Nie można czekać, aż dzieci przyjdą do klubu. Trzeba o nie walczyć
Weszło Extra

Nie można czekać, aż dzieci przyjdą do klubu. Trzeba o nie walczyć

Spotkaliśmy się z Józefem Gładyszem, jednym z najbardziej cenionych trenerów młodzieży w Polsce, znanym przede wszystkim na Pomorzu. Wyszła z tego interesująca rozmowa o szkoleniu dzieci. Zapraszamy.

Rocznik 1978, który prowadził pan w juniorach w Gdańsku, jest pewnym ewenementem. Do profesjonalnej piłki przebiło się aż pięciu graczy – Dawidowski, Bieniuk, Król, Zieńczuk i Banaczek.

Każdy klub cieszy się, gdy w roczniku wybije się jeden-dwóch zawodników, więc można powiedzieć, że spełniliśmy się jako trenerzy. Prowadząc juniorów, nigdy nie można jednak w pełni przewidzieć, kto zostanie piłkarzem. Teraz w Lechii zajmuję się naborem malutkich krasnoludków z roczników 2008-2009 i już na tym poziomie – jeśli masz doświadczenie – da się zauważyć, kto ma talent. Gdybym miał jednak napisać o jednym kryterium, które decyduje, kto się wybije, podałbym charakter. Następnie opuściłbym kilka stron i może dopiero wtedy wspomniał o talencie.

Talent w ogóle istnieje?

Istnieje.

Nie liczy się po prostu milion godzin spędzonych na boisku?

Nawet u dzieci, które jeszcze nic nie umieją, można zauważyć pewne predyspozycje, które ich wyróżniają i które nazywam talentem. Podkreślam jednak, że talent to dodatek. Co z tego, że Grzesiu Król, mój wychowanek, był kiedyś jednym z największych talentów w Polsce?

Kto był największym talentem, którego pan prowadził, a kto miał najlepszy charakter?

Największym zdecydowanie był Król, ale z wiadomych przyczyn zmarnował te możliwości. 80 procent talentu, 20 procent pracy. Po 50 procent charakteru i umiejętności miał Tomek Dawidowski, strasznie zawzięty facet, który nie rozwinął się tak, jak mógł, z powodu kontuzji. Wielkim pracusiem, w dodatku dobrze wychowanym, był też Marek Zieńczuk. Prowadziłem tych chłopaków do 16. roku życia i wydawało mi się, że nie popełniłem błędu – w końcu aż trzech zagrało w pierwszej reprezentacji. Może ktoś mnie skontruje, ale sam jestem ciekaw, czy dałoby się w którymś klubie znaleźć taki rocznik. Przejście do piłki seniorskiej okazało się jednak zbyt trudne dla Króla. Grywał w reprezentacji olimpijskiej u Janasa, ale nie udźwignął tego dobrobytu. Nie poradził sobie z pieniędzmi.

Ta sytuacja była dla pana jakąkolwiek nauczką? 

Pracując z młodymi piłkarzami, czasem nawet zastępowałem im ojca. Zawsze zwracałem uwagę na rozmowy indywidualne. Zdarzało się nawet, że rezygnowaliśmy z treningu, bo ważniejsze były dla nas takie zajęcia mentalne i uświadamianie piłkarzy, że w życiu najważniejsza jest szkoła i rodzina, a piłka to trzecie miejsce. Zawsze tłumaczyłem im w ten sposób: „przerobiłem 800 dzieci, wynotowałem wszystkich w dziennikach i jedynie pięciu wyrosło na zawodowców. Podzielmy 800 przez pięć. Was trener ma tu trzydziestu i żeby ktokolwiek przebił się do ekstraklasy, takich grup potrzebnych jest pięć”. Dzisiaj dla dzieciaków liczy się hip-hop, ale przywołuję też przykłady Riedla czy Dżemu. Opowiadam o ludziach, którzy nie udźwignęli sukcesu, ale też o tych zawodników walczę. Ile razy słyszałem od dyrektor szkoły, że nie chce mieć nic wspólnego z piłkarzami, bo to głąby, które nic nie potrafią… – Proszę dać im szansę. Może będzie pani miała z któregoś pociechę – apelowałem. Uwierzcie mi, że nadzorowałem ich losy tak bardzo, jak się dało. Kazałem nawet zawodnikom przynosić dwie karteczki z ocenami – jedną dla rodziców, drugą dla mnie i dopiero po latach Grzesiu mi powiedział, że w drodze na trening brali długopis i z jedynek robiły się czwórki. Albo że – jak robiłem obchód na obozach – to pod łóżkiem chował piwo. Prowadziłem też rocznik 1991, który osiągał masę sukcesów w piłce juniorskiej, do seniorów się nie przebił, za to zrobił historyczny wynik w szkole. Cała klasa miała w klasie maturalnej średnią 4,6. To dla mnie bardzo ważne. Chciałem wychować porządnych ludzi, a w dalszej kolejności dobrych piłkarzy.

