Polonia Warszawa? Aż przykro się na to wszystko patrzy…
Weszło

Polonia Warszawa? Aż przykro się na to wszystko patrzy…

Najczęściej jest tak, że gdy jakiś klub, z różnych – najczęściej wielu – przyczyn zostaje zmuszony, aby zacząć na nowo, biorą się za to ludzie z pasją. Szuka się kogoś, kto wokół swojego autorytetu potrafi skupić grono chętne do pomocy. Lidera z prawdziwego zdarzenia. Wszyscy, zżyci ze sobą, trzymający się razem. Pchają gruchota z ciekawą historią w jednym kierunku, aż będzie z górki i nie będzie mu trzeba przeszkadzać.

Niestety, odbudowa klubu według powyższego scenariusza w żaden sposób nie dotyczy Polonii Warszawa. Pokreślmy: w żaden sposób, absolutnie. Mają z gruchotem lekko pod górkę, jednak zamiast sobie pomóc, podstawiają nogę. Urocze.

Czarne Koszule, po tym, jak wytarł nimi podłogę pseudobiznesmen Król, miały skupić wokół siebie całe polonijne środowisko. Wykorzystać ludzi zasłużonych, niemal od początku zbudować miejsce fajne i – przede wszystkim – klimatyczne. To wprost nieprawdopodobne, że walka o wpływy i forsowane koncepcje zdołały podzielić i tak niewielką liczebnie grupę. Wzajemne wojenki podjazdowe, kłótnie, konflikty. Czternaście lat temu Polonia była mistrzem Polski i patrzyła z góry na Pogoń czy Lechię, a teraz nie potrafi wygrać z ich trzecioligowymi odpowiednikami – z Grodziska oraz Tomaszowa Mazowieckiego. O, albo gdy rozwścieczony piłkarz dąży do bójki z irytującymi go kibicami. Ale to tylko skutek, którego nie można pomylić z przyczyną.

Bo większym wstydem od obecnych wyników jest to, że ludzie z jednego – zdawałoby się – środowiska, walą do własnego gniazda. I śmierdzi, zresztą coraz bardziej.

822 i 806 – tylu kibiców przyszło na Konwiktorską w dwóch poprzednich meczach. Wczoraj co prawda frekwencja wyniosła 2300, ale tylko dlatego, że przeciwnikiem były rezerwy Legii. Wiadomo, w sam raz, żeby przyjść i pokrzyczeć. W sumie tylko tyle sympatykom Czarnych Koszul pozostało, dlatego trudno dziwić się ich frustracji. Tutaj jednak istotne zastrzeżenie: sama frustracja nie powinna być równoznaczna ze zwykłym chamstwem.

Otóż prezes Leśnodorski wraz ze świtą postanowił obejrzeć mecz rezerw Legii, podobnie jak kilku(nastu) dziennikarzy. Niestety, proces przyznawania wejściówek VIP, a także jednorazowych akredytacji dla mediów dalece wykraczał poza jakiekolwiek ogólnie przyjęte normy. Przedstawiciele mistrzów Polski nie dość, że aby dostać się na stadion, musieli wyjąć z kieszeni po stówce (cena biletu na lożę honorową), to wkrótce po przekroczeniu bram zostali zmuszeni do odwrotu. W towarzystwie kanonady przekleństw, nieszczególnie wysublimowanych wyzwisk oraz… śliny. Ochrona zapobiegła ewentualnej wymianie ciosów, lecz już na plujących kibiców trzecioligowca rozwiązania nie znalazła. Mówiąc wprost: nie była w stanie zagwarantować bezpieczeństwa władzom Legii, z kolei organizator najwyraźniej zapomniał o wyznaczeniu dodatkowego wejścia VIP. Mało tego, wkrótce z trybun wyproszono dyrektora sportowego legionistów Jacka Mazurka, szefa akademii plus –na dokładkę – byłego gracza obu rywalizujących klubów, czyli Tomasza Kiełbowicza. Jaja. A media? Jeśli się nie znało pana Kazia albo pan Kazio miał kaprys, człowiek odbijał się jak od ściany.

Mogła Polonia pokazać się z fajnej strony, pokazać, że dzieje się u nich coś ciekawego – miała ku temu szansę – ale koniec końców wyszło, że organizacyjnie jest kilka poziomów niżej niż piłkarsko. To przykre, naprawdę. To przykre głównie dla tych, którym na dobru klubu zależy bezwarunkowo, po prostu. I oni rzeczywiście cierpią, bo kilku niezbyt rezolutnych panów uprawia swoją politykę.

Jak to możliwe, że na loży honorowej bryluje niezwiązany z Czarnymi Koszulami Zdzisław Kręcina i on nie napotyka żadnych przeszkód, natomiast władze rywala nie mogą bezpiecznie obejrzeć meczu własnej drużyny? Kto i dlaczego – abstrahując od „veta” fanów – przydziela im miejsca bezpośrednio w sąsiedztwie młyna gospodarzy? Serio?

Kilka tygodni temu akurat trafiliśmy na moment, w którym 14-latkowie Polonii grali mecz. Zawzięci, skonsolidowani, piekielnie wręcz ambitni. Na zdjęciach noszą koszulki z napisem „Polonia to my”. Aż chciałoby się dopowiedzieć podpis: „Oni jeszcze nie wiedzą”… Wszystko stoi na głowie. Godnie reprezentujący klub juniorzy muszą kopać się na krzywym klepisku, z którego nie byłby zadowolony nawet pies Pluto, ponieważ zarząd, wbrew obietnicom, nie umie dogadać się co do stawki za wynajem głównej płyty przy Konwiktorskiej z WOSiR-em.

Szkoda, że właśnie w tych negocjacjach zabrakło równie kreatywnych rozwiązań i zaangażowania, aby dopiąć celu…

Fot. FotoPyK 

KOMENTARZE (0)