Jak co wtorek… Nie, Stanowski w niedzielę!
Weszło

Jak co wtorek… Nie, Stanowski w niedzielę!

Nie będę czekał do wtorku, bo temat jest świeży i chce się nim zająć z zupełnie innej strony niż wszystkie pozostałe media. Korki od szampana gdzieniegdzie po przyklepaniu przejścia Roberta Lewandowskiego z Borussii do Bayernu wystrzeliły, natomiast ja chcę zwrócić uwagę na co innego – na to mianowicie, że obserwowaliśmy transfer niezwykle niepokojący, korupcjogenny i niewątpliwie przeprowadzony z pogwałceniem przepisów FIFA. Gdyby ta organizacja faktycznie dbała o to, by przestrzegano regulaminów, dzisiaj Bayern miałby duże problemy. I reprezentant Polski również.
W 2005 roku Chelsea Londyn została ukaraną grzywną 300 000 funtów, Jose Mourinho 200 000 funtów, a Ashley Cole 100 000 funtów. Wszystko dlatego, że doszło do spotkania w jednej z restauracji, w trakcie którego Portugalczyk namawiał zawodnika Arsenalu Londyn na przejście do swojego zespołu. Stanowiło to pogwałcenie przepisów transferowych, zgodnie z którymi nie można składać żadnych propozycji zawodnikowi, który ma z obecnym klubem kontrakt ważny dłużej niż przez najbliższe pół roku. To znaczy – można, ale za zgodą aktualnego pracodawcy. Takiej zgody Chelsea nie otrzymała.

Bardzo wątpię, by o zgodę wystąpił i ją otrzymał Bayern Monachium. Bardzo też wątpię, by Robert Lewandowski dopiero 1 stycznia otrzymał propozycję kontraktu od bawarskiego klubu. Ale to tak naprawdę nieistotne, bo na samych rozmowach i propozycjach się nie skończyło. Każdy doskonale zdaje sobie sprawę, że temat był grany od dawna, wiele osób twierdzi, że jeszcze przed słynnym meczem Borussia – Real przejście Lewandowskiego do Monachium zostało przesądzone i parafowane. Zgodnie z kolportowanymi plotkami – dość wiarygodnymi – już wtedy przedstawiciele „Lewego” podpisali dokumenty, dzięki którym Bayern trzymał ich w garści. Nie mówimy więc o spotkaniu w restauracji i towarzyskiej rozmowie, jak to było z Colem i Mourinho, ale o sfinalizowanym dealu.

Zapomnijmy, że chodzi o Lewandowskiego, czyli zawodnika wielu polskim kibicom bardzo bliskiego. Spójrzmy na ten temat zdecydowanie szerzej. Gigant, jakim niewątpliwie Bayern jest, w zespole najgroźniejszego rywala miał swojego zawodnika. Oczywiście wszyscy widzieliśmy, że „Lewy” grał w piłkę najlepiej jak potrafił i chwała mu za to, ale… różni są ludzie na świecie, piłkarze – na co dowodów zgromadzono całe teczki – to środowisko niezwykle podatne na korupcję. Czy o korupcję się nie ocieramy? Po tym transferze możemy teoretycznie wyobrazić, że Bayern ma w sejfie schowane umowy z piętnastoma najlepszymi zawodnikami konkurencji. Jeśli ktoś ma też wyobraźnię chociażby na poziomie dziesięciolatka, to przyzna, że takie umowy mogą pętać nogi. „Nie strzelaj, nie rób nam krzywdy, przecież czekamy tu na ciebie” – taki słowa mogą paść, ale też może się zdarzyć, że taka myśl zakiełkuje w mózgu samego zawodnika. Kluby nie mogą składać ofert piłkarzom z drużyn przeciwnych (a co dopiero podpisywać umów!) przede wszystkim dla zachowania uczciwości rozgrywek. Co tydzień Bayern (wstawcie tu Chelsea czy dowolny inny klub) mógłby wodzić na pokuszenie gwiazdę najbliższego przeciwnika, obiecywać podwojenie zarobków.

