Miasto kontrastów, ale gdzie ten mundial?
Weszło

Miasto kontrastów, ale gdzie ten mundial?

Do rozpoczęcia mundialu zostały cztery dni, a ja wciąż nie czuję, że trafiłem do światowej stolicy futbolu. Rio de Janeiro żyje swoim życiem. Ł»yciem, którego rytm wyznacza wejście do samochodu. Póki nie siedzisz za kierownicą – pełen luzik. Jak mawiają Brazylijczycy – „caaaaalma”. Zero napinki, brak stresu, sama radość. Za kierownicą „cariocas” zamieniają się jednak w diabłów. Praktycznie każdy pędzi jak do pożaru. I nie ma znaczenia, czy zapewniasz, że nigdzie się nie spieszysz, wręcz chcesz się ponapawać widokami gór z fawelami czy Chrystusem z Rio.
Nieistotne. Taksówkarz wie lepiej. Celem taksówkarza jest udowodnienie, że najlepsi kierowcy z „Cidade Maravilhosa” to wcale nie ci, którzy wystąpili w piątej części Fast and Furious.

Wbrew pozorom nie będzie to kolejny tekst poświęcony brazylijskim driverom. Ich zachowanie przykuło jednak uwagę, ponieważ w żadnym innym miejscu rodacy Neymara nie przeistaczają się w takich dzików, jak właśnie po wejściu do auta. Tunel spod dzielnicy Flamengo w stronę Maracany. Na liczniku dobre 90 km/h, maska niemal trze o autokar. Sekunda zawahania, pakuje się przed nas starszy model renault. My serca w gardle, kierowca mruga długimi. Klakson już dawno nie działa. To znaczy – działa, ale nie robi wrażenia. Korzysta się tu z niego co chwilę. Wyprzedzasz? Trąbisz. Przyspieszasz? Trąbisz. Kocioł, jak podczas wizyty Obamy w Warszawie.

Tylko tego mundialu jakby nie było…

Gdyby przypadkowy turysta znalazł się dziś w okolicy Laguny, jednego z najbardziej charakterystycznych miejsc Rio, pewnie nawet nie zorientowałby się, że Brazylia organizuje coś wielkiego. Od czasu do czasu na latarniach można się natknąć na tabliczki z logiem mundialu, raz dziennie kordon policji odwozi też z treningu reprezentację Holandii i… nic poza tym. Miasto żyje swoim rytmem. W biedniejszych dzielnicach co poniektóre balkony są przystrojone we flagę Brazylii, ale to akurat w tym kraju nic nadzwyczajnego. Brazylijczycy zawsze byli dumni ze swojego pochodzenia i lubili je eksponować.

Im bardziej przesuwamy się w stronę „naszej” dzielnicy, Grajau, tym częściej, szczególnie w biedniejszych jej obszarach, można się natknąć na drobne zwiastuny mistrzostw. Jedną z ulic, przystrojoną różnymi wstążkami, ktoś określił na muralu „najładniejszą na świecie”, a kilka przecznic dalej 40-letni facet maluje na jezdni logo mundialu przy akompaniamencie kilkunastu konkretnie „zrobionych” dziadków, którzy na moment zapomnieli, że chwilę wcześniej oglądali i wykłócali się o formułę 1. O tej porze – a mamy godzinę 14:00 w niedzielę – to jedno z nielicznych miejsc „biedniejszego” Rio, które faktycznie tętni życiem. Poszukiwania bankomatu, który obsłuży kartę VISA lub kiosku, w którym dostaniemy starter do karty pre-paid, trwają godzinami. I w tym przypadku przekonuję się jednak, że Brazylijczycy to wyjątkowy naród.

– Dzień dobry, wie pan, gdzie tu jest kiosk? – pytam 60-letniego kelnera w barze. Praca – mimo wczesnego popołudnia – już dawno się zakończyła. Jedzenia nie serwujemy. „Acabou”. Skończyło się. Jedynie trzech ekwadorskich kibiców spokojnie sączy Guaranę Antarcticę, jeden z najpopularniejszych napojów.
– Tam za rogiem.

Zamknięty.

– Dzień dobry, dostanę u pani starter?
– Oj, nie. Tylko doładowania.
– A gdzie dostanę?
– W kiosku za rogiem.

Kiosku nie ma.

