Mikołaj Lebedyński: Nie żałuję, że wyjechałem. Mam żal, że tak to się skończyło
Weszło

Mikołaj Lebedyński: Nie żałuję, że wyjechałem. Mam żal, że tak to się skończyło

– Grałem w Pogoni na kontrakcie juniorskim i przy próbie jego przedłużenia chciano mnie – że tak delikatnie to ujmę – niezbyt miło potraktować. I ja się postawiłem, a trener Mandrysz powiedział na Weszło, że zmieniły się u mnie priorytety i stosunek do pieniędzy. Ł»e nagle wyżej zacząłem cenić sobie kasę niż rozegrane w lidze minuty. Ktoś postronny mógł to w ten sposób odebrać, natomiast ja uważam, że po prostu walczyłem o swoje. Niewielu wie, że całą drugą ligę i niemal cały rok w pierwszej grałem za 500 złotych miesięcznie – mówi w długim wywiadzie dla Weszło nowy napastnik Podbeskidzia, Mikołaj Lebedyński.
Rok temu w rozmowie z Weszło przyznałeś, że powrót do Polski byłby dla ciebie krokiem wstecz.
No i cóż, dalej tak sądzę. Jak już człowiek wyjedzie zagranicę, to dobrze byłoby, gdyby się tej zagranicy jednak trzymał.

Optyka ci się zmieniła?
Nie, myślę, że nie. Po prostu czasami takie jest życie piłkarza i nie zawsze wszystko zależy od niego. Na chwilę obecną uznałem, że to będzie najlepszy dla mnie wybór i dlatego jestem teraz w Podbeskidziu.

Najlepszy czy jedyny?
Najlepszy. Miałem inne opcje, ale nie były to oferty, z których chciałbym na tym etapie kariery skorzystać. Nie interesują mnie jeszcze ligi skrojone na dorobek, więc opcje wschodnie odrzuciłem. Jest Podbeskidzie – nie lada wyzwanie zarówno dla mnie, jak i dla klubu, który walczy przecież o utrzymanie. W Ekstraklasie jeszcze nie zagrałem i wreszcie będę miał okazję, żeby się pokazać. Pewnie nawet nie tyle przypomnieć, co przede wszystkim przedstawić. Chyba czas najwyższy, żeby to wreszcie zrobić, bo nazwisko może i ktoś kojarzy, ale grę już raczej niekoniecznie. Mam kontrakt do końca rundy i zobaczymy, co z tego wyniknie.

Czyli wbrew informacjom podanym przez oficjalną stronę Podbeskidzia, nie podpisałeś kontraktu na rok z opcją przedłużenia?
Nie, zdecydowanie nie. Kontrakt podpisałem na pół roku. Nie wiem skąd wzięła się ta informacja o rocznej umowie. Może jakaś kalka była podłożona? (śmiech) Nie wiem. Z tego, co mi wiadomo, kontrakt podpisałem na pół roku.

Transfer do Holandii był dla ciebie darem od losu? Wyrwałeś się z I ligi prosto do silnej Eredivisie.
Gdzieś kiedyś coś takiego przeczytałem. Czy dar od losu? Myślę, że… nie wiem czy nazywać to darem. Na pewno miałem szczęście, że mogłem pojechać na testy i pokazać się trenerom na dwutygodniowych testach. To byłem ja, nikt tam za mnie nie pojechał. Zaprezentowałem się na tyle dobrze, że podpisałem kontrakt. Nie był to więc transfer w ciemno, tylko efekt sprawdzianu, który zaliczyłem. Miałem dużo szczęścia, że pojawiła się w ogóle możliwość pojechania na testy, ale szansę wykorzystałem już sam.

