Image and video hosting by TinyPic
„Miałem wybór: kupić jedzenie albo pojechać busem na trening. Dlatego biegałem…”
Weszło

„Miałem wybór: kupić jedzenie albo pojechać busem na trening. Dlatego biegałem…”

– W wieku 20 lat mogłem być trupem. Dwaj moi kuzyni siedzieli w domu i oglądali mecz – obaj zginęli, dach zawalił się prosto na nich. Miałem szczęście, że akurat nie było mnie w mieście, bo inaczej pewnie siedziałbym tam z nimi. Mamie też się udało, bo właśnie wracała z zakupów i niczego nie było w pobliżu. Nie lubię tego wspominać. Straciłem wielu przyjaciół. Czasem kiedy myślę o swojej przeszłości albo o dzieciństwie, to po prostu płaczę – tak swoją historię zaczyna Wilde-Donald Guerrier. Reprezentant Haiti, jednego z najbiedniejszych krajów świata, które w 2010 roku nawiedziło potężne trzęsienie ziemi. Od sierpnia piłkarzy Wisły, strzelec dwóch goli we wczorajszym meczu z Widzewem.

To nie będzie historia, jaką mogłoby opowiedzieć wielu piłkarzy. Niewiele o sukcesach i dużych pieniądzach, trochę więcej o ich braku i tych najbardziej przyziemnych problemach. Choć, paradoksalnie, to właśnie drobny sukces, ten czysto piłkarski, okazał się dla niego przełomem i szansą. Podejście do piłki ma dosyć naiwne– wszystko jest w stanie osiągnąć, żaden rywal nie jest dla niego zbyt mocny, nie ma przeszkody, której nie mógłby przeskoczyć, ani miejsca, do którego nie mógłby dotrzeć…

„WILD(E), CZYLI DZIKI”

„W czerwcu przed meczem z Hiszpanią nasz trener powiedział mi:

– Będziesz grał na Navasa. Uważaj, bo jest bardzo szybki.
– Ja też jestem szybki – odpowiedziałem.
– Tak, ale to jest świetny zawodnik.
– Ja też jestem dobry. On jest szybki i ja jestem szybki. Obaj mamy technikę. Mamy takie same szanse!”.

Zdarzyło się pewnie raz jedyny na milion, ale Navas faktycznie niczego w tym meczu nie zrobił. Za to Guerrier… Guerrier zdobył całkiem efektowną bramkę. Haiti przegrało z mistrzami świata, sensacyjnie, tylko jednym golem. Zadowolony Donald mógł wymienić się koszulką z Soldado. – Nigdy nie zagrałem w ważniejszym meczu. Zaraz po nim zacząłem dostawać oferty od swojego francuskiego agenta. Mówił mi o Vancouver Whitecaps i Vitorii Guimaraes, ale w końcu trafiłem do Wisły – opowiada Haitańczyk.

Wilde – Donald. Donald od francuskiego słowa „donné”, czyli darowany – darowany przez Boga. Wilde od angielskiego „wild” (bo od pierwszych dni był ponoć trochę… dziki), do którego jego rodzice dla niepoznaki postanowili dodać jedną samogłoskę na końcu. Z uśmiechem opowiada jak w dzieciństwie każdego dnia oszukiwał matkę, gdy nie pozwalała mu wychodzić na podwórko grać w piłkę.

– Kiedy wracałem ze szkoły, wyglądałem zza rogu i sprawdzałem czy siedzi przed domem. Jeśli tam była, okrążałem cały dom, wspinałem się na drzewo, wskakiwałem na murek i przez okno wchodziłem do środka. Raz spadłem z drzewa i rozbiłem głowę, do dzisiaj mam bliznę. Ale gdyby zobaczyła jak wracam do domu, nie pozwoliłaby mi wyjść na podwórko. Chciała żebym się uczył i został lekarzem, jak wujek. Poza tym bała się o moje zdrowie. Kiedyś rozpłakała się, bo zobaczyła, że zostałem kopnięty. Powiedziałem, żeby nigdy więcej nie przychodziła na moje mecze – opowiada. Czasem pomagał mu ojciec. Udawał, że prosi, by syn poszedł dla niego po coś do sklepu, dzięki czemu Donald wymykał się z domu i nie wracał przez długie godziny. Bura od matki czekała go dopiero wieczorem.