Dla lepszego uzmysłowienia, o czym mowa, przenieśmy na moment dyskusję na polski grunt. Legia Warszawa po cichu podpisuje tajne porozumienie z najlepszym zawodnikiem Lecha Poznań. Takie, z którego ten zawodnik nie może się wyplątać, ponieważ wiązałoby się to z gigantycznym odszkodowaniem. Nie może też zawodnik go ujawnić, ponieważ to z kolei byłoby oficjalnym przyznaniem się do złamania przepisów. W zespole „Kolejorza” przez rok występuje więc zawodnik, który już wie, że po roku ogłosi przejście do Legii, a najpóźniej po półtora roku się w niej znajdzie. Skoro można tak zrobić z jednym zawodnikiem – po cichu – to przecież można z dwoma. A skoro można z dwoma, to można i pięcioma. W teorii możemy dojść do momentu, w którym wszyscy zawodnicy Lecha Poznań mają podpisane kontrakty z Legią Warszawa. I teraz pytanie: czy to byłoby normalne? Jak czuliby się kibice „Kolejorza”, gdyby się o tym dowiedzieli?

Moim zdaniem ten temat przechodzi niezauważony, bo myślimy sercem, a nie rozumem. A mamy do czynienia tak naprawdę ze skandalem na szczycie europejskiego futbolu. Jeszcze raz podkreślę – chwała, że Lewandowski grał najlepiej jak potrafił, ale jest wielu piłkarzy, którzy w kretyński sposób chcieliby się przypodobać nowemu pracodawcy: poprzez niestrzelanie mu goli. W taki sposób, poprzez tajne porozumienia z zawodnikami drużyn przeciwnych, można zdestabilizować każde rozgrywki. Działania monachijskich działaczy uważam więc za obrzydliwe. Machają banknotami przed oczami mądrzejszych bądź głupszych piłkarzy, na poziomie „Fryzjera”.

Gdyby Lewandowski nie był związany tajnym porozumieniem z Bayernem, niemożliwym do zerwania, to dzisiaj obserwowalibyśmy licytację Bayernu, Chelsea, Realu, Manchesteru City i Paris Saint Germain, pewnie zarobki reprezentanta Polski zostałyby wywindowane jeszcze wyżej. Do takiej licytacji próbowałby doprowadzić menedżer, nawet gdyby od początku uznał, iż najlepszą opcją pozostaje Bayern. Po prostu grałby innymi nazwami, w celu podbicia stawki. Nic takiego nie miało miejsca, co oznacza, że albo menedżer nie umie liczyć pieniędzy (w to nie wierzę), albo pieniądze zostały policzone znacznie wcześniej. Oczywiście, Lewandowski i tak podpisał fantastyczny kontrakt, natomiast podejrzewam, że pod względem finansowym wcale nie taki, jaki mógłby. Niezwykle rzadko dochodzi do sytuacji, że zawodnik o takiej reputacji zmienia klub na zasadzie wolnego transferu – to otwiera wyjątkowe możliwości w negocjowaniu umowy indywidualnej. Ale pal licho – chciał, to ma. Bieda go nigdy nie dogoni (chyba). Niemniej można na całą sprawę spojrzeć i z tej perspektywy – że Bayern w sposób nielegalny wypracował sobie przewagę na rynku transferowym nad innymi europejskimi zespołami.

W piłce są przepisy mądrzejsze i głupsze, ale ten, że nie można mącić w głowie zawodnikowi, który ma ważny kontrakt z zespołem przeciwnika – to fundament. Udowodnienie takiego przewinienia powinno być karane tak samo jak udowodnione wręczenie łapówki. Gdyby ktoś udowodnił, że Lewandowski wiedział, iż zostanie piłkarzem Bayernu jeszcze przed finałem Ligi Mistrzów, w którym grał przeciwko Bayernowi (a udowodnienie dla jakiejś komórki śledczej – o ile FIFA by taką dysponowała – pewnie nie byłoby specjalnie trudne), to co wtedy? Nie wierzę, że Lewandowski wówczas celowo nie trafiał w bramkę, bo widzę, że jest człowiekiem zaprogramowanym na sukces. Jednak nie o każdego piłkarza dałbym sobie rękę uciąć. Za – dajmy na to – Eto’o już niekoniecznie.

