Adam Musiał, legenda Wisły. W wywiadzie do śmiechu i do łez. Ale głównie do śmiechu…
Weszło Extra

Adam Musiał, legenda Wisły. W wywiadzie do śmiechu i do łez. Ale głównie do śmiechu…

Reprezentant Polski, medalista mistrzostw świata z 1974 roku. Legenda Wisły Kraków. Związany z klubem od lat sześćdziesiątych minionego wieku. Skarbnica wiedzy, jak było w polskiej piłce kiedyś i jak wygląda ona teraz. Adam Musiał pracuje w Wiśle po dziś dzień. – Tu się urodziłem i tu prawdopodobnie kiedyś umrę – mówi. Nie wiecie, dlaczego w dawnych czasach jego przeciwnicy, widząc go, uciekali kilkadziesiąt metrów dalej? Czemu Kazimierz Górski nigdy nie płacił za przejazdy pociągami? Gdzie Adam Nawałka pracował przy wycince drzew? Albo po co do szatni Wisły trzeba było przynieść gromnicę i świadectwo od komunii? Ewentualnie czemu przy derbach Krakowa pracowali „flaszkowi”? Przeczytajcie, a wszystkiego się dowiedziecie.

Tego i jeszcze wiele więcej.

Panie Adamie, jak to kiedyś o Musiale „śpiewała Polska cała…”?

– To tak brzydko zaczynamy?

Od konkretów.

– Takie wtedy były czasy. Jakby ktoś coś na trybunach krzyknął złego na Musiała, to by od razu dostał w ryja od pierwszego lepszego siedzącego obok i by się zaraz uspokoił. Tak się wtedy sprawy załatwiało, polubownie. I żadnej policji ani ochrony nikt nie potrzebował.

(śmiech) Polubownie…

– „Śpiewa dzisiaj Polska cała, nie ma chuja na Musiała” – tak to było. Starsi do dzisiaj pamiętają.

I co, nie ma?

– Wie pan, to zależy. Dziś to ja już mam problem, żeby samodzielnie wyjść na drugie piętro. Dobrze, że poręcze w bloku. Skurcze w nocy łapią. Z domu najdalej do samochodu… Jak mnie żona raz do supermarketu wyciągnęła, to przez trzy dni nie mogłem nogą ruszyć. Grzechy młodości, lata wysiłku w całkiem innych warunkach niż te, które mamy teraz. Zdrowia nie oszukasz. Ale z drugiej strony, jak ja to zawsze mówię – tu się urodziłem i tu, na Wiśle, prawdopodobnie kiedyś umrę. Prezes Cupiał nieraz to podkreśla, że jestem ikoną tego klubu i dopóki on będzie jego właścicielem, to ja będę miał u niego pracę. Jak tylko się pojawił to mi wymyślił taką rolę, żeby obiektami się zajmować i tak do dziś – z małymi przerwami – całe życie w jednym klubie. Trzech nas zostało tylko z takim stażem. Musiał, prezes Miętta – Mikołajewicz i najstarszy – szewc, pan Nowakowski. Buty naprawiał jeszcze jak ja byłem zawodnikiem i do dziś pracuje. 82 lata, zdrowie takie, że okularów nie używa nawet do czytania.

Pan tu kiedyś wycieczkę za wycieczką oprowadzał. Stadion tętnił życiem.

– Znałem każdy kąt, więc to było w moich obowiązkach. Ale teraz miasto zabroniło, w tygodniu nie ma wstępu wcale. Aż mi się serce kraje, jak pomyślę. Przecież stadion jest dla ludzi, czy nie po to się buduje? Jest się czym pochwalić, czemu tego nie pokazywać? To wszystko powinno być otwarte, powinno żyć. Kiedy myśmy się nim opiekowali, to non stop ktoś przyjeżdżał, z różnych części Polski. Ludzie chcieli zdjęcie zrobić, przyjść, zobaczyć. Ale dzisiaj to my już nie mamy tu nic do gadania. Nowi ludzie, ochrona, nowi pracownicy. Stadion tylko na mecze wynajęty, a tak to wszystko w Myślenicach.

Bieda.