– Pan pójdzie tam za rogiem. Jest supermarket, powinni wiedzieć – nie wiedzą. Zbitka słów „cartao de telefone” powoli zaczyna mnie irytować. To może w aptece? Zaraz, jak w aptece? Ale dobra, spróbujmy. Apteka zamknięta. To znaczy – otwarta, ale to sklep, a nie apteka. A w sklepie kart nie mają. Stacja benzynowa? O, jest bankomat. Ale znowu ten sam. „24 horas”. Czyli pięć banków, w tym Citi Bank, ale Visa znów odpada. Wokół nas – bo jesteśmy tu z dwójką dziennikarzy „Przeglądu Sportowego” – gromadzi się jednak grupka kilku osób. Typowe. Wszyscy chcą pomóc. Ł»artujemy, że pewnie po to, bo zaraz sznur młodych pracowników myjni ruszy za nami do bankomatu, ale nic z tych rzeczy. Tutaj ludzie po prostu tacy są. Pomocni i otwarci.

Udało się. Kiosk znaleziony. Jeden z jedynych facetów w tym kilkumilionowym mieście, któremu chciało się ruszyć w niedzielę do budki, wyciąga przed nami stos kart. Bierzemy, płacimy, cofamy się o metr, rozmawiamy o rejestracji, mijają trzy minuty, podbiega dwóch 12-letnich dzieciaków.
– Chcecie zarejestrować numer?
– Tak.
– Ale nie, ja potrzebowałem microSIM, a tu jest normalna karta – zwraca uwagę Tomek Włodarczyk.
– Spokojnie, wymienimy – mówi jeden z nich, po czym przynosi wymieniony u kioskarza komplet kart i tłumaczy, jak zarejestrować numer (nie, nie jest to tak łatwe jak w Polsce). – Zrobić to za was?
– Nie, spokojnie, poradzimy sobie – mówię.

Odchodzimy na kilka metrów, odwracamy głowę, a tam jeden z „pomocników” zaczyna okładać drugiego. Nic mnie już nie zdziwi.

Jedno z nielicznych miejsc, w których kompletna bieda miesza się z największym bogactwem to wspomniana Laguna. Wielkie jezioro położone niedaleko Copacabany, Ipanemy i klubu Flamengo. Kilkunastokilometrowy raj dla biegaczy. To tu na jednej trasie i przy jednym barze można spotkać bezdomnego lub przeciętnego Brazylijczyka czy wystylizowane biegaczki z iPhonem na ramieniu i w polówce Ralpha Laurena. Punkt zbiorczy? Stoiska z kokosami. Podchodzisz, płacisz 5 reali (z 7 złotych), patrzysz, jak sprzedawca rozłupuje kokosa i podaje ci słomkę. Kilkanaście metrów dalej identycznym „drinkiem” raczy się pod mostem 70-latek w koszulce Flamengo. „Agua de coco” pasuje każdemu. Bez względu na rasę, wiek czy stan konta. Albo w ogóle jego posiadanie.

Podobne sceny można zauważyć pod Maracaną, gdzie – choć na sam stadion nie można jeszcze wejść – gromadzi się coraz więcej ludzi. Dwie postaci trwają niezależnie od pory dnia. Facet w stroju i peruce Diego Maradony, który stoi na przyniesionym przez siebie kawałku „murawy” oraz człowiek biegający z repliką pucharu świata i dający ją potrzymać setkom chętnych. Wszyscy chcą zdjęcie z „copą” pod pomnikiem dwukrotnego mistrza świata i „wiecznego kapitana”, Belliniego. Obok wielki czarnoskóry facet leży pod płotem i wykrzykuje coś do robotników wchodzących na teren Maracany.

Symboliczne.

Po odbiorze akredytacji uderza nas podobna scena. Bramę, którą weszliśmy do centrum dla mediów, okupuje teraz kilkunastu czarnoskórych Brazylijczyków wykrzykujących różne hasła na temat mistrzostw. Po krótkich wątpliwościach ochroniarz wypuszcza nas zewnętrznym wyjściem, po „piachu”, obok basenu tuż za stadionem. Posłusznie wychodzimy, nie uśmiecha nam się starcie z bandą rozjuszonych protestujących. Ale o co im tak naprawdę chodziło? Nikt nie wie. Protest dla protestu? A może faktycznie są „contra”?

TOMASZ ĆWIÄ„KAŁA


KOMENTARZE (0)