Boniek: – Jeśli były błędy formalne ze strony Komisji, to być może da się uchylić jej orzeczenie.
Weszło

Boniek: – Jeśli były błędy formalne ze strony Komisji, to być może da się uchylić jej orzeczenie.

Ze Zbigniewem Bońkiem rozmawiamy o tym, jak wyglądała walka o Legią za kulisami i o tym, na czym opiera się walka o uchylenie orzeczenia Komisji Dyscyplinarnej.

– Zapadł się pan pod ziemię?
– Dlaczego?

– Takie rzeczy w piłce się dzieją, a pana nie ma. W mediach nie ma, na Twitterze też nie.
– Twitter to zabawa, a ja teraz nie mam czasu na zabawę. A że nie ma mnie w mediach? Skoro nikt nie dzwoni, to mnie nie ma. No, dzwonił dziennikarz Polsatu Sport, ale nie znam go osobiście, a jak kogoś nie znam, to staram się unikać wywiadów przez telefon. Ale nie, nie zapadłem się pod ziemię.

– Interweniował pan w UEFA w sprawie Legii?
– O sprawie dowiedziałem się w czwartek, około godziny 16. Od tamtej pory byłem w stałym kontakcie z panem Leśnodorskim, rozmawiałem też z panem Wandzlem z Ekstraklasy SA. I od tamtego momentu do 1 w nocy wydzwoniłem wszystkich najważniejszych ludzi w UEFA. Wszyscy wnikliwie przyglądali się tej sprawie, ale i Michel Platini, i Giorgio Marchetti mówili jedno: – Zibi, tam nie ma żadnej furtki. Nic. Regulamin nie przewiduje żadnej innej kary niż walkower. Jest nam bardzo przykro… Ponadto pamiętajmy, że to nie jest tak, że orzeka UEFA i że Platini może tym ręcznie sterować. Orzeka niezależna Komisja Dyscyplinarna.

– W Polsce dużo mówiło się o sprawie Debreczyna sprzed czterech lat.
– Problem w tym, że wtedy – w tamtym konkretnym przypadku – przepisy przewidywały inną karę niż walkower. Gdyby teraz były jakieś „widełki”, to jestem pewien, że Legia by się uratowała. Ale niestety: suchy regulamin nie pozostawiał złudzeń. To nie jest tak, że UEFA koniecznie chciała wyrzucić Legię, a pociągnąć bogatszy Celtic. Bzdura. Po prostu mimo najszczerszych chęci, wcześniej napisane prawo nie pozwalało na żadną swobodę.

– To głupie prawo.
– Nieludzkie. Nie można za taki błąd jakiegoś człowieka z administracji klubu stosować gilotyny. Musi być inne wyjście. Legia jeszcze walczy, pewnie nie jest w tej walce faworytem, ale walczy. Prezes Leśnodorski nie składa broni.

– Ale co to za walka? Na jakiej podstawie Legia miałaby zostać przywrócona do eliminacji Ligi Mistrzów?
– Są pewne kruczki prawne, np. błędy formalne popełnione przez samą Komisję Dyscyplinarną. Chyba nie wszystko tam w stu procentach przebiegło prawidłowo. Jest to badane przez wielu prawników. A jeśli były błędy formalne ze strony Komisji, to być może da się uchylić jej orzeczenie. Ale wiadomo: szanse nie są wielkie. Ale dopóki są jakiekolwiek, trzeba działać.