– Bieda to była w moich czasach, jak brakowało na dosłownie wszystko. Nawet sznurówki do majtek nie było za co kupić. Ale to była inna piłka i nie ma co jej z dzisiejszą porównywać. Może dlatego tak mnie ona teraz denerwuje, choć nie dziwię się, że ludziom ciągle się podoba.

VIP-ów od lat pan wita przed meczami.

– To leży w moich obowiązkach. Przywitam, zawiozę na lożę, do sky-boxa. Ale potem fajrant i do domu.

Jak do domu?

– Powiem panu, że od dawna ani jednego meczu Wisły nie widziałem. Wierzę w zabobony i że jak mnie nie ma to Wiśle lepiej idzie. Jak spełnię swoje obowiązki, wsiadam w samochód i jadę do domu. Nawet w telewizji nie oglądam, tylko na koniec wynik sprawdzę na Telegazecie. Ani trochę mnie to już wszystko dzisiaj nie interesuje. Biała gwiazda w sercu, ale ja już w tym środowisku tyle lat spędziłem, że jak patrzę na tę piłkę, to mnie krew zalewa. Szkoda zdrowia. Wolę piwko wypić na dobranoc.

Skąd to wszystko?

– Ja zostałem w innych czasach. Wszystko to co widzę teraz, to mnie tylko denerwuje. Ta mentalność, nie tylko u piłkarzy, ale u kibiców, zachowanie na trybunach. Dla mojego pokolenia to wszystko jest nie do zaakceptowania – żeby ktoś racę rzucił w kierunku boiska albo jakieś awantury robił. Kto to widział? To ma być sport, a nie bandytyzm. Do piłkarzy też mam trochę żalu. Nie zazdroszczę tego, że zarabiają, ale żeby dali dla tego klubu coś od siebie, dla kibica… Nie widzę po nich tego, żeby oni kiedyś mieli być tak szanowani jak ci w moich czasach. Młodzi mnie nie znają i wcale się nie dziwię. Ale u starszych, którzy pamiętają, jest uznanie i tego nie kupi się za żaden pieniądz.

Ale sklepikarze upustów już nie dają.

– Dzisiaj to już nie, ale kiedyś… Proszę pana! Trener Górski całe życie przejeździł pociągami i nie było jednej sytuacji, żeby musiał płacić. Opowiem panu taką historyjkę. Jesteśmy akurat w Chicago. Wchodzimy do polskiego sklepu, kupić trochę rzeczy – wszystko to, czego u nas wtedy brakowało. Każdy z nas obliczył ile może wydać – mniej więcej sto dolarów. No to pakuję cały towar, jestem już przy kasie, idzie do płacenia, a gość mówi: „pan, panie Adamie – 50 procent zniżki”.

To ile dla Górskiego?

– No właśnie, idziemy po kolei – Zdzisek Kapka, Marek Kusto, wszyscy płacą po połowie. Marek w końcu mówi: „chłopaki, poczekajmy jak Kaziowi przyjdzie do płacenia”. Trener Górski też wyciąga portfel, towaru cały koszyk, a sklepikarz na to: „ooo, dla pana, panie Kaziu, od firmy wszystko gratis”. Wie pan co skurczybyk zrobił? Jeszcze się wrócił po skarpety. Frotowe, dla syna, bo zapomniał.

(śmiech)

– Dobra, a panowie co teraz mają w planie? – pyta dalej ten sklepikarz.
– Kaziu mówi: Jak zrobiliśmy tak wspaniałe zakupy, to teraz idziemy na setkę i śledzika!
– Panie Kazimierzu, tak mi przykro, na banię poszedłbym z wami chętnie, ale żona akurat do banku pojechała. Musze pilnować interesu. Ale wie pan co?

Facet wyciąga nagle 300 dolarów i mówi: „wypijcie moje zdrowie”.

Impreza była… Coś pięknego. Siadamy, zamawiamy: jeden galaretkę, drugi śledzia, trzeci strogonowa, każdy po bani – jednej, drugiej. My oldboje, więc nawet i z trenerem można było siąść do stołu. Na koniec okazało się, że tam też nie zapłaciliśmy. Właściciel jak tylko nas zobaczył to aż się przeżegnał. Były mąż Violetty Villas, nawet salę audio-wizualną dla niej zrobił, dwieście miejsc siedzących. Pojedliśmy, popiliśmy, cały bufet dla nas, a Górskiemu dolary i tak w kieszeni zostały. Czasy były takie, że wystarczyło, że jedna osoba cię poznała, to od razu wszyscy dookoła stawali na baczność. Górskiego nawet celniczki na lotniskach zaczepiały i prosiły o podpisy.

