Spowiedź Dawidowskiego. Lepiej być niezłym przez jakiś czas niż przeciętnym przez całe życie…
Weszło Extra

Spowiedź Dawidowskiego. Lepiej być niezłym przez jakiś czas niż przeciętnym przez całe życie…

Wyszedł nam ciekawy wywiad. A co, pochwalimy się. O życiu piłkarza. O kontuzjach, o walce z bólem, szpitalach i operacjach. O hazardzie. O trenerach. Warto przeczytać. Zachęcamy.

Zniknąłeś z pierwszego szeregu środowiska piłkarskiego.

Rzadziej pojawiam się w mediach, ale z piłki nie zniknąłem. Pracuję w firmie BMG Sport, szkolę chłopaków w AS Pomorze i żyję spokojniej. Kiedyś bywałem w prasie wręcz za często. Dziś nie jest mi to potrzebne.

Gdybyśmy stworzyli ranking piłkarzy najbardziej negatywnie doświadczonych przez futbol, to pewnie znalazłbyś się w europejskiej czołówce.

Co składa się na sukces? Umiejętności, zdrowie, głowa i ciężka praca. Umiejętności – nieskromnie mówiąc – zawsze miałem wysokie, ale już w wieku 18 lat, po debiucie w ekstraklasie, złapałem pierwszą kontuzję. Potem spędziłem sześć udanych lat w Amice. Gole w ekstraklasie, reprezentacja olimpijska, kadra narodowa, europejskie puchary, a wszystko zakończone feralnym – z dzisiejszej perspektywy – transferem do Wisły. Tam na jednym z pierwszych treningów doznałem urazu, z którego praktycznie nigdy się nie podniosłem. Był 2004 rok, miałem 26 lat i w zasadzie skończyłem karierę. Z pięciu lat trzy spędziłem w gabinetach lekarskich lub na stołach operacyjnych. W sumie przez całą karierę przeszedłem cztery operacje krzyżowych, dwanaście operacji kolan, złamanie stopy, operację serca, wszczepianie tytanowych siatek w pachwinach – te kilkanaście zabiegów musiało się na mnie odbić.

Po piętnastu operacjach wiele osób nie mogłoby wyjść z domu bez chodzika.

Przypominają mi się słowa Marka Zieńczuka, który dopiero w Grecji doznał pierwszego poważnego urazu. – Dawid, nie wyobrażam sobie, że wróciłbym do grania, gdybym zerwał te krzyżowe drugi raz – powiedział mi w trakcie rehabilitacji w Gdańsku. Uwierzcie – to ciężka, mozolna praca, a po pięciu-siedmiu miesiącach – w zależności od tego, jak reaguje organizm – musisz jeszcze dojść do formy. Wszystko trwa dobry rok. „Zieniek” twierdzi, że nie miałby chyba charakteru, a ja po czterech zerwaniach jeszcze przez trzy lata grałem w ekstraklasie. Dzięki mocnemu charakterowi podnosiłem się po każdej operacji. Tylko forma nie była już ta…

Każdy zabieg zabierał ci pięć czy dziesięć procent?

Na pewno. W Amice nigdy nie strzelałem seryjnie – 38 goli w ekstraklasie nie powala – ale z dziesięć bramek padło po ograniu dwóch-trzech chłopaków, a do tego z trzy loby z szesnastki… Do dziś pamiętam gola z Legii. Irek Kościelniak zagrywa z rożnego, biorę piłkę, ogrywam Czereszewskiego, Mosóra, sadzam kogoś na dupie i strzelam Grzesiowi Szamotulskiemu w okno. Niezapomniane chwile. Po latach wszyscy mi powtarzają, że nie wykorzystałem umiejętności. Powód? Kontuzje i – nie czarujmy się – głowa. Młody chłopak dostał duże pieniądze, zbłądził, zabrakło opieki…

Sam też jej nie szukałeś. Raczej nie przyjąłbyś pomocy mentora.

Ciekaw jestem, jak to wszystko by się potoczyło, gdyby ktoś poświęcał mi tyle czasu, ile ja poświęcam moim zawodnikom. Charakter miałem trudny – przyznaję. Czasem to przeszkadzało – szczególnie podczas rozmów z trenerami – ale na koniec zawsze grałem. Decydowały umiejętności. Grałem wszystko nawet u Stefana Majewskiego, którego – o czym sami wiecie najlepiej – środowisko ocenia różnie. Potem dopiero zdrowie podupadło, ale nie jest tak źle. Wiele wniosków, które wyciągnąłem w trakcie kariery, przydaje mi się dziś w menedżerce.

Stanisław Szozda zapytany, co zapamiętał z kariery, odpowiedział, że przednie koło roweru. Ty pewnie wskazałbyś sufit w szpitalu. Liczyłeś kiedyś, ile czasu tam spędziłeś?

Wbrew pozorom nie tak dużo, bo zwykle to był zabieg, jeden dzień i wyjazd do domu.

Gorzej z rehabilitacją?

Kibice myśleli, że to wszystko jest takie proste – łapię kontuzję, kasuję pensję i siedzę w domu. Niestety, to nieprawda. Przez pierwsze trzy lata rehabilitowałem się od poniedziałku do piątku, od 8 do 20 z przerwami na posiłki. Dlatego jak dzisiaj widzę chłopaków, którzy porehabilitują się dwie godziny i narzekają, to… Kiedyś naprawdę było inaczej. Przy kontuzji czeka cię dwa razy więcej pracy, niż wtedy, gdy jesteś zdrowy. Mnie te salki rehabilitacyjne śniły się po nocach. Zdarzały się chwile zwątpienia, ale zawsze wracałem. Najlepiej świadczy o tym fakt, że nie skończyłem kariery z powodu kontuzji. Mogłem jeszcze iść do pierwszej ligi, ale – może dziwnie to zabrzmi – nie interesowała mnie jakaś gra na siłę za pięć tysięcy. Nie wyobrażam też sobie, że w wieku 36 lat miałbym grać w IV-ligowym Gryfie Wejherowo. Zawsze uważałem – nie wiem, czy się zgodzicie – że dobry zawodnik ma trzy-cztery kluby, a nie – w wieku 24 lat – szuka trzynastego pracodawcy.

Ibrahimović by się nie zgodził.