Kto tam grał?

Nie są to chłopcy z topu. Adam Duda został wypożyczony do Widzewa, Maciek Kostrzewa do Wisły Płock, bardzo uzdolniony Damian Tofil dziś występuje w Elanie Toruń, Dawid Żmijewski utknął w III lidze, a Tomek Preisner – największy talent z grupy – nie gra dziś nigdzie. Piłkarsko nie zrobili kariery, ale jako ludzie odnieśli sukces. Każdemu nauczycielowi życzyłbym takiej średniej w klasie maturalnej. Bracia Grzesiu i Tomek Kila poszli np. na politechnikę i zostali inżynierami. To osobny temat, dlaczego nie rozwinęli się w futbolu. Jeśli jednak jesteś zdolny i masz 16 lat, to powinieneś zostać włączony pod opiekę kadry pierwszego zespołu.

Nie ma ryzyka, że starsi sprowadzą młodszych na złą drogę?

Zdarza się, ale jeśli po kimś widać, że się nadaje, to powinien dostać szansę w seniorach. Rocznik 1991 jej nie otrzymał, a 1978 miał to szczęście. Pamiętam, jak ówczesny trener Lechii-Olimpii, Hubert Kostka poprosił mnie o rozmowę. Byliśmy świeżo po mistrzostwie Polski juniorów i zaproponował sparing w środę na Gedanii. Seniorzy kontra juniorzy. Nie mieliśmy szans, wrzucili nam piątkę, ale po meczu Kostka powiedział, że chce się ze mną spotkać w klubie jutro o 11. Poszedłem, pijemy kawkę, aż Kostka niedbale wyciąga z kieszeni karteczkę i mówi: – Józiu, podobał mi się ten zespół. Dawidowski, Król, Zieńczuk, Bieniuk, Banaczek i Marek Piątek. Od jutra o nich zapominasz. Podlegają pod kadrę pierwszego zespołu.

I dla mnie to był sukces! Kostka mógł liczyć na 20 dorosłych koni, ale postanowił sprawdzić najzdolniejszych wychowanków. Kto wie, czy eksplodowaliby, gdyby nie dostali tej szansy? To złożony proces. Oprócz charakteru ważne jest postawienie na zawodnika w odpowiednim momencie. Rocznik 1991 tego nie dostał, bo Tomasz Kafarski wolał podnosić poziom drużyny poprzez zaciąg zewnętrzny. Nie chciał opierać się na wychowankach. Wolał sprowadzać piłkarzy wątpliwej jakości, jak Benson, Tadić czy Sazankow. Zawodnicy drugiej kategorii, ale pasujący do ówczesnej filozofii sztabu. Nie mówię, że cały zespół zasługiwał na szansę, ale kilku warto było wtedy sprawdzić. Rocznik 1995 miał już wielkie szczęście, bo drużynę prowadził Bobo Kaczmarek i nie było już mody na obcokrajowców. Dawidowicz jest dziś w Benfice, Frankowski w Białymstoku i zobaczymy, jak potoczą się ich kariery, ale szansę dostali.

Paradoksalnie im klub biedniejszy, tym lepiej dla młodzieży.