DWIE GODZINY BIEGIEM NA TRENING

Urodził się w Port-a-Piment, na samiutkim wybrzeżu Haiti.

– Jestem szybki i mam silne nogi, właśnie dlatego, że przez całe dzieciństwo grałem w piłkę na plaży – mówi. Przekonuje, że okolica jest piękna. Pokazuje zdjęcia z „Grotte Marie Jeanne”, największej jaskini na całym Haiti, kilkukilometrowych korytarzy ciągnących się pod ziemią, w miejscowości, z której pochodzi. W Polsce wszystko wydaje mu się jakieśâ€¦ inne. Nawet to, że kiedy w Krakowie jest 11:00, w jego kraju dopiero 4:00. Do tego jedzenie, pogoda, ludzie – wylicza. – Ale wiesz co mnie najbardziej zdziwiło? Ł»e kiedy przyleciałem do Polski, wszyscy traktowali mnie tak, jakby mnie znali od dawna. Znajomi ostrzegali, żebym tutaj nie jechał. Pytałem: „dlaczego?”, a oni na to: „bo jesteś czarny”.

Dzieciństwo podsumowuje jednym słowem: skomplikowane.

– Czasem, kiedy o nim myślę, zaczynam płakać, ale to pomaga mi skupić się na tym, gdzie jestem i co chcę osiągnąć. Moja rodzina nie jest bogata. Kiedy mieszkałem w Port-a-Piment, miałem wybór: kupić sobie coś do jedzenia albo pojechać na trening. Mój pierwszy klub był aż w stolicy, a to daleko. Gdybym zapłacił za bilet, prawdopodobnie musiałbym nie jeść przez cały dzień, dlatego na treningi… biegałem. Godzinę w jedną stronę, codziennie. Jeśli zaczynał się o 16., ja wychodziłem z domu o 13. Za każdy dostawałem 20 gourde (lokalna waluta – przyp. red.), czyli niecałego amerykańskiego dolara. Później już około 2,5 dolara za trening, ale dalej biegałem. Przynajmniej 45 minut do Petionville, skąd za 1$ mogłem wziąć taxi. Do domu wracałem tak samo. 45 minut biegiem i dolar na taxi.

CZTERDZIEŚCI DOLARÓW ZA TURNIEJ

Kiedy Donald miał 15 lat, na pierwsze zajęcia klubu Violette AC zaprowadził go brat. Znów musieli oszukać matkę, wymyślając inny powód wyjazdu do stolicy. Brat przekonywał, że Donald ma talent, że to dla niego szansa i perspektywa zarobienia pieniędzy. Choć kiedy przedstawił go trenerowi, którym był akurat Phillipe Vorbe (w 1974 roku grał przeciwko Polsce w pamiętnym 7:0 na mistrzostwach świata, na tym samym turnieju strzelił gola Włochom), ten aż się skrzywił i zapytał: – A czemu on taki chudy?

Chudy Donald był zawsze, od wczesnego dzieciństwa. Chudy i słaby. Twierdzi, że wielokrotnie zapadał na różne choroby, które zdaniem jego matki mogły zakończyć się śmiercią. Zresztą nawet miejscowi lekarze potwierdzali, że którejś może w końcu nie przeżyć. Wraz z wiekiem robił się jednak silniejszy. Na boisku nadrabiał techniką. – Próbowałem grać jak Denilson. W tym czasie był moim największym idolem – podkreśla. Trener Violette AC postanowił dać mu szansę, na co Donald już w pierwszym meczu przeciwko Aigle Noir AC odpowiedział golem. Szybko przyszły kolejne występy i wreszcie pierwsze powołanie do reprezentacji. Jeszcze w czasach, kiedy na treningi ruszał biegiem z domu matki.

Na Haiti, uznawanym za jedno z najbiedniejszych państw świata, gdzie według badań 70 procent ludzi żyje w ubóstwie, siłą rzeczy nie przelewa się także piłkarzom.