Może „Ibra” nie, ale on gdziekolwiek trafiał, wszędzie był na topie. Ronaldo? Trzy drużyny. Messi? Jeżeli prezentujesz jakość, to grasz dwa-trzy lata w jednym zespole potem ewentualnie szukasz wyzwań wyżej. Kontuzje napsuły mi sporo krwi, ale pod koniec okres w Wiśle chłopaki się śmiali, że jeśli któryś ma problem z kolanem, to najpierw trzeba odwiedzić mnie, potem lekarza. Jedyny pozytyw.

Kibice tak mają – chyba nie zaprzeczysz – że piłkarz permanentnie kontuzjowany zaczyna ich – za przeproszeniem – wkurwiać. Przy pierwszym urazie łatwo mu współczuć, przy czwartym-piątym już nie. Spotykałeś się z takim podejściem bardzo często i ciekawi nas, czy cię to irytuje.

Nie, nie irytuje. Doskonale to rozumiem. Moja sytuacja z Wisły jest tego najjaśniejszym przykładem. Po miesiącu w Krakowie podchodzi do mnie w sklepie kibic i mówi:

– Panie Tomku, tak fajnie grał pan w piłkę, a tutaj dramatyczny transfer!

– Ale pod jakim względem dramatyczny? Przecież pan mnie jeszcze nie widział na boisku.

Wystarczył mu miesiąc, by mnie ocenić, ale ja to rozumiałem! Wisła wykłada pół miliona euro, gość nie gra od pierwszego meczu ligowego i leczy się czternaście miesięcy. Pojawia się irytacja. Weźmy takiego Dawida Nowaka – chłopak ewidentnie ciągle ma pecha, ale akurat ja zawsze mu współczuję. Mnie on nie irytuje, ale kibic ma do tego pełne prawo. Dlaczego ma być zadowolony, że Wisła zainwestowała we mnie wielkie pieniądze, a kolejne musiała włożyć w rehabilitację?

Kontrakt płacił ci ZUS? 

Wisła to jedyny klub, który płacił składki od całości umowy. Po złapaniu kontuzji szedłem na L4 i przynajmniej przez pierwsze pół roku kontrakt wypłacał ZUS. Tak, jak w normalnym zakładzie pracy. W większości klubów – nie oszukujmy się – jesteś zatrudniany jako ochroniarz, pracownik firmy, a w Amice – że tak powiem – w teorii skręcało się kuchenki. Zarabiałeś bardzo godne pieniądze z kontraktu, a byłeś zatrudniony za tysiąc złotych, by klub pominął duże koszta. Wisła pod tym względem była bardzo poukładana. Nie chcę jednak mówić, że dopiero teraz zrozumiałem podejście kibiców, bo już wtedy często próbowałem postawić się w ich pozycji.

Chyba nie tak często…

Bądźmy szczerzy – często się też mega wkurwiałem. Chciałem dawać z siebie maksa, a spotykały mnie takie sytuacje, jak ta w sklepie. Nie chcę robić z siebie świętego – zaraz pewnie pojawi się wątek kasyn – ale naprawdę rzadko zarywałem noce. Może cztery-pięć razy w roku. Starałem się wracać do wysokiej formy, ale po 2004 roku już się nie udało. Byłem też mega wkurwiony, gdy wracałem po kontuzji, a kibice własnego klubu, Wisły, na mnie gwizdali. Po pierwszym urazie wszyscy jeszcze liczyli, że dojdę do siebie, ale po kolejnych zaczynała się mała jazda.

Może to kwestia błędów w komunikacji. Gdyby Wisła powiedziała wprost, że płaci ci ZUS, mógłbyś zostać inaczej odebrany.

Nie wiem. Błędy popełniono na pewno przy sposobie rehabilitacji. Złapałem kontuzję już po trzech dniach, bo zaniedbałem rehabilitację. Byłem po zabiegu łękotki, powinienem dłużej się przygotowywać, ale szykowaliśmy się na eliminacje Ligi Mistrzów i ostatecznie przeciążyłem kolano. Wisła wysyłała wtedy piłkarzy do Volkera Fassa, który notabene zostawił Gargule igłę w kolanie. Gdy po pierwszym urazie chciałem przejść operację u Schenka w Austrii lub u doktora Piontka w Poznaniu, klub się nie zgodził. Pojechałem do Fassa i podczas pierwszej wizyty usłyszałem: trenuj. No to trenowałem przez miesiąc-dwa, kolano puchło i dopiero po trzech miesiącach mnie operowali. Dziś w Wiśle rehabilitantem jest Filip Pięta, profesjonalista, a ja – sorry – trafiłem na idiotę, którego nie chcę nawet wymieniać z nazwiska.

Ile procent sukcesu to operacja, a ile rehabilitacja?

Operacja – 25, rehabilitacja – 75. Nie można pójść pod nóż i później tylko leżeć na kanapie. Wisła pod kątem medycznym była źle prowadzona, dlatego urazy się powtarzały. Prosty przykład – rok 2009, wracam na boisko po ośmiu tygodniach ciężkiej rehabilitacji z Robertem Dominiakiem. Gramy w pucharze z Wisłą. Pierwszy mecz – 0:0, Marcelo i „Głowa” wypadają za kartki złapane na mnie. W rewanżu 3:1 dla nas. Po meczu „Broziu” mi mówi, że Kasperczak przez całą odprawę tłumaczył, jak mnie kryć, a sam trener pyta:

– Tomek, jak to się stało, że ty teraz tak wyglądasz? Gdzie popełniliśmy błąd w Krakowie?

– Trenerze… Żebyśmy chociaż wtedy mieli dwóch fajnych rehabilitantów.

Dominiak potrafił mnie doprowadzić na dobry ekstraklasowy poziom w osiem tygodni w średniej sportowo Lechii, a w Wiśle nikt tego nie zrobił przez pięć lat. Sam też paliłem się do powrotu. Głowa się gotowała, kibice czekali, ale dziś wiem, że trzeba było się rehabilitować siedem miesięcy, a nie pięć. Wnioski wyciągnąłem później. Kontrakt z Wisłą zakończył mi się w czerwcu, zostałem tam do września, po czym wróciłem do Gdańska, gdzie usłyszałem od Dominiaka: „spokojnie, najpierw spędzisz dwa miesiące ze mną. Musisz zrobić siłę”. W Krakowie mi tego brakowało. Brakowało mi głosu fachowca, który doradziłby, żebym się wzmocnił. Nie mam pretensji do wszystkich w Wiśle, tylko do tego jednego rehabilitanta. On wie, że podczas pierwszych zabiegów praktycznie zepsuł mi kolano. Po roku działacze poszli zresztą po rozum do głowy i go zwolnili.