Pana to uwiera, że ta dzisiejsza piłka straciła dawną swojskość?

– Teraz wszystkim rządzą menedżerowie, naganiają przydupasów. Chłop umie zrobić dziesięć kopek i już żądają dla niego kontraktów na długie lata. Mam nadzieję, że kluby będą się z tego powoli wycofywać, bo to widać przecież, że ci przywiezieni w teczkach rzadko do czegoś się nadają. Takiego zawodnika gówno obchodzi że to Wisła, że to Biała Gwiazda, że historia. On jest po to, żeby sprawdzać konto. Ale ja się na ten temat wiele nie odzywam, bo u nas w klubie jest zasada: „czym mniej wiesz, tym dla ciebie lepiej”. Każdy się zajmuje swoją działką i innymi lepiej się nie interesować.

Ludzie czasem mnie pytają „dlaczego pan nie został przy trenerce?”, choć kiedyś to i trenerem roku byłem. A ja panu powiem, że przy moim charakterze, ja bym w dzisiejszej piłce już pracować nie mógł. Teraz trzeba być pedagogiem, a ja za wielu ludzi musiałbym podusić z nerwów.

Synowie za to ciągle w sporcie.

– Bo o nas ten sport zawsze się przewijał. Maciek jest trenerem rezerw Wisły. Tomek – sędzią. W domu zawsze panowała wiślacka atmosfera. Tomek, jako dzieciak, jak jeszcze u nas mieszkał, to miał pokój pomalowany w barwach klubu. Trener Smuda, kiedy po raz pierwszy tu pracował i zobaczył syna, jak sędziuje sparing – a nie wiem czy miał 18 lat już ukończone – od razu mi powiedział: „Adam, jak ci mówię, że to będzie międzynarodowy sędzia”. Do dziś jak Tomka widzi, to mu przypomina. Franek mu wywróżył.

Tomek nieraz opowiadał, że się przez pana jako sędzia nerwów najadł…

– A co ja przeżyłem na tych wszystkich wioskach! Jadę pierwszy raz… Syn zaczynał jako młody sędzia, jeszcze prawa jazdy nie miał, więc zawiozłem. Siadłem na trybunie z boku. Ale w przerwie myślę – pójdę do samochodu, zapalę papierosa. Siedzę, palę, nagle ktoś mi puka w szybę. Patrzę, ale nie znam gościa. „Panie Adamie, niech pan otworzy bagażnik” – krzyczą do mnie.

– Ale po co?
– Podziękować chcemy. To nie przez to, że pana syn sędziuje…
– Panowie, dajcie spokój. Czyście zwariowali, na cholerę?
– Za siedemdziesiąty czwarty rok…

Wyciągają wór ziemniaków, wór cebuli. Na cholerę mi ich tyle? Zabierajcie to – im mówię, bo ja jak z żoną kilo ziemniaków zjem przez tydzień to nie więcej. Zniszczy się, to nie ma sensu. Skończyło się na tym, że i tak musiałem przyjąć symbolicznie, po pół worka i później między synów rozdzielałem.

Szybko się pan z tych wyjazdów wyleczył?

– Parę numerów jeszcze było. Kiedyś patrzę – Tomek już drużyny wyprowadza, a tu jakiś pijaczyna, ledwie trzyma się na nogach, huśta się, o płot opiera. Drużyny ustawione, Tomek stoi, a ten się drze: „ee, Musiał, twój ojciec to był gość, a ty jesteś zwykły chuj!”. Takie to były początki. Później dałem spokój, bo nie lubię jak komuś przeszkadzam. Synowie prosili, mówili, że nie ma sensu się stresować. Jakbym się pokazywał, to by mi może zarzucali, że ciągnę ich za uszy, a tak to się wypromowali sami.

Kiedyś, na boisku, to pan stawiał na swoim. Potem zaczął odpuszczać? Tak jak z tą trenerką.

