Jak co wtorek: Krzysztof Stanowski
Blogi i felietony

Jak co wtorek: Krzysztof Stanowski

Przed meczem Legii z Koroną Kielce zmarł pan Benek Okrasa, niezwykle sympatyczny człowiek. Pamiętam jak jeszcze chodziłem na mecz razem ze śp. tatą, na trybunę „D – Górna” i spoglądałem w stronę znajdującej się trochę niżej trybuny honorowej. Można tam było wypatrzeć znanych polityków czy aktorów, a także… pana Benka właśnie. Ilekroć padał gol, ten pogodny jegomość zdejmował marynarkę i podrzucał ją jak najwyżej w górę. Pewnie na trzy metry, chociaż gdy zatopię się we wspomnieniach, to wyobraźnia dzieciaka podpowiada, że czasami marynara leciała aż po sam dach trybuny krytej.
Głowy sobie uciąć nie dam, ale jestem prawie pewien, że pan Benek należał też do grupy starszych kibiców – już wtedy pewnie emerytów – którzy przychodzili na każdy trening, siadali gdzieś za bramką i zaczynali komentować. Czasem wesoło, czasem zgryźliwie – na tyle, że niektórym zawodnikom puszczały nerwy. Śmiechu było co nie miara, gdy zawodowy piłkarz eksplodował ze złości nie tyle z powodu beznadziejnego strzału, ile rechotu kilku dziarskich dziadków.

Fruwająca marynarka pana Benka była jego znakiem rozpoznawczym. Chodził nerwowo po trybunie, w górę i w dół, nie zważając na pohukiwania porządkowych („proszę zająć miejsce”). Zbyt się denerwował, by oglądać mecz siedząc. I kiedy wreszcie padała bramka, cały promieniał. Później inni kibice oddawali mu a to monety, a to portfel, a to roztrzaskany telefon – wszystko, co akurat z marynarki wypadło. Bo pan Benek chociaż rzucał marynarką prawie że co mecz, to jednak sprawiał wrażenie człowieka, który na ten rzut nie jest przygotowany. Rzadko w porę opróżniał kieszenie.

Pasjonaci.

Gdyby miał wymienić największych pasjonatów, jakich w życiu miałem przyjemność i zaszczyt poznać, byłby to pewnie pan Benek oraz Wiesław Giler, nieżyjący już niestety właściciel tygodnika „Nasza Legia”. Pan Giler był nie tylko fanatycznym kibicem, ale też niezwykle prężnym biznesmenem, a pieniądze wydawał we wspaniały sposób: między innymi wspierając domy dziecka. W dużej mierze, to Wiesław Giler stworzył podwaliny pod „marketing” stosowany przez polskie kluby. To on zabierał piłkarzy Legii na spotkania do szkół, szpitali i do domów dziecka właśnie, to on zapraszał na mecze grupy kibiców, robił dla klubu więcej niżâ€¦ sam klub robił dla siebie. Nie zawsze z tego powodu spotykały go uprzejmości, bywało, że wręcz przeciwnie – że jakby zazdrośni działacze chcieli się go pozbyć, bo wchodził w ich kompetencje i tym samym zmuszał do działania. Czasami jeździliśmy razem na mecze (najdłuższa podróż – do Udine), więc były okazje do długich dyskusji. Zazwyczaj dotyczyły futbolu, zawodników, wyższości jednego prawoskrzydłowego nad drugim.

Dlaczego piszę o tych dwóch fantastycznych postaciach?

Ponieważ czasami mam ich przed oczami, gdy czytam internetowe wpisy dzieciarni. W stylu „to my jesteśmy prawdziwymi kibicami”, „my byliśmy, jesteśmy i będziemy”, „jak ci nie pasują race, to oglądaj mecz w telewizji”. Bla, bla, bla. Patrzę na tę dyskusję, w której jedna grupa – nie tyle liczniejsza, co głośniejsza, silniejsza, lepiej zorganizowana, bardziej witalna – stawia się ponad drugą. 16-letnie łebki (chociaż oczywiście nie brakuje też tam osób starszych), przekonane niemal, że są „solą tej ziemi”. Nieznające kompromisu, mające monopol na jedynie słuszne poglądy i zachowania.

