Rozmowa z Przemkiem Rudzkim, autorem książki „Gracz”
Weszło

Rozmowa z Przemkiem Rudzkim, autorem książki „Gracz”

Trudno wyobrazić sobie bardziej odpowiedniego człowieka do zdarcia kurtyny z brudnego świata futbolu. Facet, który wpadł w to środowisko kuchennymi drzwiami, przez Londyn i list do Pawła Zarzecznego, przesiedział w tej grze kilka ładnych lat. Dostatecznie dużo, by móc tę całą grę zdemaskować. By opisać Gracza. Przemek Rudzki, autor książki o jakże wiele mówiącym tytule – „Gracz” – opowiada w rozmowie z nami wszystko to, czego zapewne nie chciał ujawnić. Spoilerów nie ma, ale uchylamy wraz z nim rąbka tajemnicy i rozmawiamy o jego dziele. Pierwszym, ale – jak dowiecie się z wywiadu – prawdopodobnie nie ostatnim. Polecamy. 


Dziwna sprawa, że dziennikarz sportowy potrafi napisać powieść.
(śmiech) Nie no, dlaczego tak sądzicie? Od zawsze miałem ambicję, żeby napisać książkę, a wiele osób mówiło mi, że to za wysoki koń, że bardzo szybko z niego spadnę. Ja całe swoje życie oparłem na udowadnianiu komuś czegoś. A przede wszystkim – chciałem udowodnić samemu sobie, że nie tylko chcę, ale i potrafię. To nie było tak – budzę się pewnego dnia i nagle wpadam na pomysł: napiszę powieść „Gracz”! Nie stanąłem przed jakąś tablicą, żeby rozrysować postaci. Nie. Sporo fragmentów znalazło się w książce, mimo że pisane były w różnych innych celach. Jakieś skrawki ponotowane, wiecie… To było pisane pod kątem czegoś innego, a ostatecznie przydało się jako pomoc do „Gracza”. Leżało, czekało, aż w końcu stwierdziłem: „O, ta scena zajebiście pasowałaby na prolog”.

Mówisz teraz o tej historii, od której zaczyna się książka. Trzeba przyznać, że od pierwszych stron akcja nabiera tempa…
Dokładnie. Mamy scenę, w której chłopak skacze, popełnia samobójstwo, a później wszyscy zastanawiają się: dlaczego? Czy to rzeczywiście było samobójstwo, czy może jednak ktoś mu pomógł? Przyjeżdża do Warszawy jego brat, po czym krok po kroku próbuje odtworzyć to, co się stało. Trochę grałem na chaos, po omacku – przyznaję.

Zanim udało ci się te wycinki poskładać w całość, nie miałeś momentów zwątpienia? Ł»e to bez sensu, że to – mówiąc kolokwialnie – nie trzyma się kupy?
Odleżało mi się to w głowie najpierw, a na efekt końcowy przełożyło się dopiero później. Było wiele poprawek. Kilka osób, którym dałem do poczytania, dzieliło się ze mną swoimi wrażeniami. Chyba nie da się napisać dobrej książki samemu od A do Z. Po prostu trzeba z nią wyjść do ludzi. Nie napisałem wcześniej dziesięciu super powieści, brakowało mi więc czasami tego poczucia, że jest OK.

Mówiłeś sporo o tych strzępach. Wrzucałeś je na Facebooku i – trzeba przyznać – ludzie się na nie rzucili. To chyba też było sporą motywacją – przynajmniej patrząc z naszej perspektywy.
Miałem tego tekstu z 50 tys. znaków, więc podzieliłem go na małe kawałki i co jakiś czas zacząłem wrzucać. Nikt nie wiedział, co to w ogóle jest. Na początku dwa komentarze. Później pięć, dziesięć, trzydzieści, aż wreszcie ludzie zaczęli pytać, sugerować, że woleliby przeczytać cały ciąg, a nie oderwane fragmenty. Wtedy pierwszy raz pomyślałem nad tym, by to wydać. Tyle że – wiadomo. Od samego pomysłu do realizacji jeszcze daleka droga.