– Powiem panu szczerze: materiał ludzki bardzo się przez te wszystkie lata zmienił. Dzisiaj nikt by już tych obciążeń z moich czasów nie wytrzymał. Kto to teraz widział obozy fizyczno – kondycyjne? Góry, gonienie do upadłego, po 15 kilometrów, śnieg po jaja. Jeszcze wynaleźli jakieś pasy z obciążeniem. Każdy zawodnik miał powkładane specjalne obciążniki i z tym się zapierdzielało. Gdybyśmy to zastosowali nowemu pokoleniu, to powiedzmy sobie szczerze: oni by się posrali. Krzywdę by się chłopakom zrobiło. W moich czasach wszystko się robiło na nos, bez sport-testerów i analityków.

Pan miał zawsze końskie zdrowie.

– Tylko nie do biegania. Predyspozycje wytrzymałościowe miałem, chyba już wrodzone, ale monotonnego biegu nie cierpiałem. 15 kilometrów w górach to była dla mnie kara i katorga.

Wielu próbowało oszukiwać.

– Oczywiście, myśmy do tego byli pierwsi! Brało się papierosy, zapałki do kieszeni… Jesteśmy w Zakopanem, mamy biec na Gubałówkę. No to wszyscy biegiem, a my zaraz nawrót i po bilety na kolejkę. Wyjeżdżaliśmy wyciągiem na samą górę, tam po piwku, papierosek. Zeszło tak z 40 minut aż przyleciał Kazek Kmiecik, który był akurat zawsze pierwszy, bo miał zdrowie. Ale nikt się nie mógł pokapować. Z powrotem też się wyciągiem wracało, tylko trzeba było wodę mineralną kupić i się trochę skropić, żeby wyglądało, że się człowiek spocił. Tak się wtedy sprawy załatwiało.

Ale na boisku odpuszczania już nie było?

– We mnie w czasie meczu wszystko buzowało. Takie miałem nerwy, że kolegę z drużyny potrafiłem w dupę kopnąć i powiedzieć trenerowi: „panie trenerze, niech go pan wreszcie zdejmie, ja będę zapieprzał za siebie i za niego, bo nie mogę patrzeć jak się opierdziela”.

I co, ściągał?

– Pewnie, że ściągał. Musiał.

„Na boisku pierwsze dwa wejścia tylko po to, żeby rywal poczuł, przeciw komu gra”. Prawda?

– Oczywiście, to było najważniejsze. Jak poczuł to od razu uciekał na przeciwną stronę. Tylko Antek Szymanowski zawsze był wkurwiony, że mu dwóch po jego stronie biega. Zawsze mu mówiłem: „Ułóż se robotę i będziesz miał spokój”. Dwa pierwsze wejścia były po to, żeby przeciwnik poczuł w kościach. Początek meczu, więc się od razu przepraszał i sędzia nie reagował. Chociaż kiedyś w Turcji zdarzyła mi się taka sytuacja, że przy drugim wejściu czułem, że należy się czerwona. Widzę – sędzia biegnie do mnie, myślę – zaraz będzie po mnie. No to łapię tego Turka rękami za głowę i całuję go po czole. Tak się zdziwił, tak zgłupiał, że aż z kartki zrezygnował.

Dzisiaj to by pan nie zdążył wyjść z tunelu, a już by do niego wracał.

– Dlatego tamtych czasów do dzisiejszych nie ma sensu porównać. Wtedy piłka była przede wszystkim kontaktowa. Łokcie szły w ruch, własny bramkarz nam guzy na głowie nabijał nawet na treningu. W polu pięciu metrów kolano szło powyżej klatki – dziś to by od razu była żółta kartka. Albo wślizg… Wślizg był zawsze moją mocną stroną, bo byłem bardzo sprawny. Czasem jak mi zawodnik uciekł to i tak go z tyłu dopadałem z nogą. Koledzy żartowali, że Adam z dupy szybciej się podnosi jak z nóg.

Zrobił pan kiedyś komuś krzywdę?

– O nie!

To jak się te wślizgi od tyłu robiło bezboleśnie?

– Tak się robiło, żeby zawodnik poczuł, ale bez chamstwa i złośliwości, żadnych złamań.

Ale w pysk pan kiedyś przeciwnika strzelił.