DRUGI MECZ 1/2 FINALU POLFINAL PUCHAR POLSKI SEZON 2010/11: LEGIA WARSZAWA - LECHIA GDANSK 4:0 --- SECOND 1/2 FINAL SEMIFINAL OF POLISH CUP FOOTBALL MATCH: LEGIA WARSAW - LECHIA GDANSK 4:0

Wszystkie twoje problemy zaczęły się jednak od operacji serca, tak?

Nie, to inna sprawa. Po pierwszej rundzie w Amice wróciliśmy zimą do treningów i pojawiły się niejasności w badaniach. Jakieś dodatkowe przebicia przy biciu serca. Tętno skakało mi ze 140 do 250. Całe szczęście, że trener Majewski był – jak to mówimy – „doktorem” i nie pozwolił mi trenować. Pojechałem jeszcze na obóz do Hiszpanii, ale po dwóch dniach nic się nie zmieniało, więc wróciłem do Wronek. Wiedziałem, że czeka mnie kolejny zabieg, tzw. ablacja. Miałem arytmię serca. Temat załatwiliśmy jednak bardzo szybko. Po czterech dniach trafiłem na salę operacyjną, a po dwóch miesiącach wróciłem do treningów.

Po zabiegu poszedłeś na pizzę?

Przyjechałem do słynnej kliniki w Aninie w niedzielę o 22, wszedłem na oddział i kilka osób mnie rozpoznało. Zaczęli pytać, kiedy wykryto tę arytmię. Mówię: – Dwa tygodnie temu.

– Dwa tygodnie? Ja czekam już siedem lat na operację! – wielkie zdziwienie.

Od innej osoby usłyszałem, że powtarza zabieg po raz czwarty i wciąż nie wychodzi. Trochę się wystraszyłem. Poprosiłem też pielęgniarkę o łóżko na korytarzu, bo mój sąsiad z pokoju mdlał i trzeba było go co chwilę – że tak powiem – reanimować. W poniedziałek rano przeszedłem operację, dzień później mogłem już wstać, zapytałem, czy mogę się coś zjeść na mieście. Nie dostałem zgody, więc powiedziałem, że idę na krótki spacer, a pojechałem na pizzę. Dzień później miałem zabieg sprawdzający, dowiedziałem się, że wszystko jest OK i tylko żal mi było tych ludzi, którym zabieg się nie udawał. Jestem też wdzięczny trenerowi Majewskiemu, bo nigdy nie wiadomo, co by było, gdyby mnie nie odesłał z Hiszpanii.

Nie przeraziła cię jednak ta sytuacja.

Gdy wracałem samolotem z Hiszpanii do Poznania, byłem lekko przerażony. Mówię: „kurde, co jest? Mam 21 lat, fajnie gram w piłkę, jestem w reprezentacji olimpijskiej, strzeliłem parę goli w pierwszej rundzie, a teraz wali mi się świat?”. Szybko zaczynałem jednak myśleć pozytywnie. Profesor Walczak powiedział mi wprost: „panie Tomku, tak, jak pan wychodzi na trening, tak ja operuję ablację”. W szpitalu okazało się, że nie do końca, bo siedmiu pacjentów powtarzało zabieg, jeden aż pięć razy, bo raz się zrzygał, raz zasłabł, a raz nie wypaliło coś innego. Fakt, że była to ciężka operacja, bo nie mogłem być do końca znieczulony, leżałem na plecach i…

Byłeś świadomy podczas operacji serca?!

Tak. Serce musiało pracować, leżałem jak Jezus, a znieczulili mi tylko tętnice szyjne i pachwinowe. Wprowadzali mi przez nie druciki, szukali miejsca, gdzie przebija się ten skurcz i pod wpływem 80-100 stopni zabliźniali. Pojawił się tylko mały problem… Doktor Walczak obiecał, że wszystko będzie super, a po 3,5 godziny szukania tego skurczu podchodzi i mówi: – Panie Tomku, nie wiem, czy nie byłoby lepiej, gdyby zoperowali pana w Dortmundzie.

– O co chodzi doktorze? – ja świadomy, plecy mnie bolą, łzy lecą, pielęgniarka podkłada poduszki. – Halo, o co chodzi?

– Nie możemy znaleźć tego miejsca.

– To weź się, kurwa, człowieku do roboty, bo za chwilę mam być, kurwa, zrobiony.

Serio, tak mu powiedziałem w nerwach. Błagałem pielęgniarkę o znieczulenie. Dali mi 20-minutowe, żebym chwilę odpoczął, a sam zabieg trwał siedem godzin. Udał się. Znaleźli miejsce i ładnie zabliźnili.

Nie jest to chyba przyjemne uczucie wiedzieć, że masz serce na wierzchu.

Tym bardziej, że widziałem na monitorkach, jak te druciki się zbliżają. Trochę mnie to przepalanie bolało, ale co zrobić? Musiałem być świadomy. A gdy jeszcze szukali tego miejsca skurczu, musieli mnie pobudzać do tętna 250, żeby znaleźć sedno problemu. Wstrzykiwali mi adrenalinę. Strasznie dziwne uczucie. Czułem się, jakbym coś ukradł i uciekał ze sklepu.

Takie przerażenie?

Nagle masz tętno 220! Nie, że dochodzisz do tego zmęczeniem. Wszystko trwa trzy sekundy. Naprawdę, to był najgorszy zabieg, ale najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło.

Obejrzałeś swoje ciało w całości od środka.

Szczególnie kolana. A raczej – tak się śmieję – pozostałości z tych kolan. Więzadła są niby całe, ale łękotek i chrząstek już tam nie ma. Moje kolana mają 80 lat, prawe operowali mi 10 razy.

Nie usłyszałeś nigdy od lekarza, że nie możesz wrócić do sportu?

Usłyszałem. Po tym, jak w wieku 21 lat zrobiłem w Szczecinie rezonans pleców i okazało się, że mam powybijane kręgi.

Z plecami też miałeś problem?

W trakcie rehabilitacji zaczęły mnie boleć plecy. Wysłali mnie na rezonans i gościu pyta: – Co pan robi?

– Gram w piłkę.

– Nieee, to już koniec.

