Mundial z Hazardem, odśnieżanie, futsal i finanse – historia jedynego Tadżyka w polskiej piłce
Weszło

Mundial z Hazardem, odśnieżanie, futsal i finanse – historia jedynego Tadżyka w polskiej piłce

Wywołując temat Azjatów w polskiej piłce pierwszym skojarzeniem są Japończycy – Akahoshi, Murayama czy wcześniej Matsui. Piłkarze z innych krajów nad Wisłę zapuszczają się rzadko, a jeśli już – osiągają niewiele i szybko wracają tam, skąd przyjechali. Na wielką karierę liczył jedyny jak dotąd polski ligowiec z Tadżykistanu, Boha (a właściwie: Buzurgmehr) Yusupov. Oto historia chłopaka, który kilka lat temu rywalizował z Edenem Hazardem na młodzieżowych mistrzostwach świata, a dzisiaj… pracuje w jednym z warszawskich centrów finansowych.
Jego dzieciństwo nie było sielanką. Urodził się w 1991 roku – kilka miesięcy przed tym, jak po upadku Związku Radzieckiego Tadżykistan zyskał niepodległość. W kolejnych latach niewielkim, położonym na terenach górzystych krajem targały wewnętrzne konflikty. – Jak jest wojna, nigdy nie jest dobrze. To nie były łatwe czasy – mówi pytany o pierwsze lata swojego życia. Szybko okazuje się, skąd niechęć do wspomnień. W wojnie domowej, jako sześciolatek, stracił ojca.

MASARNIA ZAMIAST KARIERY

Boha ożywia się dopiero, gdy przechodzimy do tematów związanych z piłką nożną. O swojej przygodzie z futbolem opowiada z ogromnym entuzjazmem. Ten kończy się jednak na początku 2009 roku. Właśnie wtedy, jako osiemnastolatek, po raz pierwszy przyjechał do Polski. – Miałem grać w drugiej lidze rosyjskiej, w Kubaniu Krasnodar, ale potrzebne było do tego rosyjskie obywatelstwo. Była szansa, żebym je dostał, ale musiałbym czekać pół roku. Nie chciałem. Menedżer z Rosji, który się mną opiekował, miał współpracowników w Polsce i załatwił mi tutaj testy – wspomina piłkarz.

Zadałeś sobie pewnie wtedy zasadnicze pytanie: co to właściwie jest Polska?

Bez przesady. Wiedziałem, że istnieje taki kraj. Nie jest tak, że będąc pięć tysięcy kilometrów dalej o niczym nie wiesz. Są wątki, które się kojarzy. Ja Polskę znałem z tego, że była kiedyś socjalistycznym państwem i potęgą w piłce nożnej.

Do potęg z pewnością nie należała Kotwica Kołobrzeg – klub, do którego nastoletni Tadżyk trafił na testy. Ale nie narzekał, przynajmniej przez pierwszych kilka dni. – Kotwica była w czołówce drugiej ligi i walczyła o awans do pierwszej. Pomyślałem sobie, że to świetna opcja, bo grając w drugiej lidze polskiej bez problemu byłbym powoływany do reprezentacji – słyszymy. Niestety, tutaj zaczęły się problemy. – Byłem wolnym zawodnikiem, ale okazało się, że menedżer chciał od klubu pieniądze za to, że podpiszę kontrakt. Ile? Nie wiem. Dziesięć, może dwadzieścia tysięcy…

Nie trzeba dodawać, że taka propozycja mogła spotkać się co najwyżej z uśmiechem politowania kołobrzeskich działaczy. Nie udało się też w Zagłębiu Lubin. Tam Yusupov próbowany był w zespole Młodej Ekstraklasy. – Trener nie zgodził się, żebym został, bo na mojej pozycji grał jakiś reprezentant Polski, który był już szykowany do występów w pierwszej drużynie – wspomina. Pokazuję zdjęcie Adriana Błąda. – Tak, to on. Pewnie teraz jest jakąś gwiazdą ekstraklasy?

Tułaczka po niższych ligach trwała dalej. Karkonosze Jelenia Góra, Pogoń Barlinek… – Miałem pretensje do menedżera, bo nie szukał mi klubu w wyższej lidze, niż czwarta albo trzecia. Kluby, do których trafiałem, nie miały pieniędzy albo nie chciały mi płacić. Byłem w Polonii Leszno. Trener po testach powiedział mi wprost, że nie mają pieniędzy, więc nie mogą płacić mi pensji. Zapytałem: co możecie mi zaproponować?

I jaka była odpowiedź?

Chcieli mi dać mieszkanie i pracę. Nie mogłem sobie wyobrazić, że miałbym grać w piłkę i pracować. Później zrozumiałem, że nawet w drugiej lidze ludzie tak robią. Ale ja miałem wtedy osiemnaście lat i myślałem innymi kategoriami. Wydawało mi się, że jadę do Europy Zachodniej robić karierę. Mimo to, zgodziłem się.

Co to była za praca?

To jest najlepsze. Zaproponowali mi… odśnieżanie. Na początku nie wiedziałem w ogóle, co oznacza to słowo, bo dopiero uczyłem się języka polskiego. Ale to nic. Później, gdy w kolejnym klubie nie dostawałem pieniędzy, byłem już zdesperowany i chciałem za wszelką cenę wrócić do domu, do Tadżykistanu. Ł»eby zebrać pieniądze na bilet lotniczy, musiałem przepracować trzy tygodnie w masarni. Gdy wypłacili mi już ten tysiąc złotych, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Spakowałem się i pojechałem.