A gdy ja myślę o „prawdziwym kibicu”, to widzę pana Benka podrzucającego marynarkę i pana Wiesława, zawożącego gadżety Legii gdzieś do domu dziecka na Mazurach. Wiesławowi Gilerowi serce się krajało, gdy kibic wyrwał krzesełko lub też zrobił cokolwiek, co narażało klub na straty. Wtedy z nerwów wychodził z siebie.

Dyskusja o racach znowu wybuchła, ale jest to dyskusja nie tylko o pirotechnice, ale o szacunku. O szacunku wobec kibiców z innych trybun, którzy być może zostaną przez wojewodę pozbawieni możliwości oglądania meczów na żywo. O szacunku jednego pokolenia wobec drugiego. Tego szacunku – tak na stadionie, jak w internecie – nie widzę. Pewnie takie jest prawo młodości, rozumiem. Chciałbym jednak powiedzieć jedno: pan Benek nie rzucał marynarką po każdej odpalonej racy, tylko po każdej bramce. W pierwszej kolejności interesowało go to, co działo się na boisku. I nie był w tym odosobniony. Zachowywanie się tak, by nie mógł wejść na mecz, jest zwykłą podłością. A wmawianie innym, że przychodzą, aby oglądać „oprawy”, głupotą i megalomanią.

Młodzi piszą: my byliśmy, jesteśmy i będziemy, race były, są i będąâ€¦ Nie będzie ani was, ani rac. Nie piszę tak dlatego, że mam zamiar kogokolwiek wyganiać, ale po prostu czasami się rozglądam wokół siebie i wyciągam wnioski. Zacznijmy od tego, że „was” nie będzie. Nie będzie, bo… takie jest życie. Dzisiaj jesteście przekonani, że „Legia albo śmierć”, że na trybunie będziecie się pięknie starzeć. Ale tak samo twierdzili ludzie pięćdziesiąt lat temu, czterdzieści, trzydzieści, dwadzieścia, dziesięć… Gdyby faktycznie ludzie kibicowali dożywotnio, to każdy stadion byłby zbyt mały, nawet stutysięcznik. Ilu widujecie staruszków na meczach? Ja widywałem pana Benka i jeszcze kilku. Ale ilu? Policzcie i zastanówcie się, co z tego wynika. Z pełną pokorą. A ilu pięćdziesięciolatków? Otóż znikniecie z tych trybun tak samo jak znikali wasi poprzednicy – bo się znudzicie, bo urodzą się dzieci, bo nie będzie czasu, bo pasja minie. Dzisiaj myślicie, że to niemożliwe, ale wystarczy się rozejrzeć i chłodno pomyśleć.

W każdym razie – coraz mniej podoba mi się dzisiejsze kibicowanie. Kiedyś oczywiście też robiło się wiele głupot, pamiętam „Różyka” i zawsze cieszyłem się, że jest to świrus z tej strony barykady, a nie z tej drugiej. Wokół klubu od dziesiątków lat kręcili się różni ludzie, nie wszyscy mądrzy, niektórzy agresywni, jeszcze inni naprawdę mocno sfiksowani. Był etap skinheadów (sektory pełne kurtek wywiniętych na lewą, pomarańczową stronę), późniejszy etap zasadzania się na pociągi z kibicami, komitety powitalne na dworcach, jeszcze późniejsze ustawki. To wszystko sukcesywnie znikało, bo znikali ci ludzie. Działy się rzeczy idiotyczne, natomiast wszystko, za co należało się wstydzić, wynikało… z głupoty. Po prostu – z głupoty, nierozwagi, braku rozsądku. Nie było jednak „jednej linii programowej”, nie było podziału na tych, którzy mówią innym, jak mają myśleć. Kibicowanie było uczestniczeniem w jakiejś zbiorowości, w której były jednostki bardzo inteligentne, były głupki, byli wariaci. Cokolwiek się działo, działo się spontanicznie. Było tam miejsce i dla „Różyka”, i dla „Autobusa”, i dla Wiesława Gilera, dla „Rouena” oraz dla Benka Okrasy. Taki bigos charakterów i osobowości. Gdy sędzia gwizdał po raz pierwszy, wszyscy wgapiali się w piłkę jak zaczarowani.