To prawda, że o tych testach zdecydował jeden mecz, oglądany przez skautów z wysokości trybun?
Nie do końca. Graliśmy mecz ćwierćfinału Pucharu Polski z Zagłębiem Sosnowiec. W pierwszym spotkaniu strzeliłem dwie bramki, wygraliśmy 3:0 i sprawa awansu była już właściwie przesądzona. W rewanżowym starciu w Szczecinie w bramce Zagłębia stał Mateusz Prus, którego przyjechali obserwować skauci i trener bramkarzy Rody. Było to w okresie, w którym nie dostawałem zbyt wielu szans w Pogoni, ale tym razem zagrałem od początku, bo półfinał już po pierwszym meczu mieliśmy niemal zapewniony. Mój fart polegał na tym, że skauci nie przyjechali oglądać mnie, tylko Mateusza, ale zagrałem na tyle dobrze, że gdzieś tam w notesie moje nazwisko sobie zapisali. Czy jednak ten mecz zdecydował o testach? Szczerze mówiąc, nie wiem.

Trener Mandrysz, który prowadził cię wtedy w Pogoni, stwierdził wprost, że zawdzięczasz transfer obrotności menedżera, bo w I lidze dopiero raczkowałeś.
Takie jest zdanie trenera Mandrysza i szczerze mówiąc nie do końca się z nim zgadzam. Nie byłem gwiazdą I ligi, bo dopiero gdzieś tam małymi kroczkami pchałem się do przodu, więc tutaj trener ma rację. Same testy były oczywiście zasługą menedżera i trudno powiedzieć inaczej, bo to przede wszystkim jemu zawdzięczam otrzymanie szansy sprawdzenia się w Holandii, ale później nikt za mnie na te dwa tygodnie do Rody nie pojechał. Byłem tam ja we własnej osobie i na podstawie tego, co zaprezentowałem, klub podpisał ze mną kontrakt.

Powiedziałeś, że umiejętności zawodników specjalnie cię nie zaskoczyły, ale sporym szokiem okazały się treningi.
Tak, na początku miałem z tym duży problem. Mieliśmy belgijskiego trenera, Harma van Veldhovena, u którego zajęcia były bez porównania cięższe, niż później u Holendra Ruuda Brooda, który go zastąpił. Nawiasem mówiąc, jeden z mniej przyjemnych trenerów z jakimi miałem okazję pracować. Mało kto go lubił, nawet zawodnicy, którzy mieli pewne miejsce w wyjściowym składzie. Potrafił wywalić kiedyś z obiadu Mateusza Prusa mówiąc mu bez powodu, że dla niego posiłku tego dnia nie ma. Niesamowity burak. Dobra, wracamy do tych treningów. Mój problem polegał też na tym, że po testach następny miesiąc spędziłem w Polsce, bo Roda miała jakiś zakaz transferowy czy coś w tym stylu. Chodziło o to, że w finansowych sprawozdaniach klub nie miał żadnej rezerwy budżetowej, którą mógłby przeznaczyć na kupno nowych zawodników. Wystarczało na płynne przejście przez cały sezon, ale nic poza tym, dlatego wszystko załatwiane było aż miesiąc i Holendrzy najpierw zapłacili Pogoni za moje wypożyczenie, a dopiero później przeszedłem do nich na stałe jako wolny zawodnik.

Wiedziałeś po testach, że cię chcą, ale musiałeś miesiąc czekać na finalizację całej sprawy. Nie bałeś się, że w końcu się rozmyślą i machną na ciebie ręką?
Wiadomo, jak to jest. Minął tydzień, później drugi i chłopaki w szatni zaczynali się dopytywać: ” no co z tobą? Idziesz? Nie idziesz?”. A ja im mówię: „spokojnie, pewnie, że idę”. Ale jak trzeci tydzień minął, to tej pewności zaczynało trochę brakować i delikatne docinki kolegów się pojawiły. W Pogoni, wiadomo, w ogóle nie byłem brany pod uwagę, bo liga już się zaczęła, a trener cały czas układał zespół beze mnie. Pamiętam, że któregoś dnia zobaczyłem się jednak na liście przed jakimś meczem pucharowym, ale wieczorem dostałem telefon, że wszystko zostało załatwione i na drugi dzień mogę przyjeżdżać do Holandii. Trochę na wariackich papierach było to wszystko dogadywane, ale na szczęście się udało.

