Jak co wtorek: Krzysztof Stanowski
Blogi i felietony

Jak co wtorek: Krzysztof Stanowski

Śląsk Wrocław to jeden z tych klubów, których kompletnie nie rozumiem. Nie wiem, kiedy ostatni raz czytając doniesienia o jakimkolwiek ruchu działaczy pomyślałem sobie: o, to logiczne. Albo: hmm, sprytne. Natomiast notorycznie łapię się za głowę. Łapałem się, gdy klub nie wyrzucał Diaza za zwyzywanie Lenczyka, lecz wymuszał na Lenczyku zabranie zawodnika na mecz w europejskich pucharach. Otwierałem szeroko oczy, widząc „walkę” o Tomasza Jodłowca czy Marcina Kowalczyka. Nie dowierzałem, gdy zatrudniano Levy’ego. Nie rozumiem też, gdzie zysk w przesuwaniu Gikiewicza do rezerw i jaki sens miała walka z Tarasiewiczem.
W sprawach Śląska jestem permanentnie zdumiony.

To pewnie w dużej mierze wynika z tego, że jeśli miasto jest (współ)właścicielem klubu, to nie jest najzdrowszy i najmądrzejszy układ na świecie. Podobnie funkcjonuje na przykład Górnik Zabrze, a Łukasz Mazur – by uzmysłowić, jaki to bezsens – zwykł pytać: czy wyobrażasz sobie, że Hanna Gronkiewicz-Waltz wybiera trenera Legii?

No, nie wyobrażam sobie.

Natomiast w kwestii Śląska jestem w stanie wyobrazić sobie absolutnie wszystko, ponieważ dawno zrozumiałem, że nie warto powoływać się na zdrowy rozsądek tam, gdzie go po prostu nie ma. Zmieniają się ludzie na najważniejszych stołkach, lecz ciągle widzę ogromny deficyt myślenia. Zwykłego, zdroworozsądkowego myślenia.

Weźmy pod lupę aktualne wydarzenia: po drugim meczu w 2014 roku zwolniono Stanislava Levy’ego, przy czym pierwszy mecz rozgrywany był w Poznaniu i tam Śląsk przegrał dość pechowo (dopóki Teodorczyk takie strzały oddaje raz na rok, a nie raz na dwa tygodnie, stratę gola w ten sposób traktuję w kategoriach pecha). Nie mam zamiaru bronić czeskiego trenera, nigdy bym go nawet nie zatrudnił, tylko zwracam uwagę na niepodważalne fakty: Śląsk przegrał dwa mecze, w tym pechowo w Poznaniu. Zresztą porażka z Lechem dla każdego normalnego człowieka była wkalkulowana – na tej samej zasadzie, na jakiej jeśli prowadzisz Sampdorię Genua, to bierzesz pod uwagę przegraną z Napoli. Masz nadzieję, że uda się coś ugrać, ale nie rozpaczasz, gdy planowo zwycięży twój przeciwnik.

Śląsk przegrał więc tak naprawdę jeden mecz, którego przegrać nie powinien, nawet biorąc pod uwagę wysoką pozycję Ruchu Chorzów w tabeli. I od razu po tym meczu doszło do zmiany trenera. Bum! Nie czekano nawet do poranka.

Nie chodzi mi o to, że Czecha zwolniono za wcześnie. Za późno. W idiotycznym momencie.

Śląsk zakończył 2013 rok z marnymi 24 punktami. 24 punkty w grudniu 2013 roku wyglądały dokładnie tak samo kiepsko jak wczoraj. Nic nie stało na przeszkodzie, by wtedy podjąć decyzję, czy Levy się nadaje, czy nie. Pracował w końcu od września 2012 roku, prowadził drużynę w 48 meczach ligowych, więc nie trudno było o materiał do analizy. Wrocławianie nie tylko mogli, ale powinni zatrudnić nowego trenera przed okresem przygotowawczym, dając mu możliwość poznania drużyny i ewentualnego namierzenia słabych punktów. Zrobili to? Nie, wręcz przeciwnie. Zostawili Levy’ego i pozwolili mu prowadzić politykę personalną. Czech kupował do Śląska piłkarzy, z którymi użerać się będzie teraz musiał jego następca. Z jednej strony klub kontraktuje nowego szkoleniowca, z drugiej – kontraktuje piłkarzy zaakceptowanych przez poprzedniego. To zarządzanie na poziomie gimnazjum.

Łopatologicznie: w grudniu działacze uznali, że Levy to dobry trener i powinien pracować dalej, mieli wtedy pełną wiedzę na jego temat. Po kilku dniach rundy wiosennej zmienili zdanie. Albo wtedy zaniechali swoich obowiązków, albo teraz postąpili zbyt pochopnie. Nie ma innej możliwości.