Dzisiaj widzę zorganizowany ruch, niemal ruch polityczny, nie znoszący sprzeciwu. Dla niektórych jest to fajne, bo daje – zwodnicze, jak mi się zdaje – poczucie siły. Dla innych męczące. Ja w kwestii kibicowania już dawno jestem po drugiej stronie rzeki, ale mam kolegów, którzy przyznają szczerze: – Mamy już po dziurki w nosie tej agitacji, tej polityki, tej historii, tych „Ł»ołnierzy Wyklętych”, tego sztucznego patriotyzmu, tęsknimy za zwykłą piłkąâ€¦ Z kolei mój dawny kumpel z Legii, „Broda”, mówi: – Przestałem chodzić, bo miałem dosyć tego, że jakiś gówniarz mi mówi, gdzie mogę stać, co mam krzyczeć, jak mam być ubrany, kogo mam lubić.

Wielu mówi: – Kiedyś chodziło się, żeby obejrzeć mecz, wesprzeć drużynę, dopiec przeciwnikowi, chodziło się dla ulubionych piłkarzy. Chcielibyśmy wrócić do korzeni.

A korzenie każdego są takie same. Ja gdy po raz pierwszy poszedłem na mecz, to cały stadion skandował „Wojtek Kowalczyk”. Chodziłem dla „Kowala”, dla Leszka Pisza, dla Podbrożnego, dla Michalskiego… Analizowałem każdą akcję, przejmowałem się nieudanymi strzałami i byłem wniebowzięty, gdy padał gol. Każdy zaczynał tak samo – od piłki. To piłka przyciągnęła nas na stadion po raz pierwszy, to emocje związane z czystym futbolem trzymały nas na ławkach czy później na krzesełkach. Oczywiście, było też szeroko pojęte kibicowanie. Wyzywaliśmy napastników drużyn przeciwnych, sędziego, śpiewaliśmy niewybredne piosenki, zazwyczaj w konkretnych momentach meczów, ponieważ wtedy doping był ściśle połączony z tym, co działo się na murawie. Wiadomo było, co się zaskanduje przy rzucie rożnym, a co wtedy, gdy przeciwnik zwija się z bólu („Dobić go!”). Wszystko toczyło się wokół gry, podczas gdy dzisiaj to są już tylko jakieś chórki, całkiem sprawne, ale tylko chórki. Piłka zeszła na drugi plan. Wtedy to co działo się na trybunach, dodawało pikanterii, ale wciąż stanowiło jedynie dodatek.

Dzisiaj wielu młodych i zadufanych kibiców chce wmówić, że to piłka stanowi dodatek do ich działalności. Mówią: jeśli jest inaczej, to przyjdźcie i nam to powiedzcie prosto w twarz. Ale nie każdy ma ochotę na takie dyskusje, bo niektórzy ponad wszystko cenią sobie święty spokój. Machacie flagami z podobizną Lucjana Brychczego, ale swoim egoistycznym zachowaniem sprawiacie, że ludzie, którzy gole pana Lucjana oglądali z trybun nie mogą przyjść na mecz (bo zamknięte). Na stadionie jest miejsce i dla młodych, i dla starych, i dla zagorzałych, i dla „Januszów”. I każda grupa powinna pamiętać o drugiej. Tam gdzie zaczynają się represje dla starszych, dla „Januszów”, tam powinna się kończyć wolność „Ł»ylety”.

Za dwadzieścia lat race będą niemodne, a was – tych, którzy uważają, że swoboda w ich odpalaniu jest ważniejsza niż dobro klubu i ważniejsza niż interes kibiców z trzech pozostałych trybun – też już nie będzie. Nowe pokolenie będzie was wówczas irytować jakimś swoim wymysłem, swoją walką o wydumaną wolność i głupawe ideały.

Zostaną nieliczni… prawdziwi kibice. Tacy jak do niedawna Świętej Pamięci Benek Okrasa i jak Świętej Pamięci Wiesław Giler. Gdy dzisiaj zawłaszczacie pojęcie „prawdziwego kibica”, ja marzę o tym by cofnąć czas i zobaczyć fruwającą marynarkę. Cieszyła mnie po stokroć bardziej niż wasze oprawy.

PS
Wpis dotyczy Legii, ale… czyż nie jest uniwersalny? Nieważne któremu klubowi kibicujesz – czy u ciebie nie jest tak samo?