– W Molenbeeku, w meczu pucharowym. Ale to w obronie kolegi było… Nie dość, że Staszka Goneta, mojego najserdeczniejszego kumpla, ostro sfaulowali, to jeszcze jeden z zawodników nadepnął mi na buta. Nie wytrzymałem i w końcu go lunąłem. Strzeliłem go w pysk z ręki. Patrzę – sędzia schyla się do Goneta, nic nie widział. Ale się odwracam – boczny trzyma chorągiewkę w górze. No to pięknie. Nawet nie czekałem, tylko od razu mówię – do widzenia. I poszedłem do szatni.

Gonet to był pana pierwszorzędny kompan, prawda?

– On nawet dzięki mnie do Wisły trafił. Graliśmy z Rosją w Nowym Sączu. Działacze z Wisły przyjechali mnie oglądać. Po meczu kierownik drużyny mówi, że czekają na mnie czarną Wołgą przed stadionem, zabiorą z powrotem do Krakowa. Na to Gonet krzyczy: „ty, Gąska, jedziecie do Krakowa, weźcie mnie do Tarnowa”. Szybko załatwiliśmy, nie ma sprawy, proszę siadać. I tak się rozmowa rozwinęła, że działacze, którzy przyjechali do Nowego Sącza po mnie, namówili do gry w Wiśle jeszcze Staszka.

Gonet to była dusza towarzystwa.

– O Jezu, jakbym chciał opowiedzieć chociaż część tego, co Staszek nawydziwiał, to byśmy się dzisiaj nie rozeszli. Pierwsze co robiłem, jak wchodziliśmy w hotelu do pokoju, to sprawdzałem przy którym łóżku jest telefon. Od razu było jasne, że to jest łóżko Staszka. Wyprawiał zawsze z tym telefonem cuda. Pamiętam kiedyś w Katowicach – nocujemy tam przed jakimś meczem i nagle przyjeżdżają hokeiści Podhala Nowy Targ. Stasiu podchodzi do recepcji, bierze karteczkę i spisuje numery ich pokojów. Po kolacji zbiera się u nas cały zespół, na kilku metrach dwadzieścia parę osób.

A Stasiu w swoim żywiole:

– Dzień dobry, pan taki i taki?
– Tak
– Recepcja z tej strony, proszę zjechać na dół, ma pan rozmowę międzymiastową.
– To niechże pan przełączy na pokój!
– Ale nie mogę, złącza są zniszczone. Proszę zjechać na dół, kabina numer dwa.

Facet zjeżdża, idzie do recepcji, a oni mu mówią: „panie, jaka kabina numer dwa?” Takiej nawet nie ma. No to chłop wraca do pokoju, a tu już kolejny idzie w takiej samej sprawie. Tak się wymieniali.

Koledzy z drużyny mieli lżej?

– Niekoniecznie. Cześkowi Studnickowi Gonet tak związał kalesony po treningu, że nie było możliwości rozwiązania. Musiał obciąć i zrobić rybaczki. Nie mówiąc o tym, ile cegłówek się nawpieprzało kolegom do toreb. Kawał świata z nimi niektórzy objechali…

A z młodymi jak się żyło?

– Młodzi czuli respekt. Ustawieni byli i wiedzieli, co do nich należy. Sprzętem się na przykład zajmowali. Na stołówkę młody nie mógł wejść zanim miejsca nie zajęli starzy. Usiąść też mógł wtedy jak usiedli starzy. Jednemu chłopaczkowi Staszek Gonet wmówił, że jak chce grać w Wiśle to następnego ma przynieść do klubu gromnicę i świadectwo od komunii. Innego, bramkarza, tak przećwiczył pięciokilowymi piłkami lekarskimi w błocie, że chłopak po treningu wyglądał jak murzyn.

A co z trenerami?

– Trenerzy… Zwykle byli z nami. Z nudów. Nie było gier, kanałów telewizyjnych, słuchawek na uszach. To cośmy wyprawiali w Jugosławii na obozach… Gonet nie znał żadnego języka, ale ze sprzątaczkami umiał się dogadać zawsze. W pokoju , który sąsiadował z naszym, podnosił zasłony, żeby między zasłoną a parapetem powstawał lufcik na dziesięć centymetrów – tak że widać było cały pokój. Później ludzie wchodzili do pokoju, zasłony opuszczali, ale nie wiedzieli, że one nie zasuwają się do końca. A tam za oknem, na wspólnym balkonie – cała drużyna i trener razem z nimi! Jak w telewizji na żywo.