Wtedy nie masz wyjścia – musisz opierać się na wychowankach. Ale nawet jeśli klub bazuje na piłkarzach z zewnątrz, to i tak dobrze byłoby rozszerzyć kadrę o najzdolniejszych juniorów i wprowadzać ich do treningu niezależnie od tego, czy się coś z nich urodzi za rok, czy dwa. Zawsze to lepsze niż granie w trzecioligowych rezerwach. Utkniesz tam na trzy-cztery lata i zostajesz kopaczem. Bez postępów. Co innego wypożyczenia do pierwszej, ewentualnie drugiej ligi. Tam się jeszcze gra w piłkę.

Powiedział pan na początku wywiadu, że dla piłkarza najważniejsza jest rodzina…

… szkoła i dom.

Tymczasem wybitni sportowcy często wywodzą się z rodzin patologicznych.

Nie można uogólniać, ale z mojego doświadczenia wynika, że piłkarze, którzy mają poukładane sprawy rodzinne, zachodzą dalej. Sam nie spotkałem się z zawodnikami, którzy trafili do piłki ze skrajnej patologii. Apeluję też do rodziców, by przykładali wagę do nauki i wychowania dziecka na dobrego, wykształconego człowieka, a nie stricte piłkarza.

Istnieją dwie sprzeczne teorie, jeśli chodzi o wychowywanie młodzieży. Maradona twierdzi, że prawdziwy piłkarz rodzi się w błocie, bo od dzieciństwa jest zmuszony do zasuwania w trudnych warunkach. Z drugiej strony obserwujemy wysyp ultra profesjonalnych akademii, gdzie dzieciom podaje się wszystko na tacy. Co jest bardziej właściwe – twarda szkoła życia czy tworzenie optymalnych warunków?

Na to też nie ma odpowiedzi. Piłkarze opowiadają w swoich biografiach, jak to wyrośli na łąkach, gdzie grali w piłkę z psami, co pomogło im świetnie panować nad piłką. My też nie mieliśmy dobrych boisk. Trenowaliśmy na piachu, błocie lub zalanych murawach, gdzie szukaliśmy suchych skrawków, by przeprowadzić ćwiczenie. Nie zrażało nas, że jest krzywo i mokro. Pokonywaliśmy to, ale i tak zawsze – jeżdżąc na turnieje młodzieżowe – zazdrościłem Niemcom czy Holendrom tych ich „stołów ping-pongowych”. I zawsze zastanawiałem się, jak wyglądałaby nasza gra, gdybyśmy mieli do dyspozycji takie warunki. Na pewno byłaby szybsza. Skupilibyśmy się na dynamice gry. Na klepce, wymianie podań, a nie na samym przyjmowaniu. Człowiek koncentrował się, jak się nie machnąć na kępie trawy przyjmując piłkę, a nie na podaniach. Tego nam brakowało. Kiepski stan boisk skazywał nas na wolniejszą grę. Jasne, pomagało to w kształtowaniu techniki indywidualnej, ale z obcokrajowcami nie mogliśmy konkurować. Kiedy Grzesiu Król został dostrzeżony przez Ajax i pojechał tam trenować przez miesiąc, to pokazał tam podobny poziom, jak rówieśnicy, ale oni grali o 30 procent szybciej. I wrócił do Gdańska. Coś za coś.

To jak znaleźć złoty środek między tą szkołą życia a twardymi warunkami?

Największą rolę mają do odegrania trenerzy grup dziecięcych. Praca nie zaczyna się pięć minut przed zajęciami i nie kończy tuż po treningu. Liczą się rozmowy. Ludzie muszą być mądrzy, by grać w piłkę. Jeśli głowa nie nadąża, będzie katastrofa. Na kursach trenerskich często poruszany jest temat Cantony, którego zawsze hołubiono jako jeden z największych talentów we Francji. Wszyscy trenerzy grup młodzieżowych klepali go po plecach. Ciągle był na topie. Nie znał słów krytyki. Nie tolerował jej. Aż nastąpił taki moment, gdy Manchesterowi nie szło, Cantona wyrzucał aut, usłyszał zjebkę od kibica i go skopał. Wystarczyło jedno hasło do złotego chłopca i taka afera. Pół roku zawieszenia. Problem tkwił jednak nie w samym Cantonie, ale w jego trenerach z przeszłości. Dlaczego nikt nie nauczył go przegrywać? Dlaczego wszyscy go klepali? Kolejna sprawa – skąd się biorą samobójstwa? Z presji i ciśnienia. Jak często słyszymy, że maturzysta skacze z dachu? A co by się stało, gdyby przyniósł do domu trójkę zamiast piątki? Albo jedynkę? Przecież ma szansę, żeby poprawić. Wywiera się ciśnienie, że „musisz być piątkowy i iść na politechnikę”, a potem młodzież sobie nie radzi. Nie uczy się, jak dawać sobie radę z presją, tylko się ją narzuca. „Zakaz komputera, do nauki gnoju!”. Nie pracuje się nad głową.