Ale wiecie, jacy są lekarze. W ogóle mnie to nie przeraziło. Po kilku latach w Wiśle wypadł mi – co ciekawe – dysk, miałem dziewięć milimetrów przepukliny, a już od pięciu się operuje. Też miałem przygotowany zabieg, ale Filip Pięta zaproponował, żebyśmy się wcześniej porehabilitowali. Załadowałem tabletki przeciwbólowe, odwołaliśmy operację i do dzisiaj jest OK, choć wielu chłopaków – przy takim ucisku na nerw – decyduje się na zabieg. Mnie się udało. Przynajmniej ominęła mnie szesnasta operacja.

Potrafisz stworzyć ranking od najgorszego do najlżejszego zabiegu?

Najgorzej znosiłem serce.

Pachwiny?

Nie, to raczej kosmetyczna sprawa. Z Wronek i Wisły wysyłali mnie do ośrodka niedaleko Gelsenkirchen, więc przynajmniej mogłem odwiedzić Gianniego. 45-minutowy zabieg, tytanowe siatki i powrót po sześciu tygodniach.

Dzwonisz przechodząc przez bramki na lotniskach?

O dziwo nie. Ci, którzy dzwonią, muszą mieć takie śruby, jakie założył mi jeden doktor w Warszawie.

To znaczy?

Był moment, gdy w Amice samoczynnie zaczęło mnie boleć kolano. Nie doszło do żadnego urazu. Zwykłe przeciążenie. Schenk nie wiedział, co mi jest, ale zaproponował artroskopię i oczyszczenie. Wyciągnął mi taką śrubę (Dawidowski pokazuje palcami rozmiar śruby). Pozostałość po pierwszym zerwaniu krzyżowego w wieku 18 lat. Ból ustąpił, ale przez kilka lat grałem z taką śrubą. Zwykle wyciąga się ją po roku, a ja o tym nie wiedziałem i tak z wielką śrubą grałem aż osiem.

Czyli igła w kolanie Garguły to i tak pół biedy.

Zastanawiam się swoją drogą, czemu Wisła w ogóle wysyłała piłkarzy do tego Fassa. Większość wiedziała, że Schenk lepiej operuje, a w Polsce mamy przecież Piontka.

Mógłbyś się chyba zająć sprzedawaniem ubezpieczeń dla piłkarzy i prowadzeniem ich podczas kontuzji.

Bardziej rehabilitacją, bo w kontekście dochodzenia do siebie po zerwaniu krzyżowych naprawdę mógłbym sporo doradzić.

Znasz swoje ciało na tyle, że w momencie bólu wiesz, co się wydarzyło?

Prosty przykład. Czerwiec 2007, w Wiśle dyrektoruje już Bednarz. Jest koniec rozgrywek, jedziemy na rewanż finału Pucharu Ligi z Bełchatowem. U siebie przegraliśmy 0:2, tam było już 0:1, wchodzę na ostatnie 30 minut, starcie ze Strąkiem, kolano poszło do środka, strzeliło i już wiem, że poszło krzyżowe. Zmiana, schodzę na ławkę i mówię do doktora Urbana: – Zerwałem krzyżowe.

– Nie, nie, co ty.

Pokazuję mu szufladę, on sprawdza po swojemu i dalej mówi, że nie zerwałem.

– Doktorze, na sto procent zerwane. Przecież to już trzeci raz i wiem.

– Nie, nie.

Pojechałem do doktora Piątka i co? I zerwane krzyżowe. Ja o tym wiedziałem, a doktor Urban nie. Jeśli chodzi o kolana miałem taką pewność, że zauważyłem zerwanie szybciej, niż lekarz Wisły. Cóż… Zamiast tej wiedzy wolałbym strzelać gole. Cały ten okres w Krakowie to jedna wielka porażka. I wielkie życiowe doświadczenie, że trzeba się podnosić, podnosić i jeszcze raz podnosić.

Brakowało ci wyrozumiałości?

Nie potrzebowałem wielkiej akceptacji ani ubolewania. Nie musiałem czuć, że ludziom jest mnie żal. Wiedziałem, co robić, by wrócić do piłki.

Wielu zawodników wraca po coś – np. po to, by znów poczuć uwielbienie kibiców.

Mnie też na tym zależało. Po każdym zabiegu mówiłem sobie, że będę tak dobry, jak w Amice. W Wiśle się nie udało, w Lechii przez pół roku szło mi całkiem nieźle i w studiu padały nawet opinie, że jedyny, który w Gdańsku potrafi grać w piłkę, to Dawidowski. Dużą satysfakcję dały mi też tamte słowa Kasperczaka.

Minimalne pocieszenie.

Minimalne, ale na większe granie nie było mnie stać. Forma z Amiki była przeszłością, a przecież wtedy dostawałem powołania do reprezentacji i to nie na jeden mecz w Emiratach – jak dzisiaj – ale kilka spotkań w eliminacjach. Debiutowałem u Engela, potem przyszło parę powołań od Bońka i trzy-cztery mecze u Janasa. Nie byłem wynalazkiem jednego trenera. Licznik stanął na dziesięciu spotkaniach, ale z pięć było – myślę – w eliminacjach. Wiem, że prowadzicie rankingi chłopaków, którzy zagrali sześć razy, ale za każdym razem w styczniu. Mnie to nie dotyczy. Szkoda też, bo – gdy odchodziłem do Wisły – trenerem Amiki został Janas, który zawsze we mnie wierzył.

090123PYK222

Byłeś jego pupilkiem.

Gdy miałem 18 lat, zerwałem w Lechii krzyżowe i dostałem powołanie na kadrę olimpijską. Jako zawodnik z III ligi. Ewenement! Coś strzeliło w kolanie, spuchło, a tu zebranie kadry przy kasie numer jeden na dworcu w Warszawie. Trener Józef Gładysz powiedział Janasowi, że nie mogę przyjechać z powodu poważnej kontuzji, a on: „niech przyjeżdża”. Pamiętam tę sytuację do dziś… Stoję przy kasach, obok Wichniarek, Włodarczyk, Głowacki, Baszczyński, a tu chłopak z III ligi. Przychodzi Janas i mówi: „który to Dawidowski?”. Podnoszę rękę. „Chodź”. Reszta pojechała autokarem, a on swoim samochodem zawiózł mnie do COMS-u, Opowiadam lekarzowi, co się stało, a on, że potrzebna jest operacja, bo możliwe, że zerwałem krzyżowe. Nie wiedziałem nawet, o co chodzi.

