Ondrej Duda. Od tłuczonych talerzy po wielki transfer?
Weszło Extra

Ondrej Duda. Od tłuczonych talerzy po wielki transfer?

Końcówka lutego, wieczór. Grecka restauracja na warszawskim Śródmieściu, ulubiona braci Żewłakowów. Ściany zdobią koszulki polskich piłkarzy, którzy w ostatnich latach grali w kraju Hellady lub na Cyprze. Oprócz Michała i Marcina, wiszą również te od Kamila Kosowskiego, Arkadiusza Malarza czy Marka Saganowskiego. Wystrój wnętrza zaprojektowany przez znanego greckiego designera. Szefem kuchni jest – a jakże – Grek. Trwa właśnie jeden z cyklicznie organizowanych wieczorków, gdy nagle nad głowami gości zasiadających w narożnym, nierzucającym się w oczy stoliku, słychać charakterystyczny trzask. To dźwięk rozbijanych talerzy. Specyficzna forma ekspresji, typowa dla kultury śródziemnomorskiej. Tradycja i wyznacznik tego, że zarówno gościom, jak i gospodarzom humory dopisują.

– Zdziwił się Ondrej, oj, zdziwił. Takiego przestraszonego to go jeszcze nie widziałem – śmieje się Dominik Ebebenge, uczestnik tamtego zdarzenia i jeden z tych, dzięki którym w ogóle było co świętować. Od momentu, kiedy ojciec Dudy, Ondrej senior – były piłkarz, a obecnie trener, dał Legii słowo honoru, że syna odda w ich ręce, minęły dwa stresujące miesiące. Przez ten czas młody piłkarz wraz z rodzicami przeszedł przez prawdziwy test asertywności, cierpliwości i determinacji. Na własnej skórze przekonali się, na jakich zasadach – niejednokrotnie dzikich – działa piłkarski biznes. Dlatego dopiero wtedy, siedząc w restauracji kilkadziesiąt minut po oficjalnym podpisaniu 4,5-letniego kontraktu z mistrzami Polski, obecnych opuściły nerwy. Wreszcie można było wznieść toast i głęboko odetchnąć. 

Dwa dni wcześniej nic nie zapowiadało przełomu. Ebebenge i prezes Leśnodorski prywatnym samolotem polecieli do Koszyc. Bardziej jednak niż „po Dudę” – jak przedstawiały to polskie media – na Słowację wybrali się, aby później mieć czyste sumienie, że zrobili wszystko, co mogli, byle tylko uchronić chłopaka przed półroczną zsyłką do rezerw. Po prostu. Ciężko bowiem mówić o negocjacjach, jeżeli w poprzedniej turze rozmów padły już maksymalne kwoty, jakie Legia była zdecydowana wyłożyć, a właściciele MFK chcieli więcej i więcej za zawodnika, któremu do końca kontraktu pozostawało pół roku i kilka dni. Dobry koniak najwyraźniej miał zmiękczyć przedstawicieli z Polski. Przecież taki kawał drogi to nie jest dystans na wycieczkę krajoznawczą…

Od czasu, gdy dziesięć lat temu bracia Błażej i Marcel Podolakowie zaczęli finansowo stawiać na nogi podupadły klub, przekonali się, że dobrze zarobić mogą wyłącznie na młodym zawodniku z możliwie najdłużej obowiązującą umową. Tak postąpili z Nemanją Maticiem. Anonimowy w tamtym czasie, niespełna 19-letni Serb przyszedł za darmo, ale po trzech rundach próbował odejść zagranicę. Kilka dni spędzonych w drugiej drużynie sprawiło jednak, że przychylniej spojrzał na propozycję prezesa – został na kolejny sezon, a wyjechał za rok. Prawie dwa miliony euro, jakie zapłaciła za niego Chelsea, okazały się świetnym interesem. Tym lepszym, ponieważ za sprawą dwóch kolejnych transferów – do Benfiki i z powrotem na Stamford Bridge, zarabiają na nim do dziś. Solidarity contribution zagwarantowało Słowakom najpierw 70 tys. euro, a w styczniu tego roku aż 330 tys. 