W typowym wrocławskim chaosie narodziła się idea, by zatrudnić Tadeusza Pawłowskiego. Miętę do tego człowieka (chciałem napisać „szkoleniowca”, ale zwyczajnie nie wiem, czy na pewno byłoby to zgodne z prawdą) czują w Śląsku od dawna, ilekroć dochodziło do zmiany trenera, to przebąkiwano właśnie o tym panu. Rozumiem, że jest jakąś tam piłkarską legendą klubu, ale należy zadać oczywiste pytanie: czy to w ogóle trener? Kiedyś trenerem być próbował, a to, że w ostatnim czasie gdzieś w Austrii szkolił dzieci, wynikało głównie z jednego: w trenerce mu nie poszło. Prowadził Śląsk w sezonie 1992/93 i… spadł z ekstraklasy. Składu może nie miał nadzwyczajnego, ale z utalentowanym Adamem Matyskiem i solidnymi ligowcami: Zbigniewem Mandziejewiczem, Waldemarem Tęsiorowskim, Sławomirem Twardygroszem, Piotrem Brzozą czy Siergiejem Basowej (napastnik, dobry bilans w lidze: 31 meczów – 12 goli). OK, Mandziejewicz to wtedy była duża klasa, pozostałe nazwiska nie rzucają na kolana, ale trzymajmy się faktów: facet raz już trenował Śląsk – 21 lat temu – i spadł z nim z ligi. Od tamtej pory nie zmazał tej plamy, nie przykrył porażki trzema innymi trenerskimi sukcesami. Nie ma podstaw, by sądzić, że jest lepszy niż był lub że tamto stanowiło ledwie wypadek przy pracy, jaki zdarzyć się może najlepszym.

Tak naprawdę Śląsk w roli trenera zatrudnia człowieka, który nie jest trenerem. 61-letniego faceta, który trenerem kiedyś chciał zostać, ale mu nie wyszło. Dokładnie na tej samej zasadzie Legia mogłaby zatrudnić Roberta Gadochę, Wisła Andrzeja Iwana, a Lech Poznań – Mirosława Okońskiego. Świat jest pełen byłych piłkarzy, którzy w trenerce nie dali rady. Nie twierdzę, że Pawłowski na pewno teraz sparzy się ponownie i po raz drugi spuści Śląsk z ekstraklasy. Absolutnie – piłka jest tak nieprzewidywalna, że gość może się okazać strzałem w dziesiątkę. Sęk w tym, by zarządzając jakąkolwiek firmą, zdawać się na racjonalne przesłanki, na skrupulatne planowanie, analizę, coś musi wynikać z czegoś. Na co zdaje się Śląsk? Na ślepy los. Nic ponad ślepy los. Jan Tomaszewski nazwałby to taktyką „na udo”. Albo się udo, albo się nie udo.

Pawłowskiemu bardzo dobrze z oczu patrzy, los go bardzo doświadczył, więc tak naprawdę trzymam za niego kciuki. Chciałbym, żeby mu się udało. Nie zmienia to jednak faktu, że pomysł zatrudnienia akurat Pawłowskiego jest irracjonalny, nie da się go obronić na poziomie logiki. Śląsk nie wie, jaki to trener, bo nikt tego nie wie – przecież nie mogli go obserwować podczas pracy. Oczywiście, każdy wybór należy jakoś uzasadnić, żeby kibice się nie czepiali, więc teraz działacze chwytają się tej pracy Pawłowskiego z dzieciakami i młodzieżą. Mówią: – Niech nam tu zbuduje prawdziwe struktury, od podstaw.

I mówią to ci sami ludzie, którzy właśnie zatrudnili Picha (Słowacja), Juanito (Hiszpania), Droppę (Czechy), Heteleya (Anglia), gdzieś w kolejce podobno czeka jeszcze Japończyk. To transfery nie sprzed roku, raczej sprzed tygodnia. Widzicie gdzieś wspólny mianownik? Widzicie konsekwencję? Ja jej nie dostrzegam.

Śląsk miewał w ostatnich latach sukcesy, natomiast na poziomie zarządzania jest niezmiennie klubem śmiesznym. Przegrywa wszelkie starcia na argumenty (Jodłowiec, Kowalczyk, Tarasiewicz), zatrudnia głupio, zwalnia głupio, w zespole notorycznie wrze, nawet największe triumfy pociągały za sobą kłótnie. Trudno nie zauważyć olbrzymiego potencjału, który został roztrwoniony. Wesołe, spontaniczne zarządzanie sprawia, że z każdym miesiącem zamiast lepiej, to jest tylko gorzej. Lenczyka zwolniono po tym, jak zdobył mistrzostwo Polski i zastąpiono dysponującym dyskusyjnym CV Levym, teraz po kilku dniach rundy wiosennej zwolniono Levy’ego i zatrudniono Pawłowskiego o CV nawet nie dyskusyjnym, co żadnym.

Coraz bardziej się waham, czy spadek Widzewa i Podbeskidzia musi być taki przesądzony…

KOMENTARZE (0)