– Ale synku, wyjeżdżam na sympozjum do Stanów, więc przyjedź za miesiąc – stwierdził lekarz.

– Młody, wyjdź – zareagował trener Janas.

Panowie sobie pogadali, wracam po dwóch minutach i lekarz mówi: „jutro rano, bądź o szóstej. Badania krwi i cię operuję”. Zawsze będę za to wdzięczny Janasowi, który przecież nawet wtedy mnie nie znał. Po 14 miesiącach wróciłem do grania, strzeliłem 15 bramek w III lidze i przyszła oferta z Amiki. Trafiłem tam mając 20 lat, a chwilę później dyrektorem został Janas. Tak się te nasze drogi schodziły. Czy byłem pupilkiem? Wiele mu zawdzięczałem, ale w jego kadrze olimpijskiej grałem bardzo dobrze. W Amice – gdy był dyrektorem – też. Może i byłem jego „synem” – jak chłopaki mawiają – ale jeśli się zastanowimy, to przez 20 lat przeżyłem w Polsce wszystkich najlepszych trenerów. Kasperczak, Skorża, Petrescu, Engel, Skorża… Z topowych nie pracowałem chyba tylko z Frankiem Smudą.

Który był najlepszy?

Janas. Jeśli ktoś mówi, że facet ma średni warsztat, to po prostu się nie zna.

Ale jest coś w tym, że się… „nie wpierdala”. Tak go definiuje wiele osób.

Janas był w Lechii krótko, ale usłyszałem od jego asystenta, że był mega przygotowany pod względem merytorycznym do każdych zajęć. Potrafił się przygotować, dobrać odpowiednich zawodników i zjednoczyć grupę. Kompletny trener. Liga Mistrzów, awans na mundial, mistrzostwa Polski… Amikę – gdy do niej przychodziłem – stać było na wszystkich, ale klubem rządzili ludzie, którzy nie mieli pojęcia. Przyszedł Janas i zaczęli regularnie grać w pucharach. I to nie na zasadzie – jak wy to mawiacie – eurowpierdolu. Trzy razy awansowali do Pucharu UEFA. Bytovia trzy lata biła się o pierwszą ligę, przyszedł Janas i jest awans. Wielki szacunek dla tego gościa za całokształt. Świetnym fachowcem był też Józef Gładysz. Trener młodzieży, który wychował mnie, Grześka Króla, Jarka Bieniuka, Marka Zieńczuka czy Dawida Banaczka. Z jednego rocznika przygotował pięciu do ekstraklasy. Ewenement, dziś to się nie dzieje. Tym dwóm panom zawdzięczam najwięcej.

A najbardziej przereklamowany trener?

Dragomir Okuka. Mimo że zdobył z Legią mistrzostwo, jego przygotowanie do treningów było dość… Bardzo sympatyczny facet, ale jak zajęcia odbywały się o 17.00, to on dziesięć minut wcześniej nie wiedział, co robimy. Przychodzi Kaziu Moskal, asystent: – Drago, co dzisiaj?

– Jeszcze nie wiem, jeszcze nie wiem. Ty tu, ty tu, tu wrzutka…

Ale nie zawsze warsztat decyduje o wyniku. W Legii mu się udało, w Chinach też, więc na pewno nie jest złym trenerem. Widocznie miał inne zalety. Bazował na ciężkiej pracy.

Tomek Łapiński po obozie z Okuką musiał zmienić ubrania na rozmiar większe, bo tak napuchł w mięśniach.

Tak, jak u Petrescu. Wielkie zaangażowanie i totalne zapierdalanie.

Wokół Petrescu wytworzył się pewien mit. Ludzie twierdzą, że trzeba było go zostawić, bo takich trenerów nam brakuje, a za jego czasów nie zajęliście wysokiego miejsca w tabeli.

Ale też musiał mieć swoje zalety, skoro gdziekolwiek poszedł, robił sukces.

To dlaczego mu się tu nie udało? Natrafił na opór piłkarzy?

Nie powiedziałbym. Trafił na grupę ludzi, którzy świetnie grali w piłkę. Sam powiedział: „panowie, piłkarsko wyglądacie super, ale fizycznie nie jesteście przygotowanie do grania w Europie. Potrenujecie trzy lata, będziecie w Europie”. Miał rację. Trzeba jednak przyznać, że po pierwszym pół roku mieliśmy osiem operacji. Pachwiny i typowe złamania przeciążeniowe. Jestem natomiast przekonany, że gdyby Petrescu został trzy lata w klubie i dobrał sobie grupę, która wytrzymałaby jego reżim, gralibyśmy na mega poziomie. Co zrobił z jakąś Unireą?

Po latach przyznawał też w prywatnych rozmowach, że w Polsce lekko przesadzał z wymaganiami i wyciągnął jakieś wnioski.

Ale spotykaliśmy się z nim na obozach w Turcji i z innymi drużynami robił to samo, co z nami. My też mieliśmy w Wiśle Rumuna i Węgra, którzy znosili treningi Petrescu spokojniej. Mieliśmy dobry materiał piłkarsko, ale..

Może materiał był tak dobry, że odzwyczaił się od ciężkiej pracy? Wygrywanie ligi przychodziło za łatwo?

Najlepszy przykład – wyniki badań. Tomek Kłos słabszy od trenera bramkarzy. Trener Petrescu mówił, że to niemożliwe, że Stangaciu przebiegł więcej od reprezentanta Polski. Gdyby Rumun popracował dłużej, mógłby osiągnąć sukces, ale nie wiem, ilu musiałby wymienić piłkarzy i do ilu doszłoby operacji. Mówił nam wprost: „zapomnijcie o rodzinach. Wy, kurwa, nie macie żon, dzieci ani nikogo. Liczy się tylko piłka”. Potem się śmialiśmy – bo chodziły takie słuchy – że się rozwiódł, a żonę odbił mu kolega z drużyny. I dlatego teraz chce, żebyśmy – jak on – zostali sami. Mówiąc do nas, Petrescu nie żartował. Piłka, praca, piłka, praca. Dom się nie liczył. Treningi były naprawdę ciężkie. Jak mawiał Maciek Stolarczyk – puszczały zawory. Często wieczorami siadaliśmy przy kartach lub herbatce, na nogach worki z lodem i w końcu Radek Majdan zapytał: „Dawid, jak te twoje kolana?!”. A ja całkiem dobrze znosiłem te treningi. Byłem po półtorarocznej przerwie, Petrescu powtarzał: „super, Dawid, super”, w sparingach strzeliłem trzy gole, ale na tydzień przed ligą doszło do zmęczeniowego złamania kości. I to w prawej nodze, czyli nie tej operowanej. Wyszło zmęczenie. Jedną nogę odciążałem, drugą przeciążałem. Petrescu, Broniszewski, Kostka – przy nich naprawdę trzeba było trenować.

Musiałeś wiele widzieć, skoro trafiłeś na Kostkę.

Tak, ale miałem wtedy 18 lat, a trener Gładysz naprawdę mnie przygotował do gry w seniorach. Dzisiaj wielu chłopców z Centralnej Ligi Juniorów łapie kontuzję tuż po wejściu do dorosłej drużyny. I gdy potem słyszę, że wszystkie treningi można zrobić z piłką, to tylko chce mi się śmiać.

Nie wierzysz w to?

Nie wierzę. Niedawno Tomek Hajto o tym mówił – nie ma możliwości zbudować się fizycznie bez ciężkiej pracy.

Marcin Kamiński trenował tylko z piłką.

(śmiech) Trochę za bardzo go podłapaliście.

Za bardzo?

Za bardzo wy po nim jedziecie i za bardzo ktoś go podpompował, że to reprezentant Polski. Dla mnie prawdziwym środkowym obrońcą jest „Głowa”. I już nie mówię tylko o sylwetce, ale przede wszystkim o umiejętnościach. Z drugiej strony – przyznaję – „fizyka” dziś jest najważniejsza. Widzieliśmy piłkarzy na mistrzostwach świata – dlaczego my tak nie wyglądamy? Śmialiśmy się, że „Muraś” na Euro wyglądał, jak wyglądał, a to przecież jeden z lepszych polskich piłkarzy. My, Polacy, nie jesteśmy przygotowani fizycznie już od podstaw. Byłem praktycznie na każdych zajęciach trenera Moniza i widziałem, że chłopaki nie wytrzymują obciążeń. Co tydzień łapali kontuzje. Pytam dziś 16-letniego chłopaka – mniejsza z tym, o jaki klub chodzi – czy ćwiczą na siłowni. Nie. Macie treningi biegowe? Nie. A potem wchodzi 18-latek i co?

Dziś jeśli trener zabierze piłkarzy na bieganie po górach, to ci zrobią z niego w gazetach archaicznego typa, który nie nadąża za trendami.

Ale nie trzeba biegać po górach czy machać ciężarami. Można zrobić trening na gumach, interwał na boisku…

Ale nie sądzisz, że media wbiły piłkarzom do głowy, że tylko trening z piłkami jest nowoczesny i oni po prostu nie są przygotowani na tego typu pracę?

Z tym się zgadzam. Za czasów Kafarskiego robiliśmy interwał 8 x 300 metrów. W tempówkach byłem jednym z lepszych, a potem słucham tych młodych i nie mogę uwierzyć. „Noo, dałem radę! Prawie się zrzygałem, ale wytrzymałem”. Chłopak 18-letni wchodzi do zespołu i chwali się, że osiem razy przebiegł trzysta metrów?! Za czasów trenera Gładysza w wieku 15 lat – wyobraźcie sobie – przebiegałem taki dystans 24 razy! Do dziś pamiętam ten 1993 rok. Jesteśmy na obozie w Zakopanem, przyjeżdża Wójcik z „Kowalem”, Jóźwiakiem i Piszem. My na Kasprowy Wierch wbiegaliśmy i zbiegaliśmy, a Legia wjeżdżała kolejką i zbiegała. No i na koniec ogródeczki w „Zakopcu”. Oni posiadali taki potencjał, że nie musieli biegać, a mnie trener Kostka po czterech treningach powiedział (Dawidowski udaje śląski akcent): „Dawidku, ty nie będziesz grał w ataku, możesz biegać od linii do linii. Będziesz grał na prawej pomocy”. I byłem do tego przygotowany. A dzisiaj młodzież… Szkoda gadać. Ale to nie jest ich wina!

Nasuwa się oczywiste pytanie, czy te treningi nie wpłynęły na liczbę twoich kontuzji.

„Zieniu” i Grzesiu Król ich tylu nie mieli. Nie, nie zgadzam się z takim stwierdzeniem. Po prostu nie do końca wyszedłem z pierwszego zerwania krzyżowych w wieku 18 lat. Przeszedłem rehabilitację, ale przez całe życie czułem, że ta noga jest słabsza. Dziś natomiast obserwuję, co się dzieje na meczach i oczom nie wierzę, bo mnie nigdy nie złapał skurcz na boisku. Zerwałem krzyżowe cztery razy, ale skurczów nie miałem.

Dzisiaj rodzic odwozi dziecko na trening i sprawdza, czy za bardzo się nie spociło, a ty chodziłeś 12 kilometrów piechotą.

Był strajk ZKM-u i przyszło nas trening trzech. Dwóch mieszkało blisko, ja miałem dziesięć kilometrów, ale co miałem zrobić? Poszedłem. Odległa sprawa. Boli mnie natomiast co innego. W Lechii dwóch-trzech trenerów ma pojęcie, a reszta? Kolega kolegi. Wytłumaczcie mi, jak trener może zaliczać osiem godzin w szkole, potem poprowadzić jeszcze jakieś zajęcia, a dopiero na koniec – w ramach trzeciej pracy – zająć się młodzieżą? Powinno być, jak na Zachodzie. Trener juniorów Schalke czy Wolfsburga dostanie trzy tysiące euro i może skupić się na pracy. Trochę mnie to boli, bo Lechia jest moim ukochanym klubem, ale to już nie mój biznes.

Twoja kariera jest o tyle smutna, że najlepsze lata kariery spędziłeś w Amice, czyli wiejskim klubie i z twoich goli prawie nigdy nie cieszyło się kilkadziesiąt tysięcy osób. 