Do Rody też przyjechałeś już po rozpoczęciu sezonu.
Tak, dołączyłem dopiero 15 sierpnia, więc było co nadrabiać. Bardzo dużo siłowni i dynamicznych gierek czterech na czterech. Dawało w kość i momentami było bardzo ciężko, ale jakoś dawałem radę. Później w sezonie nie było zresztą lżej, bo zazwyczaj na początku tygodnia trener serwował nam ostrą siłownię ze wstawkami w postaci niezliczonej ilości sprintów… Nie powiem, nogi nie raz się zapaliły. Nie miałem jednak na co narzekać. Cieszyłem się, że udało mi się przekonać do siebie sztab i dostałem szansę w Rodzie, bo patrząc na moje statystyki…

… to chyba jedyna rzecz, z której nie masz jak się wybronić. Sezon 2008/2009 – siedem bramek w 13 meczach. Później pięć goli w 30 występach w lidze i Pucharze Polski i na koniec trzy trafienia w dwudziestu spotkaniach za sezon 2010/2011.
Dokładnie tak. Nie mam się jak wybronić, ale mimo wszystko chyba spróbuję (śmiech). Kiedyś sam te statystyki dość uważnie śledziłem i np. w sezonie 2010/2011 zaliczyłem, jak wspomniałeś, 20 spotkań, ale jeśli spojrzysz na minuty, to wyjdzie ich tylko dziesięć, czyli ledwie pięć na rundę. Trochę mało, prawda? Ale cóż, nikt nie zwróci przecież na to uwagi. Analizowałem sobie zresztą później moją rundę w Szwecji i doszedłem do wniosku, że moim problemem – może to trochę za duże słowo, ale chyba mogę tak to nazwać – jest fakt, że po dobrym meczu bardzo często brakuje mi tej kropki nad „i” w postaci strzelonego gola. Tego udokumentowania w statystykach mojego udanego występu. W Szwecji zagrałem w ośmiu meczach, z których przynajmniej pięć oceniam naprawdę bardzo dobrze, a pozostałe przynajmniej przyzwoicie, bo słabych raczej nie miałem. Niestety, jak ktoś zerknie w tabelki, to zobaczy tylko jednego gola i wyrobi sobie zupełnie inne zdanie na mój temat.

Może po prostu masz słabą skuteczność?
Właśnie nie o to chodzi, bo mi przede wszystkim zawsze brakowało okazji. Nie mam problemu ze strzelaniem goli, tylko z dochodzeniem do tych sytuacji. Gdybym wiedział, że w każdym spotkaniu mam po dwie patelnie i nic nie strzelam, to nijak nie mógłbym się wybronić, ale moim problemem jest raczej to, że mimo dobrej gry brakuje tych okazji, które mógłbym zamieniać na gole.

No to może powinieneś zastanowić się nad zmianą pozycji?
Nie wiem, może rzeczywiście tak było dla mnie lepiej? W Rodzie większość meczów grałem na skrzydle, gdzie mieliśmy dziurę, bo nasz napastnik, Sanharib Malki walił gola za golem, skończył sezon z 25 trafieniami w 33 meczach i siłą rzeczy był na szpicy nie do ruszenia. Muszę przyznać, że na boku pomocy czułem się bardzo dobrze, choć szybkościowcem żadnym nie jestem, a lewa noga wprawdzie nie sprawia mi problemów, ale moim głównym atutem też nie jest. Grałem tam trochę z braku laku, ale po prostu cieszyłem się, że trener dawał mi szansę. Może moim problemem, o ile tak to w ogóle można nazwać, jest też to, że zawsze mocno skupiam się na zespole i jak widzę lepiej ustawionego kolegę, to zawsze szukam zagrania. Jest to pewnie duży plus dla drużyny, ale jak później spojrzę we własne statystyki, to jednak pozostaje niedosyt.