– A wcześniej zupełnie nie było niczego, czego złapać mogłaby się Legia? Takiej ostatniej deski ratunku?
– W dniu obrad Komisji Dyscyplinarnej obdzwoniłem wszystkich. Pisałem do Michela Platiniego: „Michel, przyjaciół w życiu ma się niewielu. Pomóż mi!”. Ludzie z UEFA powiedzieli mi, że jest tylko jedna możliwość, by spróbować Legię uratować. Otóż Celtic musiałby się tego awansu po prostu zrzec, w ramach gestu fair-play. Jeszcze o ósmej rano powiedziałem prezesowi Leśnodorskiemu, że muszą intensywnie naciskać na Celtic, bo tylko to może coś zmienić. Niestety, Celtic zachował się w tej całej sprawie… Hmm… Łagodnie powiem, że antysportowo. Przed meczami z Legią była z ich strony kurtuazja, dżentelmeńskie maniery, sympatyczna współpraca. A przy okazji tej sprawy Celtic udawał, że go nie ma. Nie odpowiadał na telefony, na maile, po prostu schował się za krzakiem i czekał. Starał się być nieuchwytny i był. Takie zachowania nie przystoją wielkim klubom. Cokolwiek zdecydowałeś, miej odwagę odebrać telefon.

– Coś pana w tej sprawie szczególnie dziwi?
– Cała ta sprawa jest od początku do końca dziwna. Ludzie z UEFA powiedzieli mi, że 9 lipca wysłali Legii informację, kto pauzuje na kartki, na jakiej postawie i jakie są dalsze procedury. Wystarczyło się zastosować. Zresztą, ten przepis, że piłkarz musi być zgłoszony do rozgrywek, by kara mu się naliczała, jest dość stary. Jak to możliwe, że Bereszyński najpierw na liście zgłoszonych był, a później go wykreślono? Nie pojmuję. To dziecinny błąd. Muszę też powiedzieć, że dobrze by było, gdyby ta sprawa nauczyła trochę piłkarzy, że w wolnej chwili nie powinni tylko grać na Playstation, a czasami mogliby przeczytać regulaminy rozgrywek, w jakich występują. To przecież ich praca. I jak widać, lepiej prawo znać niż go nie znać… Muszę też powiedzieć, że jako związek złożymy oficjalne zażalenie na postępowanie Komisji Dyscyplinarnej. Powiedziałem Michelowi Platiniemu, że jest to skandal, iż prezes i współwłaściciel klubu przylatuje specjalnie i nie jest nawet wysłuchany przez Komisję, tylko trzymają go w holu. To wielka niestosowność. Pana Leśnodorskiego jest mi bardzo żal, w sposób nieprawdopodobny żyje klubem…

– A naprawdę nie ma pan poczucia, że gdyby chodziło o wielki klub, to UEFA by wykopała spod ziemi przepis, dzięki któremu dałoby się sprawę odkręcić?
– Nie. Była wielka wola w UEFA, by Legia grała dalej. Ale wola to jedno, a przepisy drugie. Zresztą, dopiero co UEFA ukarała też odsunięciem od Superpucharu Europy Xabiego Alonso, który finał LM oglądał w garniturze, no i po jednym z goli wbiegł na murawę. Teraz z tego powodu nie wystąpi z Sevillą. To pokazuje, że nie ma równych i równiejszych i że gdy przepisy mają uderzyć w piłkarza Realu Madryt, to uderzają. Nie szukajmy wszędzie spisków. Przypomina mi się też historia z eliminacji do igrzysk olimpijskich w Seulu, gdy śp. Roman Hurkowski odkrył, że u Duńczyków grał zawodnik, który grać nie miał prawa. Skończyło to się walkowerem dla Polski, a Duńczycy przegrali awans… Nie będę teraz opowiadał, jakie mamy kontakty w UEFA, bo to nie na miejscu. Po prostu powiem tak: Legii rok temu groziło wykluczenie z rozgrywek i wykonaliśmy wielką pracę, by dostała możliwie najniższą karę. Wtedy się to udało, ponieważ przepisy nie były tak sztywne, pozwalały na pewno swobodę w karaniu. Teraz niestety nie. Ale – jak powiedziałem – walka trwa.

– Gdyby pana jako piłkarza coś takiego spotkało…
– Nawet sobie tego nie wyobrażam. To koszmar. Jeśli będą potrafili przejść nad tym do porządku dziennego i grać dalej na takim poziomie jak z Celtikiem, będę ich bardzo podziwiał. Warto przekuć te negatywne emocje w sportową złość.

KOMENTARZE (0)