Było coś, na co trenerzy nigdy nie pozwalali?

– Zawsze dało się dogadać albo zakombinować. Były na przykład zakazy opuszczania pokojów hotelowych po 22. czy 23. Trener nieraz siedział na krzesełku przy recepcji i do czwartej rano czatował czy ktoś nie ucieka. Ale jaki to był problem? Wystarczyło zagadać do sprzątaczki albo pielęgniarki, wyjść przez wyjście ewakuacyjne i trener mógł tam siedzieć aż do rana. My już byliśmy na mieście.

Rozrywkowo mieliście.

– Innych rozrywek nie było to takie rzeczy się ciągle wymyślało. Ogólnie, krajem byliśmy zacofanym. Oprócz talentu, nie mieliśmy niczego. Prosty przykład – na Zachodzie mieli już różne środki, wspomagające regenerację, a u nas ciągle witamina C. Tylko to się dostawało na talerzyku do posiłku. Dziś gabinet do odnowy w Myślenicach tak wygląda, że nie wiedziałbym co do czego służy.

To był świat paradoksów. Panu na koniec kariery bardziej się opłacało wyjechać do angielskiej trzeciej ligi niż grać u nas, w czołowych klubach w Polsce.

– W Anglii prawo mieli takie, że przez pół roku, na początek, piłkarz był zwolniony od podatku. Wszystko co się z kontraktu należało, w całości wpływało na konto. Przez następne pół roku zabierali już 50%, a na koniec prawie 70. Dobrze się tam żyło, bo Hereford to było polskie miasto. Malutkie, jak Wieliczka. Polskie sklepy, kościół, rzeźnik, nawet pielęgniarki w szpitalu, gdzie żona akurat urodziła Tomka. Ale w końcu doszliśmy do wniosku, że się trzeba zwijać, bo to już się nie opłaca.

W Wiśle pan już przeżył wszystko. Wisłę biedną, potem tę bogatą, no i tę dzisiejszą.

– I chwała prezesowi Cupiałowi. Pamiętam jak sam byłem tu trenerem, w tych najgorszych czasach. Wtedy brakowało dosłownie na wszystko. Jak powstała sauna to atrakcja była na całą okolicę. Ale zawodnicy chociaż charakter pokazali, a nie pod prysznic i do kasy. Musieli, póki Cupiał nie spadł z nieba.

Za dwa dni mamy derby Cracovii z Wisłą. One też kiedyś były całkiem inne.

– Na boisku walka do upadłego, ale po meczu zawsze zgoda. Na obiady wspólnie się chodziło – jak graliśmy na Wiśle to myśmy zapraszam. Jak na Cracovii to zapraszali oni. O meczu mówiło się na początku, a potem to już hece, jaja i gorzałka. Wesoło było i nikt się na nikogo nie obrażał. I tak samo było na trybunach. Każdy dopingował swoich, ale bez takiego chamstwa, żeby ktoś butelką rzucił czy jakąś awanturę zrobił. Po meczu w zgodzie wracało się do swoich dzielnic. Na drewnianym płocie jedyne napisy to była „Wisła Pany” albo „Cracovia Pany”. Żadnych takich haseł, że „panie Boże broń…”, jak dzisiaj na osiedlach. Zdarzało się, oczywiście, że dwóch kogutów dorwało się do siebie. Ale wtedy wszystko się odbywało honorowo. Reszta robiła kółeczko, nikt się im nie wtrącał – dawali sobie po mordzie, jak już mieli dość to podawali sobie ręce i na tym sprawa się kończyła.

Najgorsza obelga pod adresem sędziego?

– Nic gorszego niż „sędzia kalosz” raczej się nie pojawiało.

Kibice to sobie prędzej kieliszki pożyczali niż się awanturowali.