Mimo wszystko brakuje tej strzelonej bramki.
Jasne, że tak. Fajnie, zagrałem dobry mecz, ale gola znowu nie ma. Nieraz pojawiała mi się w głowie myśl, że lepiej byłoby zagrać słabo i generalnie być kompletnie niewidocznym, ale zejść do szatni z jakimś golem na koncie. Nawet farfoclem, nieważne. Jak nie ma tych bramek, to później jest jak po meczu z Helsingborgiem – myślę, że bardzo dobrym w moim wykonaniu. Zaliczyłem dwa podania poprzedzające asysty, czyli miałem spory wpływ na wynik, ale w statystykach tego nie wyczytasz. Cóż, chyba muszę bardziej skupić się na polu karnym i więcej tam węszyć zamiast uganiać się za piłką 30-40 metrów od bramki rywala. Temat-rzeka. Zobaczymy jak sytuacja rozwinie się w Podbeskidziu.

Wróćmy jeszcze na moment do Holandii. Roda była dla ciebie trudnym czasem? Miałeś 21-22 lata i w zdecydowanej większości przypadków grałeś właściwie tylko ogony.
Grałem śmieci, fakt. Chciałem bardzo grać, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że konkurencja była bardzo silna. Musiałem też nadrobić sporo zaległości taktycznych, bo trener często zwracał mi uwagę na poruszanie się po boisku. Czy był to trudny czas? Nie do końca. Przynajmniej nie w moim odczuciu. Miałem świadomość tego, że przyszedłem z I-ligowej Pogoni Szczecin, którą od Rody dzieliła ogromna przepaść. Byłem zadowolony z tego, że mogłem się rozwijać. Jak już posiedziałem tam dłużej, to oczywiście coraz bardziej chciałem grać, bo czułem, że byłem w formie i mógłbym dać coś zespołowi, ale napastnicy, zwłaszcza w pierwszym sezonie, byli po prostu nie do ruszenia. Malki walił jak z armaty, a doświadczony Mads Junker odszedł latem razem z trenerem do Mechelen. Łatwo mi na pewno nie było, ale dużo się przez ten czas nauczyłem i wolę w ten sposób na to patrzeć.

Miałeś syndrom polskiego piłkarza, który wyjechał zagranicę i nie był przygotowany fizycznie na poważne granie?
Nie. Kilka rzeczy musiałem nadrobić, ale bez przesady. Nie odstawałem aż tak bardzo od kolegów. Poza tym, mnie i Mateusza Prusa raczej wyganiali z siłowni po treningu, niż musieli do niej zaganiać.

Twój najlepszy okres w Holandii przypadł na przełom 2012 i 2013 roku, kiedy nagle wskoczyłeś do składu i w trzech meczach strzeliłeś trzy gole, a do tego dołożyłeś jeszcze asystę.
I później się posypało. Szczerze? Ciężko mi w jakikolwiek sposób to wytłumaczyć. Ani moje nagłe wejście do gry, ani tym bardziej powrót na rezerwę. Serio. Całą rundę przesiedziałem na ławce, bo mecz z VVV Venlo był rozgrywany awansem z rundy rewanżowej, ale jeszcze w starym roku. Nie mam sobie za ten okres nic do zarzucenia. Takie były po prostu decyzje trenera. Co mogłem zrobić?

Dziwnie to jednak wygląda. Runda na ławie, nagle skok, kilka bramek i znów powrót na rezerwę.
Wszystko szło ładnie i pięknie. Co ciekawe, usiadłem znów na ławce po strasznie ciężkim zremisowanym meczu z Ajaxem, chociaż rozmawiałem o nim z trenerem i mówił, że wszystko było dobrze. Z jakiego powodu mnie więc posadził? Nie wiem i chyba już nigdy się nie dowiem.

Nie było jakiegoś zapalnika?
No właśnie nie. Coś mu chyba we mnie nie pasowało i tyle. Posadził mnie po Ajaksie, gdzie mecz wyglądał praktycznie jak duży dziadek. Może z pięć razy miałem kontakt z piłką, a i tak momentalnie doskakiwało do mnie trzech rywali. Organizacja gry niebo i ziemia. Zespół z zupełnie innej ligi. Mieliśmy jakiś plan taktyczny na ten mecz, ale oni błyskawicznie przemeblowali ustawienie i było po sprawie. A u na stagnacja i wszyscy patrzą na ławkę: „co teraz?” Jak już połapaliśmy się o co chodzi i uporządkowaliśmy krycie, to nagle boczni obrońcy Ajaksu podeszli bardzo wysoko, defensywny pomocnik się lekko wycofał i zaczęli grać trójką z tyłu. A my w szoku i znów pogubieni na boisku Nie no, nie ma o czym gadać. Zagrywki z wyższej półki. Też trochę żałuję tego spotkania, bo centymetrów zabrakło mi do strzelenia gola. Gdyby bramkarz miał troszkę mniejsze rękawice, to może bym strzelił, a tak skończyło się jego efektowną paradą.