NIE BYŁO SAMOCHODÓW

A miało być tak pięknie. 2006 rok. Reprezentacja Tadżykistanu wraca z młodzieżowych mistrzostw Azji, które odbyły się w Korei Południowej. Tadżycy zajęli tam trzecie miejsce, co w praktyce oznaczało awans na zaplanowane na przyszły rok mistrzostwa świata do lat 17. – Po raz pierwszy w historii naszego kraju drużyna piłkarska awansowała na mistrzostwa świata. Traktowali nas wtedy jak gwiazdy! Mieliśmy po piętnaście, szesnaście lat, a przyjeżdżała telewizja, pisały o nas gazety. Było jak we śnie. Federacja na nasze przygotowania wydawała duże pieniądze. Był sprzęt, zgrupowania. Na specjalnym spotkaniu przyjął nas nawet prezydent, a prezes związku obiecał, że po powrocie z mundialu dostaniemy po samochodzie!

Wydawało się, że Bohę i jego kolegów nie spotka już nic lepszego. A jednak! W pierwszym meczu turnieju Tadżykistan pokonał 4:3 Stany Zjednoczone. – Emocji, które nam wtedy towarzyszyły, nie da się opisać. Z postradzieckiego obszaru na mistrzostwach nie było żadnej drużyny oprócz nas. Mówili o nas nawet w rosyjskiej telewizji! Nikt nie mógł w to uwierzyć, to była bajka – wspomina Yusupov. Tadżykistan w fazie grupowej przegrał później z Belgią i Tunezją, ale awansował do ćwierćfinałów z trzeciego miejsca. Kosztem Belgów, w których ekipie wystąpili m.in. Eden Hazard i Christian Benteke. – Hazard w meczu z nami był najlepszy na boisku. Grał w środku pola, z dziesiątką na koszulce, typowy playmaker. Przegraliśmy 0:1, a gola w doliczonym czasie gry strzelił Benteke. Szkoda tylko, że po dośrodkowaniu przyjął sobie piłkę ręką…

Yusupov i spółka odpadli z turnieju w ćwierćfinałowym meczu z Peru, ale dopiero po rzutach karnych. Mistrzem została wtedy Nigeria, która w finale pokonała Hiszpanię z Nacho, Krkiciem czy Illarramendim w składzie.

I co z tymi samochodami?

(śmiech) Jak wróciliśmy, była już inna rozmowa: wiecie, jest ciężko, nie ma sponsorów. Ale dostaliśmy całkiem dobre pieniądze, chyba połowę wartości takiego samochodu.

ZOSTAŁA TYLKO KOSZULKA

Po kompletnie nieudanej próbie zawojowania Zachodu Boha w 2011 roku zakończył swoją przygodę z piłką. Poszedł na studia, znalazł pracę. Koledzy, z którymi grał kiedyś, nie mogli tego zrozumieć. – Gościu, grałeś przecież na mistrzostwach świata! – mówili. Los chciał, że w wieku dwudziestu lat znowu trafił do Polski, ale… już nie jako piłkarz. – Przyjechałem na studia magisterskie. Znajomy dał mi namiary. Wysłałem dokumenty i dzięki temu, że znałem język polski, dostałem się. Przyjechałem do Warszawy, ale z piłką nie miałem już nic wspólnego – opowiada. Pasja jednak pozostała. Po zajęciach, rekreacyjnie, kopał sobie w ligach szóstek, aż w końcu – na zasadzie „znajomy znajomego” – trafił do akademickiej drużyny futsalu AZS Uniwersytet Warszawski. Obecnie to pierwsza liga, czyli drugi poziom rozgrywek.

Nie chciałeś jeszcze raz spróbować w niższych ligach? Miałeś studia, więc nawet gdyby nie wyszło, wiele byś nie stracił.

Wiesz co? Myślałem o tym. Ostatnio proponowali mi nawet jakiś klub w czwartej lidze, w tej, w której gra Polonia. Na pójście do Polonii też mnie namawiali. Ale po tym, co przeszedłem, mam jakieś obawy. Nie chcę przeżywać tego samego po raz drugi. W AZS-ie nie dostaję pieniędzy, ale nie jestem od nikogo uzależniony. Nie muszę co miesiąc chodzić od drzwi do drzwi i niemalże błagać, żeby wypłacili mi 500 złotych, albo w ogóle jakąkolwiek kasę. Tym bardziej, że znalazłem pracę w finansach, czyli zgodną z moim wykształceniem.

Wspominasz czasami mistrzostwa?

W domu, w Tadżykistanie, mam koszulkę, w której grałem. Z siódemką, bo to był mój ulubiony numer. Koledzy czasami się śmieją: Hazard gra w Chelsea, a ty oglądasz go w telewizji. Takie jest życie. Mogę się tylko cieszyć, że zagrałem przeciwko piłkarzowi, który teraz gra tak wysoko.

Ł»ałujesz, że tobie się nie udało?

Ja się po prostu cieszę, jak wychodzę na halę i gram w piłkę w AZS-ie. Mam satysfakcję ze swojego wkładu w zdobycie bramki, albo w zwycięstwo. Cieszę się z małych rzeczy.

MATEUSZ SOKOŁOWSKI

KOMENTARZE (0)