Widać to dziś po Małeckim.

Na przykład. Dla wszystkich liczą się nogi, ale jeśli jesteś w szkole, to liczy się ręka, którą piszesz czy głowa, która myśli? Trenerzy nie mają jednak czasu na rozmowy. Ledwo wiążą koniec z końcem. Lecą z jednej pracy do drugiej. Tu złapią 400 złotych, tam 600, więc jak się mają identyfikować z tymi chłopcami? Tak mamy budować piłkę? Rozmawiamy o Nawałce, Skorży, a temat dzieci pomijamy. Dlaczego?

Istnieje u nas system szkolenia?

PZPN próbuje opracować jakieś materiały, ale system szkolenia powinien polegać na ujednoliceniu. Wszyscy powinni robić to, co narzuca związek. W każdej kategorii wiekowej – 5-7, 7-9, 9-11 i tak dalej. Wtedy można sprawdzać i się przekonać, jak pracują szkoleniowcy np. w Arce lub Polonii. A trenerzy Globisz i Zamilski mogliby przygotować konkretne podręczniki, z których korzystałoby całe środowisko.

Taki podręcznik istnieje, ale problem jest z egzekwowaniem, bo każdy ma swój pomysł.

Dlatego pozostawiam tę sprawę bez odpowiedzi.

Kłopot tkwi też w społeczeństwie. Dzieci mniej garną się do sportu. Unikają WF-u.

Wygląda to bardzo słabo. Sam – pracując z juniorami Lechii – przywiązywałem ogromną wagę do gimnastyki. Już na poziomie dzieci współpracowaliśmy z AWF-em, gdzie raz-dwa razy w tygodniu mieliśmy do dyspozycji salę gimnastyczną i magistra wychowania fizycznego, który pokazywał chłopcom podstawy gimnastyki i motoryki. Chodzi o tak proste sprawy, jak np. właściwy bieg. Przychodzą do nas ze szkół dzieci kompletnie nieprzygotowane dzieci. Brakuje takiego wszechstronnego kształtowania, by piłkarz w wieku 16 lat był gotowy. Zieńczuk i Dawidowski nie mieli problemu z saltem do przodu czy do tyłu.

Patrząc na dzisiejszych 10-12-latków potrafi pan odpowiedzieć, gdzie będzie polska piłka za 10 lat?

Idzie ku dobremu. Wybudowano dużo orlików, akademie powstają, jak grzyby po deszczu, PZPN próbuje, kluby się starają… Za kilka lat powinniśmy zebrać efekty. Już pokolenie Żyry, Możdżenia czy Borysiuka podniesie poziom polskiej piłki. Sportu masowego brakuje jednak bardzo. W latach 70. każdą wolną chwilę spędzaliśmy na podwórkach. Uczyliśmy się techniki w sposób naturalny, a potem… Im później, tym gorzej. Dziś dzieci wolą pograć na PlayStation, ale to nie tylko nasz problem. Naprawdę – widząc orliki, akademie i działanie dzisiejszego PZPN-u – jestem optymistą. Trenerzy Globisz, Zamilski i Dorna pokazali, że można. Młodzież jest, ale trzeba ją odpowiednio ukierunkować.