Z perspektywy czasu, patrząc przede wszystkim na ilość rozegranych minut, myślisz, że Holandia cię przerosła?
Myślę, że nie. Ani trochę.

Statystyki mówiąc co innego. Jak w takim razie traktujesz ten dwuletni pobyt w Rodzie?
Przede wszystkim nie żałuję, że wyjechałem. Mogę mieć tylko żal, że w tym drugim sezonie, gdy zacząłem wreszcie grać i strzelać, wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. Jak już byłem na boisku, to wyglądałem naprawdę dobrze, ewentualnie przyzwoicie. Nie wiem dlaczego tak to się skończyło.

Słychać żal w twoim głosie.
A co mam powiedzieć? Nie chcę być zawodnikiem, który narzeka na trenera, ale wyszło, jak wyszło. Od małego powtarzałem sobie, że zawsze muszę dawać z siebie maksimum, żeby później, gdyby coś się nie udało, nie mieć sobie nic do zarzucenia. I z takim nastawieniem pracowałem w Holandii. Nie potoczyło się to po mojej myśli, ale zrobiłem wszystko, żeby było dobrze. Nie muszę wyrzucać sobie, że mogłem gdzieś zostać dłużej po treningu, posiedzieć na siłowni, albo zrobić cokolwiek innego. Jasne, były takie momenty, że siedziałem na ławce naprawdę zdenerwowany, ale nie mogłem mieć do siebie o nic pretensji.

Mogłeś się zdenerwować oglądając z ławki strzelecką indolencję Krisztiana Nemetha.
Niebywałe. Gość miał dramatyczny sezon, strzelił chyba tylko dwie bramki w 20 meczach. Nawet kibice na niego gwizdali, bo marnował naprawdę świetne okazje. A ja? Siedziałem sobie na ławce. I najlepsze – wreszcie wchodzę, robię swoje, a później i tak nic z tego nie ma. Szczerze? Jak był ten ostatni w 2012 roku mecz z VVV, to myślałem tylko o tym, żeby pojechać wreszcie do domu na święta. Siedzieliśmy w przerwie w szatni i asystent trzy razy musiał mi powtarzać, żebym poszedł się rozgrzewać. Serio, nawet się na tym meczu nie skoncentrowałem. Siedziałem i w ogóle nie słuchałem tego, co się do mnie mówi. Było mi wszystko jedno. Chciałem tylko jechać do domu i wreszcie odpocząć psychicznie. Tymczasem trener mówi, że mam się grzać, bo będę wchodził. Musiałem się szybko pozbierać do kupy i zagrać, ale jeszcze wchodząc na boisko miałem w głowie tylko odbębnienie tych 45 minut i upragnione święta w domu. Co sobie innego miałem myśleć, skoro całą rundę przesiedziałem na ławie? Ł»e niby ten mecz coś zmieni? Bez jaj. A że wyszło bardzo dobrze? No trudno (śmiech).

I nową rundę zacząłeś w pierwszym składzie.
Byłem bliski odejścia, bo miałem zimą jakieś propozycje wypożyczenia, ale postanowiłem po tym golu, że zostanę i jeszcze pół roku powalczę. I początek był po prostu świetny, ale później wszystko zgasło i trzeba było się z tej Rody zwijać.

Tylko czemu do Szwecji? Trochę mało medialny kierunek.
Skąd się wziął pomysł? Nie było to na zasadzie: hmm, może pójdę sobie do Szwecji? Nie, pojawiła się opcja podpisania kontraktu z wicemistrzem kraju, więc z niej po prostu skorzystałem.