Wielką sprawą był przyjazd Atletico, kiedy dobudowali trybunę na pięć-sześć tysięcy osób. Ale macie rację… Jak widzę, jaka pała energia z „Sagana” po setnej bramce, to naprawdę jest fantastyczna sprawa. Nie chcę narzekać na Wronki, bo przeżyłem tam piękne chwile, ale to satysfakcja innego rodzaju. Czułem ją też, gdy wchodziłem przy 50 tysiącach na Śląskim z Węgrami. Aż przechodziły ciarki. We Wronkach byłem po części liderem, dzieliłem opaskę z Pawłem Kryszałowiczem i mogłem tam spokojnie dalej grać, ale potrzebowałem wyzwań. Rok przed transferem do Wisły pojawiło się zainteresowanie z Niemiec. Byłem też jedną nogą w Saturnie Ramienskoje, wtedy wiceliderze ligi rosyjskiej. W końcu pojawiła się propozycja z Wisły, a ja potrzebowałem bodźca do rozwoju. Przestawały mi wystarczać śpiewy we Wronkach: „Tomasz Dawidowski, najlepszy napastnik Polski”. Wisła miała mi dać coroczną walkę o tytuł i Ligę Mistrzów. Potrzebowałem adrenaliny.

Na początku wywiadu powiedziałeś, że na sukces piłkarza składają się cztery rzeczy – zdrowie, praca, umiejętności…

… i głowa. Najważniejsza rzecz. Powiedzmy sobie szczerze – wyjechałem z Amiki w wieku 20 lat, a gdyby nie kontuzja, to wyjechałbym jeszcze dwa lata wcześniej, jak „Królik”. Byłem młody, po pięciu kolejkach wywalczyłem sobie miejsce, zacząłem zarabiać większe pieniądze. Głowa przestawała wytrzymywać. Zagubiłem się, wylądowałem w kasynie pierwszy raz, potem drugi i tak się to ciągnęło przez kilka lat. Na szczęście mam to już za sobą, bo – sami wiecie, ilu nawet w ekstraklasie jest hazardzistów – najtrudniej powiedzieć jest sobie „dość”. Ale powiedzieć samemu, bez pomocy psychologa.

Da się?

Da się.

Wielu twierdzi, że się nie da.

Mnie się udało. Bywały takie momenty, gdzie codziennie chodziłem do kasyna, ale to przeszłość. Od pięciu-siedmiu lat nie postawiłem tam nogi. Czasem spotkam się z kolegami pograć zabawowo w karty, ale jestem bardzo mocny psychicznie i skoro postawiłem sobie jakiś cel, to musiałem go osiągnąć.

Gdybyś był tak mocny, to te problemy nie trwałyby tak długo.

Złożyło się na to wiele rzeczy. Przez całą karierę zarabiałem duże pieniądze, ale one też musiały się skończyć. Przez ostatnie dwa lata w Krakowie już nie chodziłem po kasynach. Po trzecim zerwaniu krzyżowych powiedziałem sobie: „Dawid, chłopie, masz 27 lat, a nie masz nic…”. Zacząłem kalkulować.

W wieku 27 lat nie miałeś nic?

Miałem mieszkanie, ale – panowie – to nic przy moich ówczesnych zarobkach. Mogłem ich mieć dwadzieścia. Do 27. roku życia zarobiłem przecież parę milionów. Dlatego mówię – kto chce, może się podnieść. Ale musi być zacięty. Mam przykłady kolegów, którzy nie potrafili sobie z tym poradzić.

Nie chciałeś się podnieść wcześniej? Lekceważyłeś sygnały ostrzegawcze?

Lekceważyłem. Kiedy zarabiasz 80 tysięcy miesięcznie, wiecznie wmawiasz sobie: „a tam, za rok odłożę, będzie OK. Za dwa lata odłożę i dam radę”. Takie jest podejście. Wpadnie jakaś premia, strzelisz gola, coś tam wygrasz… Tak się oszukujesz. I wydajesz ze swoich przyszłych zarobków. Kalkulujesz, a najgorzej, kiedy oszukujesz sam siebie, bo wtedy całkiem tracisz panowanie nad sytuacją. Ja siebie nigdy nie oszukiwałem i to jest dla mnie najważniejsze.

Nie gorsze jest oszukiwanie ludzi wokół?

Ich nie oszukiwałem tym bardziej. Zatraciłem się w Krakowie, ale wszystkie swoje sprawy potrafiłem poukładać. Zdarzało się czasem od kogoś pożyczyć, ale zawsze się rozliczałem. W Amice nie miałem z tym problemu. Czasami skoczyliśmy do kasyna, ale nie zaprzątało mi to do głowy.

Jeździliście po 200-300 kilometrów do kasyna. To nie jest normalne.

Gdzie jeździliśmy?

Do Wrocławia, Berlina, Szczecina…

Od razu zdementuję – nigdy nie byłem w kasynie w Berlinie, a w Szczecinie tylko przy okazji rehabilitacji po tym, jak – podkreślam – wykonałem swoje obowiązki. Nigdy nie jechałem 300 kilometrów do kasyna. To totalne bzdury.

Ale do Poznania jeździliście.

50 kilometrów. Kino, kolacja i przy okazji kasyno. Jasne, zdarzało się, że jechaliśmy tylko do kasyna – rozmawiam z wami szczerze – ale totalną bzdurą były informacje o jakichś zakazach. Nie wiem, kto to wymyślił.

Amica nie nałożyła wam zakazów?

Nie Amica, tylko my wyszliśmy z taką inicjatywą. Ale wiecie, to takie zakazy…

Skoro wy tego chcieliście, to musiały się pojawić myśli, że macie problem.

Tak, pojawiały się pierwsze symptomy, ale minął miesiąc, skończył się zakaz i „kurczę, skoczylibyśmy!”. Kombinowaliśmy, a potem człowiek żałował.

Nigdy wcześniej nie mówiłeś o tym temacie tak otwarcie.

A powinienem? W 2009 roku dzwoni do mnie dziennikarz i pyta: – Panie Tomku, kiedy pan ogłosi zakończenie kariery?

– Nie gram od maja, mamy listopad. Muszę wszystkim ogłaszać, że skończyłem karierę?

Nie byłem Bońkiem ani Tomaszewskim, by przekazywać takie informacje, a po dwóch godzinach na 90minut.pl pojawia się news: „Tomasz Dawidowski zakończył karierę”. Zawsze wychodziłem z założenia, że to moje prywatne sprawy. Jeśli ktoś chciałby zadzwonić i zapytać, to nie ma problemu, ale po co miałbym się sam z tym wychylać? Dziś nie mam problemu, żeby z wami szczerze o wszystkim porozmawiać, ale skoro nikt nie dzwoni, to miałbym pchać się do mediów sam? Przecież ten hazard to żaden powód do dumy.