Podolakowie identyczny plan szykowali na Dudę, idąc niemalże pod rękę z najpotężniejszym słowackim menedżerem, Csonto, który reprezentował Ondreja, odkąd ten skończył 15 lat. I jedni, i drudzy mieli interes w tym, aby w przyszłości maksymalnie wywindować kwotę sprzedaży. Chcesz iść do Legii? Proszę bardzo, lecz najpierw podpisz, co trzeba, to my cię potem puścimy. Tyle że Duda się zawziął. Znał konsekwencje, wiedział, że przed nim kilkanaście tygodni w koszyckim odpowiedniku klubu Kokosa. Pokornie trenował, łudząc się „a nuż osiągną porozumienie”. Jak z ceny zjeżdżały Koszyce i walczyły już jedynie z forsowanymi przez Legię ratami, to do akcji wkraczał agent, który swoją zgodę na transfer wycenił naprawdę grubo, po stawkach rodem z Premier League. I tak w kółko. Ponad 100 tys. euro dla kogoś, kto palcem nie kiwnął, to – przyznacie sami – nie jest stawka rynkowa. Nie w Polsce i – zwłaszcza – na Słowacji. 

W tak zwanym międzyczasie, ze względu na fakt, że akcje Dudy w ojczyźnie znacznie wzrosły po tym, jak odebrał nagrodę dla najlepszego młodzieżowca, do braci Podolaków ustawiały się pielgrzymki. Sparta Praga, Dukla Praga, Valenciennes, Nancy, Vitesse Arnhem, blisko współpracujące z Chelsea – każdy z tych klubów słowackiego nastolatka nie tylko chciał, ale – co istotne – złożył za niego ofertę. – Paradoksalnie najbardziej obawialiśmy się Dukli Praga – zaskakuje nas Ebebenge. Dopytywany, dlaczego akurat ich, momentalnie nabiera wody w usta, po czym odsyła do czeskich mediów. I co? Okazuje się, że mają nowego sponsora, działającego metodami nierzadko wręcz chałupniczymi, lecz w większości przypadków wyjątkowo skutecznymi. Otóż wjeżdżają do delikwenta lub jego rodziców z walizką, z której uśmiechają się pliki banknotów podpisanych przez prezesa Europejskiego Banku Centralnego. Rodzicom Dudy zaproponowali 50 tys., ci zaś odprawili gości z kwitkiem. 

Skąd ta wytrwałość, by to Legia była kolejnym pracodawcą ich syna? Kilka lat temu Ondrej senior, zaproszony przez Jana Muchę, przyjechał na Łazienkowską odbyć staż. To było jeszcze za pierwszej kadencji Jana Urbana. Stary stadion, pierwsza faza remontu, generalnie: brud, protest kibiców, czasy takie sobie. Ale jemu się spodobało. Gdy po pewnym czasie poznał skauta warszawian, Radosława Kucharskiego, a także zobaczył, na ile w stolicy Polski sytuacja poprawiła się, coraz bardziej zaczął oswajać się z myślą, że to może być odpowiednie miejsce do dalszego rozwoju dla jego syna. Od 2011 roku Ondrej był monitorowany, natomiast od momentu, w którym przebił się do pierwszego zespołu MFK, praktycznie co tydzień oglądał go ktoś z Legii. Jeździł Ebebenge, podobnie Kucharski, Tomasz Kiełbowicz i bracia Żewłakowowie. Wszyscy byli na tak. 

– W ostatnich dniach lutego cały klub był postawiony na nogi. Dosłownie w każdej chwili mogła przyjść odpowiedź od Słowaków, a wtedy raz dwa trzeba by załatwić przelewy i pozostałe formalności, bo okienko transferowe kończyło się w weekend – wspomina Ebebenge. Liderzy Ekstraklasy pozyskali już wcześniej Guilherme, który zanim doznał kontuzji, zdążył pokazać się z dobrej strony, oraz wytęsknionego napastnika, Orlando Sa. Z perspektywy czasu – mocnego kandydata do transferowej wpadki ery Leśnodorskiego. Ale to właśnie Duda miał być tą wisienką na torcie. – Kiedy zadzwoniliśmy do Ondreja, żeby mu powiedzieć, że na 99 proc. jutro zamelduje się w Warszawie, w jego domu trwał akurat zjazd całej rodziny. Było bardzo głośno. Jak doszedł do siebie, napisał sms-a. Tego, którego prezes później zamieścił na Twitterze.



Kontrakt progresywny, na 4 i pół roku. Początkowo 4 tys. euro miesięcznie. Podolakowie przyklepali 300 tys. euro w ratach, a menedżer obszedł się smakiem. Dzień po wspomnianym we wstępie biciu talerzy w greckiej restauracji, Leśnodorski i spółka zarobili potężnego dzwona. Ligowy mecz z Jagiellonią, przed którym Dudę przedstawiono kibicom, został przerwany na skutek zamieszek na trybunach. Wkrótce na klub miały się posypać wysokie kary. Spory szok przeżył również sam piłkarz, ponieważ na Słowacji rzadko kto w ogóle oglądał piłkę nożną. Złe miłego początki? Nie tak od razu.