I poszedłeś do słabszej ligi.
Ale nie słabej. Nie uważam, żeby liga szwedzka była słaba. Ludzie nie wiedzą, jaka ona jest i ciężko im cokolwiek o niej powiedzieć. Sam muszę przyznać, że pojechałem tam totalnie w ciemno. Byłem bez pracy, a w Hacken mieli sporo kontuzji i z tego względu pojawiła się gdzieś tam możliwość podpisania umowy na trzy miesiące.

Pierwsze wrażenie?
Wow.

Poważnie?
Jak najbardziej. Organizacyjnie przerastali Rodę niesamowicie. Ośrodek treningowy z nowym budyneczkiem, siłownią, rowerkami, odnową biologiczną. Do tego trzy boiska trawiaste, jedno sztuczne i dwa posiłki serwowane zawodnikom nawet w dni wolne. Naprawdę niczego mi tam nie brakowało. Było po prostu wzorowo. Zero problemów, a weźmy pod uwagę, że nie był to przecież jakiś wielki klub, bo w Goeteborgu jest przede wszystkim IFK.

Ok, a jak poziom samej ligi?
Wiadomo, słabszy niż w Holandii, aczkolwiek moim zdaniem niezły. Nie mam jeszcze porównania do Ekstraklasy, ale wydaje mi się, że są to podobne ligi.

Dlaczego skończyło się więc tylko na ośmiu meczach? Nie chciałeś zostać?
Miałem umowę tylko na trzy miesiące i to nie było tak, że nie chciałem tam zostać. Chodzi raczej o to, że w ogóle nie było tematu przedłużenia mojego kontraktu. Miejsce w ataku było tylko jedno i przyszedłem tam przede wszystkim dlatego, że Moestafa El Kabir, który walczył o koronę króla strzelców, był po prostu kontuzjowany. Do tego pojawili się młodzi, na których klub bardzo chciał stawiać w nowych rozgrywkach, a w międzyczasie przyszedł jeszcze nowy zawodnik, więc dla mnie po prostu nie było tam już miejsca.

Dziwna była na Szwecja. Pojawiły się przecież wcześniej inne oferty, choćby słynne już testy w Pogoni.
Na pewno mocno rozdmuchane.

Było tam w końcu coś między tobą, a trenerem Wdowczykiem? On stwierdził, że nie wzięli cię tylko dlatego, że miałeś trzytygodniowe zaległości.
No tak, miałem rzeczywiście sporo do nadrobienia.

Dlaczego tak się zapuściłeś? Nie pracowałeś sam przez ten czas?
Pracowałem, ale widocznie niewystarczająco. Nie mogę powiedzieć, że leżałem w domu, bo tak nie było, ale jednak moja praca okazała się zbyt mała. Patrząc z perspektywy czasu myślę, że byłem wtedy jeszcze trochę rozżalony tą Holandią. Chyba po prostu dalej byłem zły na to, że tak się wszystko potoczyło. W Polsce była wtedy reforma ligi, rozgrywki zaczynały się wcześniej, a ja po prostu za długo czekałem na rozwój wydarzeń. Jak w końcu poszedłem do Pogoni, to oni byli już na pewnym etapie przygotowań, a ja miałem te wspomniane już spore zaległości. Cóż, pretensje mogę mieć tylko do siebie.

A pyskówka z trenerem była?
Nie, nie nazwałbym tego tak. Grzecznie wyraziłem swoje zdanie. Poza tym to był mecz, emocje… W ogóle, z tego co pamiętam, to nie było nawet wymiany zdań między mną, a trenerem Wdowczykiem, tylko krótka rozmowa z jego asystentem. Trener nawet do mnie nie krzyknął. Jasne, może moje zachowanie mu się nie spodobało i jeśli miał jakieś wątpliwości odnośnie mojej osoby, to sytuacja ta mogła w jakimś stopniu przeważyć na moją niekorzyść, ale nie uciekniemy od tego, że miałem po prostu spore zaległości, które były głównym powodem jego decyzji. Wbrew temu, co pisało się w mediach, grzecznie sobie podziękowaliśmy i życzyliśmy wzajemnie powodzenia. Nie było żadnego mega spięcia, o którym czytałem w mediach. Podaliśmy sobie ręce i tyle.