Nawet kiedy cię pytano, raczej starałeś się unikać tych tematów.

Bo nie miałem z tym aż tak mega wielkich problemów. Zdarzały się trudniejsze momenty. Przegrywałem też wysokie sumy, o czym akurat nie chcę mówić, ale po prostu było mnie stać.

Masz moralniaka?

Zawsze myślę, że nie ma czego żałować, ale trochę żałuję, że wszedłem do kasyna po raz pierwszy. To była głupota, która przeszkodziła mi w graniu na wyższym poziomie. Nie doprowadzałem się do skrajności, ale był taki jeden kryzysowy moment w Krakowie, kiedy przez trzy miesiące chodziłem codziennie. To był najgorszy okres. I to były trzy najgorsze miesiące w życiu. Totalna głupota tak przegrywać pieniądze. Ale na takiej samej zasadzie pytam palaczy: przestaniesz palić? Nie ma możliwości. Hazard to najgorsza choroba ludzkości. Sprzedasz rodzinę, samochód, mieszkanie, a na końcu oszukasz siebie. Nie chcę wymieniać nazwisk, ale znam byłych ligowców czy reprezentantów Polski, którym jak wpadnie trzysta złotych do ręki, to idą do kasyna i liczą, że coś w ten sposób odkupią. Nie ma możliwości, bym sam tak pomyślał. Za dużo przeżyłem.

Pamiętasz swoje największe wygrane i przegrane?

Tak, ale o tym już nie chcę mówić. Jeszcze mama przeczyta ten wywiad i po co jej to? Zresztą, i tak się już naczytała. Sporo powstało na mój temat mitów. Przyznaję – bywałem często w kasynie, ale nigdy nie powiem, że doszczętnie zniszczyło mi to życie. Jestem szczęśliwy, pracuję w BMG Sport, zostałem przy piłce…

Jesteś chodzącą przestrogą dla swoich piłkarzy.

Dokładnie. I wierzcie mi – nie mam nic przeciwko, żeby sobie skoczyli na imprezę, ale pilnuję ich, żeby nie pili alkoholu, żeby się dobrze odżywiali i żeby – broń Boże – nie postawili nogi tam, gdzie są zasłonięte okna. Jeśli ktoś pod taką opieką myśli jeszcze inaczej, to po prostu jest durniem. Tak samo prowadzę dziś 10-latków, którym mogę pokazać na boisku, czego od nich oczekuję i od kogo szybciej się nauczą? Ode mnie czy od absolwenta AWF? Nigdy nie ukrywałem, jakie mam problemy.

Szczerze mówiąc, Tomek, trochę ukrywałeś. Ciągnęła się za tobą ludowa legenda, że jesteś hazardzistą, a ty się złościłeś.

Nigdy nie pchałem się na afisz. Od czasu pobytu w Krakowie nawet nie czytam prasy. Internet – z racji tego, czym się zajmuję – muszę oczywiście przeglądać, ale gazety nie kupiłem od siedmiu lat. Był taki moment, kiedy dopadł mnie „Fakt” i codziennie trafiałem na sportową stronę lokalną. Totalna jazda. Tak się jednak uodporniłem, że koledzy sami zaczęli przynosić te gazety i potrafiłem się razem z nimi śmiać. Albo ci wszyscy – jak ich nazywam – „wpisowicze”, którzy są dla mnie marginesem społecznym… Nie byłbym w stanie wejść w internet i o kimś pisać komentarze. Mieliśmy często z tego bekę, ale dziś nie zaprzątam sobie tym głowy. Jestem odporny. Po rozpoczęciu pracy w menedżerce różni trenerzy pytali mojego kolegę, któremu wtedy pomagałem, dlaczego zadaje się z byłym hazardzistą. Dobrze, że nie dodawał „pijak”, bo beka byłaby już totalna. Z alkoholem nigdy nie miałem problemów.

Masz jakieś miłe wspomnienia z kariery?

No jasne (śmiech). Debiut w reprezentacji, bramka z Kazachstanem w sparingu… Piękne chwile. Życzę każdemu z młodych chłopaków, których prowadzę, żeby wysłuchali hymnu. Wiem, że dzisiaj łatwiej jest zadebiutować.

Dzisiaj trudno nie zadebiutować.

Kiedy Engel dowołał mnie w miejsce kontuzjowanego Karwana, w kadrze było dwóch ligowców. Przyjechałem, patrzę: Koźmiński, Dudek, Olisadebe, Hajto, Wałdoch… Stres! A dzisiaj? Czasami powołania troszkę zaskakują (wybuch śmiechu), ale to już cyrk trenera Nawałki i jego małpy. Nie mnie oceniać. Sam zawsze stawiałem sobie kolejne cele. Najpierw marzyłem, by zagrać w II lidze. Udało się w wieku 17 lat. Rok później debiut w Ekstraklasie. Następnie Amica i zacząłem myśleć o reprezentacji. Udało się. Europejskie puchary? Tak samo. Przeszedłem 15 zabiegów, a zaliczyłem 200 meczów w Ekstraklasie. Gdyby nie operacje, miałbym ich 400. Goli mam 38, a przecież w ataku rozegrałem zaledwie 70-80 spotkań. Przez pięć lat występowałem na boku pomocy, ale jak już strzelałem, to nie, jak Grzesiu Król, który – choć był bardziej utalentowany ode mnie – raczej stał przy słupku. Wszyscy krzyczeli: „weź się odklej”, a on dokładał nogę i był w tym najlepszy. Śledzę Weszło, widzę, że czasem robicie rankingi napastników i… No, słabo to wygląda. Dla mnie najlepszym snajperem w lidze jest Paweł Brożek. Nie wyszło mu na Zachodzie, ale – sam o tym wie – nigdy nie lubił ciężko pracować. Ma gaz, jest techniczny, potrafi zagrać kombinacyjnie… Gdyby był skory do pracy, do dziś grałby w silnej europejskiej lidze. A wy – swoją drogą – zadajecie cały czas takie pytania, jakbym miał tylko wszystkiego żałować.

Twoja kariera nie była passem samych zwycięstw.

Życzę każdemu 200 meczów w ekstraklasie, 10 w reprezentacji i 15 w pucharach. Stać mnie było na więcej, ale lepiej być niezłym przez jakiś czas niż przeciętniakiem przez całe życie.

Rozmawiali KRZYSZTOF STANOWSKI i TOMASZ ĆWIĄKAŁA



Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (0)