Wspominałeś, że nie byłoby „Gracza”, gdyby nie przypadek.
Kiedy rok temu w sierpniu odszedłem z „Faktu”, i tak sobie siedząc w domu, zacząłem tłumaczyć Fergusona, poznałem chłopaka z wydawnictwa, który zapytał, czy nie piszę nic swojego. Odpowiedziałem, że coś tam mam. To był początek. Następnie dostałem telefon z większego wydawnictwa, co spowodowało, że już na starcie musiałem podjąć kluczową decyzję: czy wolę małe, rozwojowe wydawnictwo, gdzie obowiązują relacje kumplowskie, że tak powiem, czy większe, uznane na rynku. Koniec końców padło na to drugie. Chciałem uniknąć ryzyka, że na debiucie się zakończy.

Czyli całe te kwestie administracyjne – zaklepane. Co dalej?
Za wszelką cenę chciałem zabić chronologię i wpleść wiele różnych anegdot. Z tym, że z tymi anegdotami to jest niebezpiecznie, bo niby są niezbędne, lecz nie można na nich oprzeć takiej powieści. Wszystko musi mieć ręce i nogi, jeżeli ma się dobrze czytać. A właśnie samego odbioru przez czytelników ciekawy jestem najbardziej. Przypuszczam, że opinie będą skrajnie różne, skoro nie trafi ona wyłącznie do kibiców piłkarskich. I to jest, według mnie, główna siła tekstu, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Ważną, naprawdę istotną rolę odgrywa kobieta. Specjalnie dlatego rozbudowałem jej postać. A sama książka jest smutna, brutalna – bym powiedział. Momentami wręcz wulgarna. Coś innego, niż „Bolek i Lolek”.

No właśnie. Krzysiek Stanowski napisał na Weszło, że książka zasysa. My z kolei pisaliśmy, że jest przyjemna, co ty skontrowałeś określeniem – raczej przytłaczająca.
Na pewno znajdą się tacy, którzy powiedzą: ta książka jest zbyt brudna. Zresztą użyłem w tekście sformułowania, że Warszawie w omawianej historii znacznie bliżej do Smarzowskiego niż do tego, co oglądamy w serialach Łepkowskiej. Jest wiele syfu, ja też mam go sporo w głowie, więc znalazło to przełożenie na postaci, dzięki czemu trochę się oczyściłem. Poczułem ulgę. Efekt terapeutyczny, ale od razu zaznaczam, bo pewnie pojawią się takie sugestie: główny bohater to nie ja, jednak i on, i inne postaci mają jakieś tam moje cechy czy cechy ludzi z mojego otoczenia. Gdybym ich nimi nie obdzielił, zabrakłoby autentyczności. „O, ten jest fajnym gościem, zachowuje się w takich sytuacjach tak i tak” – bardziej na tej zasadzie.

Ludzie ludźmi, a historie?
Niektóre historie tak, ale nie sama fabuła, bo nie było takiej sytuacji, że reprezentant Polski nagle skacze z dachu.

Czyli poplątałeś różne historie, które poznałeś w trakcie swojej pracy, a z różnych względów nie mogłeś nigdy ich opisać. Postacie zostają obdzielone doświadczeniami ludzi z branży, tak?
Zgadza się. Są bariery, których nie powinno się przekraczać, więc pewnych anegdot jako dziennikarz nie mogłem opisać, a tutaj one rzeczywiście będą funkcjonować. Nie tylko ze świata piłki, rozumianej w kategoriach świata piłkarzy, ale też z życia dziennikarzy, ich relacji.

Image and video hosting by TinyPic

We wstępie zaznaczyłeś, że wszystkie podobieństwa do rzeczywistych zdarzeń i postaci są przypadkowe.
I tak w istocie jest. Po prostu łącząc te fragmenty przypominały mi się kolejne historie, które nadawały się, by użyć ich na zasadzie spoiwa. Ł»e ktoś, coś tam, kiedyś… To takie może nawet bardziej opowieści dziennikarzy przy piwie. Kapitalnie, że można na maksa w tym kierunku pojechać i się tym bawić.