Skąd w takim razie historia o twojej sprzeczce z trenerem?
Właśnie nie wiem. To w ogóle była jakaś dziwna sytuacja, bo wszystko działo się w obrębie ludzi z klubu i żadnych osób postronnych na tym meczu nie było, a rano dostaję telefon, że jakaś afera jest, a trener Wdowczyk już odpowiedział na łamach prasy. Strasznie to było rozdmuchane i później ktoś mówił, że mam jakiś ciężki charakter. Bzdura. Nigdy nie było ze mną żadnych problemów. Jeśli ktoś jest dla mnie niemiły, to chyba oczywiste, że ja też nie będę do niego pałał miłością, ale sam z siebie nigdy nikogo nie atakowałem. Jestem spokojnym człowiekiem i jeśli ktoś ze mną postępuje fair, to ja też jestem wobec niego w porządku.

A po pierwszej dobrej rundzie w Pogoni uderzyła ci sodówka?
Chyba wiem do czego pijesz.

Tak stwierdził trener Mandrysz.
Tak, wiem, czytałem. Wiem, o co mu wtedy chodziło i wydaje mi się, że po prostu trener Mandrysz nie był do końca wtajemniczony w pewne sprawy, które rozgrywały się między mną, a klubem. Grałem w Pogoni na kontrakcie juniorskim i przy próbie jego przedłużenia chciano mnie – że tak delikatnie to ujmę – niezbyt miło potraktować. I ja się postawiłem, a trener Mandrysz powiedział na Weszło, że zmieniły się u mnie priorytety i stosunek do pieniędzy. Ł»e nagle wyżej zacząłem cenić sobie kasę niż rozegrane w lidze minuty. Ktoś postronny mógł to w ten sposób odebrać, natomiast ja uważam, że po prostu walczyłem o swoje. Niewielu wie, że całą drugą ligę i niemal cały rok w pierwszej grałem za 500 złotych miesięcznie. I o to nikt się nie pytał! Klub chciał przedłużyć kontrakt o następne trzy lata, oczywiście uwzględniając jakąś podwyżkę, jednak w porównaniu do innych zawodników z drużyny, było to tyle, co nic.

Walka z wiatrakami.
Wiadomo jak w Polsce traktuje się wychowanków, ale moim zdaniem jest to nie fair i po prostu chciałem znaleźć w tym wszystkim złoty środek. Punkt, w którym spotkalibyśmy się szczęśliwie z klubem i wszyscy bylibyśmy zadowoleni. Walczyłem o swoją sprawę, a jeśli trener, stojąc z boku, widział to w ten sposób, że nie chciałem przedłużyć umowy, bo żądałem nie wiadomo jakich warunków, to rzeczywiście mógł sprawę w ten sposób odebrać. Jak widać, było jednak zupełnie inaczej. Wszystko wynikało z tego, że w tamtym momencie zwyczajnie nie czułem się gorszy od zawodników, którzy finansowo stali w hierarchii zdecydowanie wyżej ode mnie, a że klub chciał mnie potraktować jak młodego chłopaka, który ma jeszcze ponoć czas na zarabianie pieniędzy, to wyszło tak, że zależy mi tylko na kasie.

Jak w ogóle radziłeś sobie zarabiając 500 złotych? Trochę mało, żeby utrzymać się w Szczecinie.
Widzisz, takiego pytania nikt mi wtedy nie zadawał. Nikogo to nie interesowało. Na swoje zapracowałem ciężką pracą i uważam, że powinienem być potraktowany w odpowiedni i sprawiedliwy sposób. Nic więcej. Miałem to szczęście, że cały czas mogłem mieszkać u rodziców i część poważniejszych wydatków po prostu mi odpadła. Gdyby nie oni, to naprawdę nie wiem, gdzie bym mieszkał. Chyba u znajomych bym przesiadywał. Wiadomo, że do tych 500 złotych dochodziły jakieś premie z meczów, ale nie były to oszałamiające sumy.