– No oczywiście, jeden drugiemu przekazywał. Byli nawet specjalni „flaszkowi”, którzy mieli swoje sektory, czekali na koniec meczu i zbierali puste flaszki. Nasz kierownik któregoś dnia nawet wpadł na pomysł, żeby wynająć firmę, która będzie tym zbieraniem się zajmować. Wszystkie butelki szły do jednego kosza, później się je sprzedawało, a pieniądze ze sprzedaży szły na nasze premie. Nikogo nie trzeba było kontrolować, każdy mógł wnieść co mu się podobało, a dziś to wszystko trzeba zabezpieczać.

Statystyki mówią, że przez calutką karierę strzelił pan jednego gola.

– Bo wtedy obrońca był od tego, żeby bronić. Raz zeszła mi i z połowy wpadła w samo okno.

Zeszła?

– Tak jak Jasiu Domarski mówi, że jemu na Wembley zeszła, tak mi też niezbyt czysto wtedy siadła.

Na Wembley, swoją drogą, w 1973 to pan też się zapisał na trwałe.

– Akcją, której dziś należałoby się wstydzić. Faul był taki na granicy, ale sędzia gwizdnął i nie było gadania. Po meczu powiedział mi zresztą na kolacji: „panie Musiał, gdyby stan był 0:0, to ja bym tego karnego nie odgwizdał”. Na boisku miałem ochotę go udusić, ale koledzy wiedzieli kim ja jestem i jaki mam temperament, więc od razu do mnie podlecieli i uspokoili. I chwała im za to, bo człowiek w tej euforii różnie się wtedy zachowywał. Dopiero pod prysznicem zmywał z siebie wszystkie grzechy.

Pan był skromnym chłopakiem z Wieliczki.

– Byłem, ale właśnie dzięki piłce mogłem wiele pomóc. Mama pracowała tylko jako pomoc kuchenna, w rodzinie się nie przelewało, ale ja to zawsze mogłem coś przywieźć z zagranicy, jakiś sweter czy bluzeczkę. Pół Wieliczki wtedy zazdrościło, że Adam coś takiego kupił. Ale to było moim obowiązkiem.

Klub był milicyjny, co wielu dziś wypomina.

– Takie czasy. Wszyscy gdzieś byli na etatach. Jedni w spółdzielniach rzemieślniczych, inni w wojsku – tak wtedy sport w Polsce funkcjonował. Ja mam niby 14 lat na etacie milicyjnym, a do dzisiaj nie znam się nawet na odznaczeniach – kto jest kapralem, kto majorem. Tylko pensję dostawałem. Godną, dobrze miałem. Chociaż czasy były takie, że kupkę pieniędzy dało się uzbierać, ale później z tej kupki się już tylko brało, to nie były sumy, żeby się dało żyć z procentu czy żeby z tym robić jakieś cuda.

Zajmował się pan w swoim życiu czymś innym niż piłką?

– Przez chwilę była taka koniunktura, że się pracowało w Stanach. Klub był polonijny, wyjechaliśmy tam w kilka osób i pracowaliśmy przy wycince drzew za bardzo dobrą stawkę. Adaś Nawałka jako brygadzista miał 17 dolarów na godzinę – a robota żadna. Jeden na górze gałązki obcinał, drugi zbierał i wrzucał do maszyny, a maszyna mieliła. Do tego trzy treningi tygodniowo, póki zdrowie było. Bo potem już nie chciałem się wygłupiać. W końcu wróciło się do kraju. Teraz na stare lata została satysfakcja, że człowiek pracuje tu, gdzie się wychował – w Wiśle. I tak raczej zostanie już do końca.

Nie myślał pan o emeryturze?

– Myślałem, tylko po co? Żeby w domu siedzieć i z kobitą się kłócić? Teraz tylko w dwójkę już zostaliśmy. Tomek akurat na szkoleniu w Nyonie, cieszy go to, choć ja mu tej roboty nie zazdroszczę. Po meczu jeszcze go cztery godziny magluje obserwator, później przed kolegium. Ale dobrze, że dzieci sobie radzą. A mi wystarcza na opłaty, codziennie kontakt z ludźmi, do Myślenic z kolegą Kapką się pojedzie, obiektów podogląda. Żadnemu, któremu lepiej się powodzi, nie zazdroszczę.

Rozmawiał PAWEŁ MUZYKA

KOMENTARZE (0)