Kolejna kraksa Cracovii. Lechia dalej się ślizga
Weszło

Kolejna kraksa Cracovii. Lechia dalej się ślizga

Niektóre dobre mecze, w których akcja co chwila przenosi się z jednej strony boiska na drugą, są sponsorowane przez wybitne umiejętności zawodników. Inne przez wybitny przykład nieudolności obrońców, którzy co i rusz zapraszają rywali w swoje pole karne. Zgadnijcie który scenariusz wydarzył się dzisiaj w Białymstoku? Tak, wiemy, nie była to najtrudniejsza zagadka.

Festiwal błędów w obronie rozpoczął Madera. I to jak! Nie bawiono się w żadne supporty, od razu w pierwszych minutach na scenę wjechała atrakcja wieczoru. Modelski przerwał akcję Cracovii, ale nie spodziewał się, że kolega z drużyny postanowi tak czy siak zanotować udany odbiór, wskutek czego obaj wylądują na trawie i w tej pozycji będą obserwować, jak goście strzelają bramkę. A konkretnie Rakels. Tak, to musiało boleć.

Madera zaliczał dzisiaj naprawdę spektakularnie zły występ. Zrobił bramkę Cracovii, a potem skasował prawidłowego gola dla Jagi, faulując w polu karnym (do spółki z Wasilukiem), gdy Piątkowski właśnie strzelał bramkę kolejki. Kuriozum za kuriozum. Oglądaliśmy kolejne chaotyczne interwencje Jagi w obronie i trzeba z perspektywy czasu powiedzieć jedno: mieli szczęście, że trafili na Cracovię. Można śmiało bowiem ukuć ekstraklasowe przysłowie: nie ważne jak źle zagrasz w obronie, „Pasy” zagrają jeszcze gorzej.

Zjawiński odnajdywał się dziś w defensywie jak eskimos wyrzucony z helikoptera na Saharę. Jaga szybko podłapała, że po prawej stronie nie gra Piszczek i praktycznie wszystkie akcje przeprowadzała tamtą stroną. Akcja za akcją, rajd Dżalamidze za dośrodkowaniami, po których robiło się groźnie, byle na „Zjawę”. Faceta właściwie trudno winić, został wsadzony przez Podolińskiego na konia i tyle. Z przodu przecież zrobił świetną akcję, powinien mieć asystę przy golu Cetnarskiego.

Golu, który – jak druga bramka Celtiku – nie padł. I to było jedyne czym wyróżnił się w tym meczu Cetnarski. Zmarnował setkę, a resztę starcia plażował, równie dobrze mógłby zdjąć korki, założyć japonki, do tego chodzić po murawie z drinkiem – nikt nie zauważyłby różnicy. Faceta nie było. Taki Budziński może i wikłał się czasem w akcje mało efektywne, ale cały czas był pod grą, szukał piłki, a ona szukała jego. „Cetnar” wyglądał tak, jakby szukał na boisku komody, za którą mógłby się schować.

Ale byli tacy, którzy po tym meczu chować się nie muszą. Grę w Jadze robili Quintana, Grzyb, Gajos, Tuszyński. Ten ostatni momentami się bawił, zagrywał piętką, podawał lobem, naprawdę było widać w jego grze lekkość. Nie przełożyło się to dziś na „liczby”, ale na pewno swoją grą zwracał uwagę. Quintana, wiadomo, dla niego to standard. Przy takiej parodii, jaką jest defensywa Cracovii, trudno żeby nie pokazał swoich umiejętności.

„Pasy” z kolei miały Zejdlera, wspomnianego „Budzika”, swoje grał Rakels, na bramce sprzątał po kolegach Pilarz. Ale koniec końców, Podoliński po trzech meczach mają na koncie zero punktów i kilka nieudanych eksperymentów taktycznych, personalnych.

Image and video hosting by TinyPic

Piast Gliwice jest w tym sezonie beznadziejny. Nie wyolbrzymiamy i staramy się nie krytykować nikogo na siłę. Po prostu: ekipa z Gliwic ma bardzo słabego bramkarza, tragiczną obronę, a w ofensywie praktycznie nie istnieje. Słowem: ta drużyna nie ma nic (może prócz Jurado), co pasuje do – umówmy się – niezbyt wysokiego poziomu Ekstraklasy. Nie dalej jak cztery dni temu po meczu Piasta w Krakowie pisaliśmy, że przyda nam się wizyta u terapeuty. Cóż, po dzisiejszym spotkaniu wydaje nam się, że konieczna będzie stała współpraca z odpowiednim specjalistą.

Równie aktualne są słowa, która napisaliśmy po pierwszym meczu gdańszczan: z nowej Lechii najbardziej europejski stary Wiśniewski. Nie mamy wrażenia, że ten mecz wygrała drużyna zdecydowanie lepsza. Słaby ograł jeszcze słabszego. Ot, Ekstraklasa.

A zaczęło się nie najgorzej – bramkę strzelił Wiśniewski, błyskawicznie odpowiedział Piast. Fakt, obie sytuacje były mocno kabaretowe. Skecz pt. „Krycie na boiskach Ekstraklasy”. Najpierw Polak pokazał młodym adeptom sztuki piłkarskiej, co to znaczy kryć na radar, później poprawił Valente, który pokrył we własnym polu karnym Janickiego zamiast Jurado. Jednak coś się działo. Brak piłkarskiej jakości mogły nam zrefundować emocje.

Jednak i tych zabrakło.

Zamiast tego – piaskownica. Dziecięce igraszki zamiast poważnej piłki. Może i Cifuentes w poprzednim sezonie puścił najmniej bramek we wszystkich klasach rozgrywkowych w Hiszpanii, jednak w Polsce ma sporą szansę wpuścić ich najwięcej. Piłka leci w jego kierunku parę ładnych sekund, a on myśli – wyjść czy nie. Strąci ją ktoś do cholery czy nie. Nie strącił. Wiadomo – takie bramki się zdarzają. Jednak tylko w Polsce, ktoś może tłumaczyć je piłką. Bramkarz puszcza szmatę, Jezierski pierdoli o psikusach Brazuki, a Skrzyński przytakuje. Zabawa w futbol. Niedługo okaże się, że mamy samych świetnych bramkarzy, tylko piłki chujowe. Według nas w kilku klubach powinno się wymienić tych pierwszych.

Na osobny akapit zasłużył z pewnością Bartłomiej Pawłowski. Będąc bardziej precyzyjnym, jedyne na co dziś zasłużył na boisku, to „wędka”, ale Machado okazał się być łaskawy. Zmienił go dopiero w przerwie. My tacy przyjaźni nie będziemy. Nie brakowało głosów zdziwienia, że skrzydłowy Lechii tak szybko wraca do Polski. Nie zabrakło również opinii, że uwziął się na niego Bernd Schuster. Jak się okazuje: gówno prawda. Pawłowski jest obecnie w formie, która uprawnia go co najwyżej do gry na zapleczu Ekstraklasy w barwach Widzewa. Tam można podreptać, a trener przymknie oko na brak zaangażowania u piłkarza mającego – z nieznanych nam powodów – status gwiazdy. Problem jest i – prawdopodobnie – znajduje się w głowie Pawłowskiego.

Poza tym: bardzo solidny Borysiuk, miewający momenty Sadajew i Wiśniewski, który ciągnie ten wózek. W skrócie: Lechia w budowie. W tabeli wygląda nieźle, na murawie – mizernie.

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (0)