Dla klubu idealna sytuacja.
No dokładnie. Płacili za mnie grosze, a mieli jednak z tego sporo korzyści. Chyba mogę tak powiedzieć.

I rzeczywiście zaproponowana przez nich podwyżka była aż tak niepoważna, że nie mogłeś się na nią zgodzić?
Nie chcę powiedzieć, że była niepoważna, bo z perspektywy Polaka zarabiającego średnią krajową były to dobre pieniądze. Dla wielu pewnie bardzo dobre, ale patrząc z czysto piłkarskiego punktu widzenia, chciano potraktować mnie dużo gorzej niż zawodników, od których z pewnością nie byłem słabszy. W porównaniu do nich miałem dostać zdecydowanie mniej i chciałem tylko sprawiedliwości, bo zasłużyłem sobie na to na boisku.

Nie wyszedłeś na tym zamieszaniu najlepiej. Mimo wszystko jawił się obraz dzieciaka, który po kilku dobrych meczach chciał od razu dostać konkretną podwyżkę.
Przede wszystkim nigdy nie postawiłem pieniędzy ponad występy w Pogoni. Nigdy nie powiedziałem, że nie wyjdę na boisko, bo klub nie traktuje mnie poważnie przy negocjacjach nowej umowy. Nigdy nie odpuszczałem na treningach i zawsze dawałem z siebie wszystko – tego nikt nie może mi odmówić. Szkoda, że ludzie odbierali to inaczej. Szkoda, że trener Mandrysz inaczej to odebrał. Może nie znał wszystkich szczegółów? A może została mu ta sprawa inaczej nakreślona przez klub? Kto wie, wiadomo, jakie są zagrywki. Kończąc temat mogę bez wątpienia powiedzieć, że nawet przez moment nie było żadnej sodówki z mojej strony.

Zostawmy Pogoń. Odrzuciłbyś drugi raz zapytanie z Cracovii?
Wiedziałem (śmiech). Nie odwrócę się od tego. Jestem ze Szczecina, spędziłem w Pogoni niemal 10 lat, chodziłem na mecze, grałem… Nie mógłbym grać w Cracovii. Po prostu bym nie potrafił. Ani ja nie czułbym się tam dobrze, ani pewnie kibice z Krakowa nie odbieraliby mnie najlepiej. Nie przeszłoby to.

Ok, ale będąc bez klubu nie powinieneś odrzucać z góry samego zapytania potencjalnego pracodawcy. Moim zdaniem w ogóle piłkarz nie powinien nigdy deklarować, że do jakiegoś klubu nie pójdzie, bo to przede wszystkim jego zawód i tyle.
Dokładnie, pełna zgoda. Mój menedżer od razu do mnie zadzwonił i powiedział, że zachowałem się jak amator. Tylko co ja mam na to poradzić? Nie czułbym się tam komfortowo.

Czyli gdyby zadzwonili po raz drugi…
Nie. Nie ma takiej opcji. Wiem, że nie jest to super profesjonalne, ale trudno. Nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć. Wiadomo, jaka jest historia między Pogonią i Cracovią. Nie było, nie ma i nie będzie dla mnie tematu.

Z jakim nastawieniem przychodzisz do Bielska?
Chciałbym wywalczyć sobie miejsce w składzie, nastrzelać bramek, pokazać się z dobrej strony i utrzymać w lidze. Zaczynam niejako od nowa, więc naprawdę długa droga przede mną.

Ale pojechałeś banałem. Najpierw mówisz, że nie czułeś się gorszy w Holandii, a jak zaliczasz zjazd do polskiej ligi…
No dobra (śmiech). Nie ukrywam, że z założenia przyjechałem tu na pół roku i planuję szybko wrócić na Zachód. Mam nadzieję, że tak będzie. Jasne, bardzo chcę pomóc zespołowi, ale mam swoje cele na te sześć miesięcy i planuję je zrealizować. Ł»ycie nauczyło mnie jednak, że póki nie ma się czegoś na papierze, to tak naprawdę nie ma się nic. Zrobię teraz wszystko, żeby dostać w Europie drugą szansę.

Rozmawiał: SEBASTIAN KUŚPIK