* * *

Spotkałem się z teorią – autora nie zdradzę – że Bayern pograł sobie Lewandowskim w mistrzowski sposób. Prawdy nigdy nie poznamy, ale teoria mówi, że „Lewy” był przekonany, iż trafi do Monachium już w czerwcu zeszłego roku, natomiast działacze FCB przyjęli perfidny plan: po zawarciu układu z przedstawicielami Lewandowskiego, wykupili Goetze, z pełną świadomością, że wówczas Borussia drugiego zawodnika już nie sprzeda. Jednak i tak tego drugiego mieli usidlonego, zgodnie z porozumieniem nie będzie miał prawa przejść do żadnego innego klubu. Dlatego sobie spokojnie zaczekali i bez stresu wzięli go za darmo. A że rok później?

Piłkarzowi się spieszyło, im mniej.

* * *

Po jednej transferowej sadze, za chwilę zacznie się nowa: od kiedy Lewandowski w Bayernie? Pewnie już od wiosny, bo życia w Borussii przez pół roku nie miałby zbyt przyjemnego. Nawiązując do poprzedniego przykładu: wyobrażacie sobie, że w Lechu Poznań przez całą rundę gra zawodnik, który oficjalnie podpisał kontrakt z Legią? No niekoniecznie.

Dlatego zaraz będzie dyskusja: skoro już od wiosny, to za ile? Za pięć milionów euro? Za siedem? Więcej chyba nie, bo po co Bayern miałby wydawać większą sumę, skoro ligę już wygrał?

* * *

O ile wcześniej powoływałem się na bardzo logiczny przepis, zabraniający kontaktów z piłkarzami drużyn przeciwnych, o tyle teraz inne zasady przyjęte przez FIFA wyśmieję.

Polskie kluby, które wyszkoliły Lewandowskiego, nie dostałyby grosza z transferu na linii Borussia – Bayern, nawet gdyby zawodnik kosztował 40 milionów euro. Przepis mówiący o „solidarity contribution” ma zastosowanie tylko w przypadku transferów międzynarodowych, a Borussia i Bayern to niestety ten sam kraj. Tu pytanie: jakie niby znaczenie ma dla Znicza Pruszków, czy Lewandowski przejdzie z Borussii do Bayernu, czy do Manchesteru City? Dlaczego tylko w drugim wariancie miałby otrzymać pieniądze? A tak właśnie jest.

Gdyby Lewandowski kosztował 40 milionów euro, to w ramach „solidarity contribution” (o ile niczego nie pomyliłem) rozdzielone zostałyby następujące kwoty:

Varsovia – 100 000 euro
Delta – 100 000 euro
Legia – 200 000 euro
Znicz – 400 000 euro
Lech – 400 000 euro

Znicz dostałby więc zastrzyk w wysokości około 1,6 miliona złotych, gdyby Lewandowski wybrał Manchester City, a 0 złotych, gdyby wybrał – na zasadach transferu gotówkowego – Bayern. To bez sensu. Czysty idiotyzm.

Bez sensu jest też co innego – zawodnik wraz z menedżerami zdecydował się poprowadzić swój kontrakt z Borussią do końca, na skutek czego w ogóle nie ma żadnej sumy odstępnego. Regułą w takiej sytuacji jest, że suma odstępnego może nie w wysokości 40 milionów euro, ale na przykład 10 milionów euro, została przekazana przez Bayern na prywatne konta. I znowu: w przypadku takiej transakcji, w ogóle „solidarity contribution” nie istnieje, nawet gdyby zawodnik wyniósł się z Niemiec do Anglii. Gdzie tu logika? Skoro pieniądze i tak są w obrocie, to dlaczego akurat teraz kluby, które wyszkoliły Lewandowskiego, mają zostać na lodzie? Co prezesa Znicza obchodzi, gdzie pieniądze przeleje Bayern – czy do innego klubu, czy w ramach „kwoty za podpis” na prywatny rachunek bankowy? Tak czy siak pieniądze krążą po rynku. Znacznie logiczniejszym rozwiązaniem byłoby, gdyby Bayern miał obowiązek wykazać wszystkie koszty związane ze sprowadzeniem zawodnika – bez względu na to, kto zarobił – i gdyby na podstawie tej sumy wyliczano wynagrodzenie dla poprzednich klubów Lewandowskiego.

KRZYSZTOF STANOWSKI