. To nikt nie mówi graczom, że nigdy nie wolno podawać do własnego bramkarza w światło bramki?

Podawać wolno, ale w bok, sporo miejsca, a tu zawsze jednak znajdzie się gamoń. Pamiętacie Żewłaka w Belfaście z Borucem?

Kramer zachował się jak nasz polski Kramer, ten z Va Banku – ucho od śledzia!

No a jednak wpadło za ucho! Ale za to kocham piłkę. A jak ktoś ukradnie a ładnie, to jak z nieba spadnie. I tak właśnie te 3 punkty trafiły wprost do Kloppa.

KOMENTARZE (0)