Duda dosłownie po kilku treningach dość niespodziewanie wskoczył do wyjściowej jedenastki na wyjazdowe starcie ze Śląskiem. Tam po raz pierwszy pokazał, że nadaje na tych samych falach, co lider zespołu, Miroslav Radović. Niby zostawił po sobie pozytywne wrażenie, ale wcześniej fatalnie przestrzelił w dwóch stuprocentowych sytuacjach. Gdyby trafił przynajmniej raz, legioniści wróciliby z Wrocławia, mając w dorobku dwa punkty więcej. Mimo że jego przygotowania do rundy wiosennej odbywały się na wariackich papierach – gdzieś w zawieszeniu między rezerwami MFK, treningami indywidualnymi oraz zgrupowaniem słowackiej młodzieżówki – Henning Berg za każdym razem znajdował dla 19-latka miejsce w składzie. Ten norweskiego szkoleniowca z reguły nie zawodził, może poza hitowym starciem z Lechem, gdy próbował technicznych zagrań, aczkolwiek były one co najwyżej sztuką dla sztuki. Przerost formy nad treścią, kilka zbyt łatwych strat, a także szorstka wymiana zdań z Michałem Żyro, poirytowanym graniem pod siebie młodszego kolegi – tak, to nie był jego dzień.

Tak czy inaczej: widać, że będą z niego ludzie. Już są, a mogą być o wiele, wiele więksi. Póki co zyskał rzecz najważniejszą dla gracza przednich formacji – akceptację najważniejszych zawodników. Nie boją się podać mu piłki, nawet kiedy dwie poprzednie stracił. Pokazał też, że dobrze gra w tłoku, na jeden-dwa kontakty, a w polu karnym futbolówka często spada mu prosto pod nogi. – Podoba mi się, jak sobie radzi. Widać, że jest dobry technicznie i czuje się pewnie po udanym początku. Ale musi pamiętać, że w Legii większość młodych chłopaków dobrze zaczęła, lecz problemy pojawiły się dopiero później, ze stabilizacją formy – przestrzega swojego następcę w środku pola Dominik Furman, tej zimy sprzedany do francuskiej Tuluzy za blisko trzy miliony euro.

Maciej Rybus, Ariel Borysiuk, Daniel Łukasik, Żyro i Furman. Każdy z nich do pierwszego składu mistrzów Polski wchodził z przytupem, ale po udanym półroczu, przychodził frustrujący okres dość długiego regresu formy. Z tego grona wyłamał się w zasadzie jedynie Rafał Wolski, choć w pewnym sensie „wybronił się” przed tym ciężką kontuzją. 

Czy Duda przetrwa nieuniknione wahania formy jako czołowy ofensywny piłkarz ligi? Jeżeli tak, szybko przypomni sobie o nim Jan Kozak, selekcjoner dorosłej kadry naszych południowych sąsiadów, który już raz Ondreja wprowadzał do zespołu, w Koszycach. Póki co, w Legii Słowak przeciera ścieżkę dla najzdolniejszych, opartą na szczególnej relacji na linii piłkarz-klub. Raz jeszcze Ebebenge: – Chcemy w takich przypadkach reprezentować zawodnika, aby nie mieszał mu w głowie żaden menedżer. Niech taki piłkarz zarabia w systemie motywującym, niech pieniądze wędrują do niego, jego rodziny i klubu, który inwestuje w jego postęp – wylicza. Co to ma dokładnie oznaczać? – Traktujemy go uczciwie od początku do końca, a dzięki naszym kontaktom, starannie planujemy dalszą drogę kariery – tłumaczy Kierownik ds. rozwoju i Koordynator działu sportu mistrzów Polski. Czyli, w dużym uproszczeniu: agentem Dudy jest duet Ebebenge-Żewłakow, który dba o interesy młodego rozgrywającego przy pełnej aprobacie jego rodziców. 

Czy taki schemat z myślą o najzdolniejszych, pomijający wszelkiej maści menedżerów, sprawdzi się na dłuższą metę? Legii byłoby to bardzo na rękę, ale najpierw chcą pokazać na przykładzie Dudy, że to najlepsze, co może spotkać młodego piłkarza, a duży transfer zawsze działa na wyobraźnię. I znów nadarzyłaby się okazja, żeby zbić parę talerzy… 

PIOTR JÓŹWIAK

KOMENTARZE (0)