Zmarł Andrzej Czyżniewski. Cześć jego pamięci.
Weszło

Zmarł Andrzej Czyżniewski. Cześć jego pamięci.

Odszedł Andrzej Czyżniewski. Fantastyczny człowiek. Chyba jedyny taki w historii polskiej piłki, który sprawował wszystkie możliwe funkcje: był dobrym bramkarzem (powoływanym do reprezentacji Polski), później znakomitym sędzią (wygrywał plebiscyty „Przeglądu Sportowego” i „Sportu” na najlepszego arbitra sezonu), cenionym przez piłkarzy trenerem oraz działaczem z wielkimi sukcesami w skautingu. Szczery, może nawet za szczery jak na to środowisko, z niewyparzoną momentami gębą, ale przy tym niezmiennie pogodny i otwarty wobec osób, które postrzegał jako uczciwe. „Pianka”, jak na niego mówiliśmy, od ulubionego napoju, był w polskim futbolu zjawiskiem.
Lubił sobie pogadać. Czasami dzwonił wieczorami i przez kilkadziesiąt minut natrząsał się z tego, co akurat się w naszej lidze zdarzyło. Powiedzieć, że znał to środowisko od podszewki – to nic nie powiedzieć. Jesienią mieliśmy zacząć pisać książkę, jedyną w swoim rodzaju. Bo któż inny mógłby opowiedzieć więcej? Nie będzie przesady: Andrzej Czyżniewski był wszędzie i wszystko widział. Próbki jego talentu do opowiadania mogliście usłyszeć w audycji „Przyszło, naszło, zeszło, Weszło”.

Miał swoje zasady, za które – oj, źle to teraz brzmi – był gotów umrzeć. Jako sędzia skonfliktował się z prezesem PZPN, „Magnatem” Marianem Dziurowiczem, przez co jego kariera zawisła na włosku. Jako działacz Arki Gdynia nie miał zamiaru uginać się przed żądaniami kibiców, którzy – jak często opowiadał w rozmowach telefonicznych – jego zdaniem walczyli przede wszystkim o prawa do czerpania zysków z działalności, z której zyski powinny trafiać bezpośrednio do klubu. Nigdy nie robił kroku w tył, a im bardziej ktoś chciał go nastraszyć, tym bardziej stawał się nieugięty. Jeden z tych ludzi, których złamać się nie da. Można ich wypędzić na bezrobocie, można im uprzykrzyć życie, ale złamać? Nie ma szans.

Dziwne, że ostatnio praca go nie szukała. Stwierdzam z pełną odpowiedzialnością, że był najlepszym specjalistą od skautingu, jaki kiedykolwiek pracował w polskim klubie. To on stworzył skauting Lecha, świetnie funkcjonujący do dzisiaj. To on dla „Kolejorza” wyczarował takich piłkarzy jak Stilić, Lewandowski, Djurdjević, Peszko, Rengifo, Murawski czy Bandrowski. Harował jak wół, pokonywał tysiące kilometrów, co w pewnym momencie odbiło się na psychice i wpędziło go w depresję, z której długo się leczył. Ale nie potrafił się zatrzymać, wyszukiwanie piłkarskich perełek było jego życiem. Czasami dzwonił po drobną pomoc – pytał o numer telefonu do jakiegoś piłkarza, np. takiego, który rok wcześniej z obserwowanym graczem przez jakiś czas dzielił szatnię, albo takiego, który miał okazję kilkukrotnie grać przeciwko potencjalnemu nabytkowi. Perfekcjonista i pracoholik. Pewnie pracowałby do dzisiaj, gdyby czasami gryzł się w język i gdyby durniom, jakich wokół wielu, nie mówił w twarz, że są durniami. Nie mógł się opanować…

Dopiero co zaczął realizację swojego nowego pomysłu – szkółki „Futbolaki”, w której chciał zajmować się najmłodszymi dziećmi, zanim jeszcze trafią na treningi do profesjonalnych klubów. Świetna idea, która niestety nie zostanie zrealizowana. Na kolejną funkcję w polskim futbolu dla „Czyżyka” niestety zabrakło czasu. Niestety dla polskiego futbolu.

Cześć jego pamięci.

stan

KOMENTARZE (0)