Sam przyglądałem się reprezentacji juniorów z rocznika 90 i widziałem tam bardzo pozytywne jednostki. Krychowiak, Klich czy Kosecki. Rok później pojawili się kolejni, jak Kucharczyk. W 91 mieliśmy zresztą trzech rozgrywających. Borysiuk, Hołota, Salamon. Wymarzone serce zespołu. Hołota rozwija się prawidłowo, Salamona stać na dużo więcej niż Serie B, a Borysiuk… On pod względem wyszkolenia dorównywał Holendrom, Niemcom i Portugalczykom. Spodziewałem się, że zakwitnie, ale coś poszło nie tak. Teraz się powoli odbudowuje i potencjał ma wciąż olbrzymi. Naprawdę dobry piłkarz, który jeszcze eksploduje. Kto jeszcze? Na prawej pomocy w naszej reprezentacji bardzo dobrze grał Możdżeń. Wielki potencjał miał też Szczepaniak, dziś Miedź Legnica. Dalej Wszołek, Żyro, Mroziński, Kurto, Skorupski… Przewinęło się trochę tych chłopaków.

A Lechia dobrze dziś szkoli młodzież?

Wszystko idzie w dobrym kierunku. Moją i Zdzisia Puszkarza rolą jest wyselekcjonowanie tych dzieciaczków, którzy mają potencjał. Zjadłem zęby na piłce, ale to naprawdę trudne. Nie można dziecku powiedzieć, że się nie nadaje. Nikogo nie odtrącamy. Przyjmujemy wszystkich, dla elity jest akademia piłkarska, a pozostałe dzieci kierujemy do szkółek Lechista. Tam grają sobie na zasadzie masowości, a ja jeżdżę, oglądam i może się okaże, że ktoś wróci? Nawet u tak małych dzieci widać jednak pewne oznaki, czy mają charakter do piłki. Np. czy wracają po strzeleniu gola, czy stoją. Pracowałem na wszystkich poziomach polskiej piłki i stwierdzam, że najtrudniejsza praca nie jest w ekstraklasie, ale właśnie z dziećmi i grupami naborowymi. I takie obowiązki powierzyłbym byłym zawodnikom danych klubów – jak Tomek Dawidowski – bo kto lepiej zna ich specyfikę?

Ilu dzieciaków rocznie zgłasza się do grupy selekcyjnej?

Do roczników 2008-2009 zgłosiło się 30 dzieci z ogłoszeń na stronie Lechii.

Bardzo mało.

Tak, kiedyś było zdecydowanie więcej. Trzeba szukać po szkołach, placykach, podwórkach… Trzeba jeździć. Kluczem jest dobry kontakt ze szkołami i nauczycielami WF-u. Nie można czekać, aż dzieci same przyjdą do klubu. Trzeba zakasać rękawy i o nie walczyć.

Dziękujemy za wywiad.

Jeśli pozwolicie, na koniec sam chciałbym poruszyć pewien temat. Michała Globisza. Bo bardzo mi przykro, że taki człowiek – wychowanek Lechii, który osiągał sukcesy z grupami młodzieżowymi, wychował wiele pokoleń i przez 15 lat poprowadził różne reprezentacje w 300 meczach – nie został odpowiednio wykorzystany. Za czasów Laty został pożegnany przez PZPN i wyobrażałem sobie, że ówczesny zarząd Lechii zgłosi się do niego i zaproponuje pracę na stanowisku, które ma na celu podnoszenie poziomu szkolenia w klubie. Przecież to biało-zielony człowiek. Zasłużony. Ma nawet gwiazdę na stadionie. Historia Lechii! Bardziej skorzystała Arka, która go zatrudniła i o to ja, Józef Gładysz, mam do Lechii olbrzymi żal. O, przysłał mi zresztą SMS-a. „Jestem po trzech zabiegach, efektów spodziewam się po sześciu miesiącach”. Przeprowadzili mu implementację komórek macierzystych. Ale wracając – Michał nie musi pisać na komputerze. Od tego są młodzi ludzie. Niech rozmawia z trenerami i piłkarzami. Niech wskazuje kierunek rozwoju. Dlatego apeluję i pytam – dlaczego tacy ludzie, jak Globisz i Zamilski nie piastują ważnych stanowisk w polskiej piłce? Są wykorzystywani? Nie. Dlaczego? To pytanie pozostawiam otwarte.

Rozmawiali KRZYSZTOF STANOWSKI i TOMASZ ĆWIĄKAŁA

 



KOMENTARZE (0)