A skąd pomysł na nazwiska poszczególnych postaci? Tworząc Tymoteusza Wrednego, jasno sprecyzowałeś jego charakter. Słyszymy, jak się nazywa i mamy odczucie, że to „pierwsze wrażenie” jest już za nami. Nie znamy gościa, ale od razu na starcie podajesz nam klucz – pod jakim względem mamy odbierać gościa i poprzez pryzmat czego oceniać jego zachowania. Zabieg trochę jak u Dostojewskiego (śmiech).
(długi śmiech) Jest taki fragment, gdy do Wrednego mówi jakaś postać: „Nie obraź się pan, ale paskudne masz nazwisko”. I… tak miało być. Początkowo był też spis postaci, który jednym się podobał. Systematyzował w pewien sposób te postaci, z pozoru nic nie wnosił do tekstu, lecz dużo mówił o człowieku. Dam przykład. Właściciel klubu Syrena Warszawa – lubi klepać kelnerki w tyłek. Wiadomo, z kim mamy do czynienia, nie? Ostatecznie z tego spisu postaci zrezygnowaliśmy. Do końca nie wiem, dlaczego, niewykluczone, że przy dodruku zostanie dodany.

Studenci, którzy dopiero poznają uroki stolicy będą mogli utożsamiać się z bohaterami?

Być może każdy będzie mógł znaleźć dla siebie jakąś postać. Taką, która tchnie w niego myśl: „Kurcze, to co się wokół mnie dzieje nie jest faktycznie takie dobre. A pokus może tylko przybywać”… Wiadomo, świat piłkarzy jest zwyczajnie gruby. Grupa zawodowa, która żyje jakby gdzie indziej, wydaje im się, że ich świat to cały świat i wszystko mają wokół w zasięgu ręki. Zaznaczam jednak – nie chciałbym, żeby po przeczytaniu tej książki zawodnicy uważali, że mam ich za jedną wielką bandę oszustów, dziwkarzy i Bóg wie, czego jeszcze. Nie, nie taki mam cel, nie taki jest temat.

Ale z tego co mówisz – tak to może wyglądać.
Tworząc powieść, musisz po prostu operować pewnymi skrajnościami, chociaż zaznaczam – nie można wszystkiego spłycać. Zacytuję: „Szatnia Powiśla to było bardzo złe miejsce, ale oczywiście znalazło się kilku normalnych chłopaków”. Ważne, żeby podkreślić, że ci normalni też istnieją, też są częścią tej mieszanki wybuchowej i całej historii. Wszystko jest wymieszane, co raczej doda pikanterii. Bo znajdziecie menedżerów, agentów, dziennikarzy, redaktorów naczelnych, konflikty pomiędzy nimi… Wydaje mi się, że „Gracz” będzie w pewien sposób przestrogą. Jeśli młody chłopak jedzie grać do Warszawy, nie powinien zaczynać od imprezy zamkniętej z prostytutkami w Konstancinie, a raczej od ciężkiego treningu. Janek Tkaczyk celowo jest naiwny, choć dojrzały. Nie chce iść ścieżką brata, pomimo wielu pokus, które ciężko ze sobą pogodzić. Owszem, może i fajnie czasem pójść na imprezy, nawet bardzo ostre, ale najpierw trzeba ze sobą coś zrobić, coś osiągnąć, coś ugrać. Tamci piłkarze są przeciętni, dość nieudolni, nastawieni niby na wszystko, ale nie na ciężką pracę. Wolą wegetować na wysokich pensjach, bo nie mają innego pomysłu na życie.

Wymyślenie czegoś takiego wydaje się znacznie trudniejsze niż tłumaczenie książki lub pisanie biografii.

Tumaczenie biografii, które samo w sobie jest trudne… staje się najłatwiejsze. Odtwórcza robota. Oczywiście trzeba włożyć w to kupę serca, posiedzieć ze słownikami, porównać idiomy czy mają sens, kiedy adoptujesz je na język piłkarski. Przetłumaczyłem biografię Fergusona, miałem dalsze propozycje, ale rezygnowałem. Nie chcę, żeby ktokolwiek pomyślał, że rezygnowałem w ten sposób z wielkiej kasy, bo wielkiej kasy na tym zwyczajnie nie ma. Nie zrzekłem się fortuny, tylko czegoś czasochłonnego. Lepiej kreować coś samemu. Szczególnie z moim podejściem, a jestem osobą z ADHD. Fajnie stworzyć własny świat, choć to bardzo wymagające. Biografia to historia gotowa, choć wiadomo – jak nie umiesz pisać – wszystko można spieprzyć. Gdyby na przykład życie Andrzeja Iwana miał opisać jakiś przeciętniak, nic by z tego nie wyrzeźbił.

Skoro masz takie ADHD, „Gracz” nie będzie pewnie twoją ostatnią powieścią. Choć w pewnym momencie zarzekałeś się, że nie masz już ochoty na następne książki.

To było dziwne, bo dziś uważam inaczej. To jak narkotyk, masz na koncie jeden tytuł, więc chciałbyś dorzucić drugi, trzeci, czwarty. Ja chciałem wejść w ten świat miękko, dlatego wybrałem temat, który jest mi bliski. Mam wrażenie, że „Gracz” może się sprzedać, bo mamy mało literatury futbolowej. Jej przeważająca większość to w kółko Guardiole, Barcelony, Dortmundy, Lewandowskie i tak dalej. Jeśli ktoś na jednej półce w księgarni znajdzie pośród nich moją książkę, przeczyta zajawkę, może zaryzykować i ją kupić, bo to coś nowego, zupełnie innego. Choć w przyszłości chciałbym odejść od piłkarskiej tematyki…

I czym konkretnie się zająć?

Rozmawiałem już wstępnie ze znajomymi, z którymi podzieliłem się swoimi pomysłami. Ba, nawet napisałem konspekt czegoś nowego. Czegoś, co może być naprawdę mega, ale za wcześnie na głośne mówienie o szczegółach. Przez głowę przeszła mi też koncepcja napisania sztuki. Wiecie, kiedy wydajecie coś dość przygnębiającego, smutnego, potrzebujesz pewnego oczyszczenia. Dlatego pojawiają się z biegiem czasu marzenia o sztuce. Moja partnerka, Kasia, jest w grupie teatralnej, z którą konsultowałem już swoją ideę. Stworzenie czegoś, gdzie śmiejesz się od pierwszej do ostatniej minuty. Miałoby to coś wspólnego z moimi przeżyciami w Anglii, wszystkimi dziwnymi pracami. Moi przyjaciele też mają wiele podobnych doświadczeń, więc trzeba byłoby to spisać. Ale wcześniej, na mojej drodze jest jeszcze biografia Eldo.

Powinieneś mieć z górki, zwłaszcza, że ma ją z tobą pisać druga osoba, Tomek Kwaśniak.

De facto to ja chciałbym napisać tę historię sam, ale Tomek pomoże mi w różnych kwestiach. Organizacja, wywiady na ostatnich stronach książki… Podjąłem się tego z dwóch powodów: po pierwsze Eldo to artysta, którego bardzo szanuję, od lat słucham jego kawałków i to swego rodzaju zaszczyt, że chciałby mi coś takiego powierzyć. A po drugie – to zwyczajnie ma prawo być interesujące. W Stanach biografie raperów odbijają się wielkim echem, u nas czegoś takiego jeszcze nie było. Eldo niby mógłby to napisać sam, ale chyba chciał, żeby ktoś przefiltrował jego opowieść przez swoją głowę. Fajnie, że padło na mnie.



Kliknij tutaj, aby przeczytać dłuższy wywiad z Przemkiem Rudzkim >>

KOMENTARZE (0)