– Najlepiej mają ci, którzy kiedyś byli za granicą. Na przykład Alexandre Boucicaut grał w USA, w Chicago Fire. W kraju nie da się dobrze zarobić. Kiedy miałem 20 lat i byłem już w reprezentacji, wygraliśmy jakiś mały turniej. Zostałem najlepszym piłkarzem, strzelałem gole, ale zapłacili mi za to… 40 dolarów – opowiada, podkreślając powagę sytuacji soczystym polskim „kurwa”. – Na Haiti są też bogaci. Na przykład Wyclef Jean, ale tacy nie chcą pomagać. Albo mój wujek – Antoine Gattereau. Jest lekarzem, kiedyś studiował na Harvardzie, a potem w Lozannie – Guerrier dodaje. Gattereau mieszka w Kanadzie, wykłada na uniwersytecie w Montrealu, ale nie wspiera bliskich z Haiti. Donald nie chce o nim rozmawiać. Sugeruje tylko, że nie identyfikuje się ze swoją czarną, biedną częścią rodziny.

SZPITAL POLOWY NA STADIONIE I CRISTIANO DO PODUSZKI

W Port-au-Prince i okolicach ciągle można dostrzec skutki trzęsienia ziemi z 2010 roku. Nic dziwnego, skoro według oficjalnych rządowych danych zginęło w nim 316 tysięcy ludzi, a średnio co trzeci obywatel Haiti stracił przynajmniej część swojego dobytku. Nawet stadion narodowy w stolicy na kilka tygodni musiał zamienić się w szpital polowy, a później przejść gruntowną renowację. – Nasz dom akurat przetrwał w całości, bo jest solidny. Najstarszy w mieście, prawie stuletni, ale dobrze zbudowany. Jak to możliwe? Moi dziadkowie mieli pieniądze – wyjaśnia Guerrier.

Sam, kiedy poleci w grudniu odwiedzić matkę, zamierza zgłosić się do organizacji pomagającej ubogim i zafundować ubrania dla najbardziej potrzebujących dzieci. Grając w Polsce może sobie już na to pozwolić. Twierdzi, że dostaje masę próśb o pomoc, nawet za pośrednictwem Facebooka. Chciałby też założyć bar w Port-a-Piment, który mieliby prowadzić jego rodzice. Póki co pracuje tylko matka, i to za grosze. Lepiej radzi sobie narzeczona, wychowująca jego dziecko. – Jest tancerką znaną na całej wyspie. Uczy tańca w szkołach i jest bardzo dobra. Kiedy przyleci do Polski, poproszę w klubie, żeby razem z cheerleaderkami mogła wystąpić przed którymś meczem – Donald puentuje zupełnie poważnie.


Wisla – Widzew 3:0 przez _gosc_

Piłkarsko jest ciągle zagadką. Od momentu debiutu w Wiśle strzelił trzy gole w tym dwa wczoraj w meczu z Widzewem. Miewa przebłyski. Ale sam przyznaje, że ma problemy z taktyką, której na Haiti nikt go nie uczył. W przeszłości grywał jako napastnik, do Krakowa przyjechał jako lewy obrońca, tymczasem póki co najlepiej radzi sobie w pomocy. Im dalej od własnej bramki, tym mniejszym jest zagrożeniem dla swojej drużyny i tym więcej może wymyślić w ofensywie. Chwali Smudę. Podkreśla, że trenerzy w jego kraju nie zwracają uwagę na taką liczbę detali, na jaką zwraca się tutaj. Chciałby też częściej strzelać gole…

– Codziennie przed snem oglądam bramki Cristiano Ronaldo. Jest moim największym idolem. Sam grałem kiedyś z „siódemką” i nawet synowi dałem imię na cześć Ronaldo. Ciężko trenuję, żeby być coraz lepszym. Każdy dzień zaczynam od gimnastyki. Codziennie robię… dwa tysiące brzuszków. Pięć serii po czterysta – podkreśla. Zapytany, czy to normalne i co o takich obciążeniach sądzą trenerzy, odpowiada tylko: – Znam swój organizm i wiem, kiedy czuję się dobrze. Dawno przywykłem do wysiłku.

PAWEŁ MUZYKA

KOMENTARZE (0)

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY