Jak co wtorek: Krzysztof Stanowski
Weszło

Jak co wtorek: Krzysztof Stanowski

Byłem chyba w siódmej klasie podstawówki, kiedy na przerwach w szkole podciągałem nogawkę od dresu tak wysoko jak się tylko dało, by popisać się przed kolegami… wielkim siniakiem. Noga codziennie zmieniała swój kolor, dążąc do intensywnego fioletu. Siniak zaczynał się gdzieś pod kolanem, a kończył powyżej biodra, przy czym środkowa część uda była tylko ciemną miazgą. To było coś. Takiego sinika nie miał nikt inny. Nie zapracowałem na niego uczciwie, w zasadzie w ogóle nie powinienem go mieć, dostałem taki niecodzienny prezent od pewnego zdziczałego policjanta. Niektórzy zazdrościli. Czułem się jak weteran wojenny przyciągający spojrzenia ze wszystkich stron.
Pamiętam, że Legia grała finał o Puchar Polski na swoim stadionie, przeciwko GKS-owi Katowice. Dość łatwo wygrała, wbiegnięcie kibiców na boisko przerodziło się w niewielką bijatykę z kibicami gości, niewielka bijatyka z kibicami gości z kolei przerodziła się w gigantyczną zadymę z policją. Taką, jakiej w Polsce nie widziałem już nigdy później. Po murawie jeździła armatka wodna, która zresztą została szybko unieruchomiona, bo ktoś pod koła podłożył kolce. Po polu karnym biegały policyjne konie, w powietrzu fruwały krzesełka. Z trybuny krytej można było obserwować to przedziwne przedstawienie przez godzinę albo i dłużej. A później – do domu. Siedziałem wraz z siostrą na przystanku przy Placu na Rozdrożu, czekając na autobus 503 w kierunku Ursynowa, oprócz nas może jeszcze dziesięć czy piętnaście osób w szalikach. Nagle podjechała furgonetka, z której wysypała się zgraja funkcjonariuszy. Lali wszystkich jak popadnie. Zanim uciekłem do przejścia podziemnego, zaliczyłem jedno soczyste uderzenie białą gumową pałką. Zdziwiłem się, że nie bolało i że zdążyłem odbiec, ale piekący ból nadszedł po kilku sekundach. Od tamtej pory widząc policjanta odczuwałem strach, zamiast bezpieczeństwa.

Nie jestem pewny, ale kojarzy mi się, że to był właśnie moment, kiedy wojewoda mazowiecki po raz pierwszy zamknął stadion Legii. I chyba właśnie wtedy dowiedziałem się, że istnieje ktoś taki jak wojewoda. No, jeszcze znałem popularne w tamtych czasach powiedzonko: co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie. Już wtedy, blisko 20 lat temu (jak ten czas leci!), zamknięcie stadionu spotkało się z szeroką dyskusją. Mówiono, że bez sensu, że co stadion winny, że trzeba wyłapać sprawców. I tak dalej, znamy to wszyscy bardzo dobrze. Ale to tylko czcze gadanie. Zapanowała moda na zamykanie obiektów, miała to być kara dla chuliganów. Sporo meczów odbywało się przy pustych trybunach.

Czasy się zmieniają.

Teraz wojewoda chce zamknąć część trybun nie dlatego, że pobito dwustu policjantów, w tym dwudziestu do nieprzytomności. Nie dlatego, że uszkodzono osiemnaście radiowozów i dwie armatki wodne. Nie dlatego, że naprawa zniszczeń będzie kosztować kilkaset tysięcy złotych. Nie dlatego, że szpitale pełne są rannych. Nic takiego się nie zdarzyło. Dziś wojewoda chce zamknąć trybunę, ponieważ istnieje ryzyko, że ktoś wniesie flagę, a to z kolei ryzyko, że ktoś pod tą flagą zmieni ciuchy, co z kolei może skutkować w trudnościach w identyfikacji delikwenta, jeśli dodatkowo zdecyduje się on odpalić racę, o ile w ogóle ją wcześniej wniesie. Sytuacja jest więc czysto hipotetyczna, natomiast kara wojewody już nie: on chciałby pozbawić kilku tysięcy ludzi możliwości udziału w imprezie masowej, za którą zapłacili grube pieniądze. To okradanie tysięcy ludzi z pieniędzy i z emocji, w imię zapobiegnięcia potencjalnemu, a nie rzeczywistemu wykroczeniu. I to błahemu, spowodowanemu przez jednostki! Jeśli wojewoda nie potrafi oszacować skutków swoich decyzji, nie potrafi przyłożyć właściwej miary do spraw, którymi się zajmuje – to niestety nie za bardzo na wojewodę się nadaje. Trzeba pamiętać, że to jest przede wszystkim urzędnik państwowy, którego psim obowiązkiem jest służyć ludziom. Jeśli chociaż godzinę z czasu, za jaki mu płacę, marnuje na podobne dyrdymały, to jestem taką niegospodarnością głęboko rozczarowany. Jako mieszkaniec Mazowsza, wolałbym, aby zamiast do zamknięcia „Ł»ylety” doprowadził do otwarcia lotniska w Modlinie. Tego oczekują od niego ludzie, wypłacający urzędasowi pensję.

Dwadzieścia lat temu zamykano stadiony po mrożących krew w żyłach scenach. Dzisiaj – bez powodu. To z jednej strony pokazuje, jak bardzo ucywilizowały się trybuny (nie dają już pretekstu), a z drugiej – jak władzę świerzbią ręce. Władza, która nie może raz na jakiś czas wymierzył ojcowskiego klapsa, jest niezaspokojona. Byle cieć siedzący za biurkiem chce popisać się swoimi możliwościami uprzykrzania życia innym, a co dopiero wojewoda. U nas prawdziwą władzę czujesz nie wtedy, gdy możesz zrobić coś dobrego, lecz wtedy, gdy jesteś wstanie w jednej chwili wkurwić maksymalną liczbę osób i pozostać bezkarnym. Dobry rządzący powinien być trochę jak dobry sędzia piłkarski – niewidoczny. U nas jednak niektórym trudno wyjąć gwizdek z ust i kartki z rąk… Nie wiem, może to kwestia niezaspokojenia w innych obszarach życia. Może chociaż tutaj chcąâ€¦ dominować?

* * *

Druga strona medalu: jak dla mnie trzeba mieć naprawdę coś nie teges z głową, żeby tyle energii życiowej poświęcać na (nie)odpalanie świecidełek. Co w tych racach jest aż tak pociągającego, by się o nie miesiącami, albo i latami kłócić? Nie przeczę, czasami wyglądają efektownie, ale gdyby ktoś mi dzisiaj powiedział: „już nigdy w życiu nie zobaczysz zapalonej racy”, to bym wzruszył ramionami i poszedł się ponudzić.

* * *

Na Agnieszkę Radwańską mówią teraz „Agnieszka Smoleńska”. Okazało się, że dziewczyna nie może tak po prostu nie lubić dziennikarzy TVN-u i grać w tenisa. Dzisiaj każdy musi być za Tuskiem albo za Kaczyńskim, za zamachem albo przeciw, za TVN-em albo Telewizją Trwam. Nawet jeśli masz to wszystko centralnie w dupie, dziennikarski mainstream tego nie zaakceptuje. Musisz zostać zaszeregowany – albo do tych z lewej, albo do tych z prawej. To trochę jak z OFE (które lada moment przekształci się w kradzież o skali nieporównywalnej z Amber Gold): nie wybierzesz sam sobie funduszu emerytalnego, to ktoś wybierze za ciebie.

Nie wydaje mi się, by Agnieszka była jakoś nadzwyczajnie bystra, ale nie musi być. Podoba mi się w niej to, że jest świadoma swojej sportowej klasy, świadoma stanu własnego konta i chce w życiu grać po swojemu. Na korcie – defensywa. Ale poza kortem trudną ją zepchnąć do głębokiej obrony. Nie bawi się w długie przebijanki, tylko wali smeczem. Nie chce rozmawiać z TVN-em – to nie rozmawia. Nie chce iść do Wojewódzkiego albo chce, ale za dużą kasę – nie idzie. Czy ona do czegoś potrzebuje mediów? Potrzebuje Kuby? To media potrzebują jej. Wojewódzki, którego programy bardzo lubię (oj, będą gromy, teraz modnie jest go nienawidzić), zaatakował Radwańską, że w rzeczywistości chciała do niego przyjść, ale za sto tysięcy. Logiczne. Miała przyjść za darmo? Wojewódzki prowadzi program, dzięki któremu jeździ Ferrari. Program, w którym ważny jest prowadzący, ale mimo wszystko gość troszeczkę też. Dlaczego Radwańska miałaby harować na furę Kuby, sama z tego nic nie mając? Dlaczego ma poświęcać swój prywatny czas po to, by zarobił Wojewódzki i by zarobił TVN, bo przecież zyski z reklam przy tym programie liczone są w grubych dziesiątkach milionów? Całkowicie naturalne jest więc to, że Aga powinna spytać: – Przepraszam, a moja działka? Oczywiście o ile w ogóle miałaby ochotę na przystąpienie do interesu. Sto tysięcy – brzmi jak promocja. Wielu przychodzi na zasadzie barteru. Ty pokażesz moją płytę/książkę/film, ja będę rżeć do kamery. Ale Agnieszka barteru nie potrzebuje.

Powinna przyjść dla promowania się – mówią niektórzy. Promowała to się w finale Wimbledonu – odpowiadam ja. Teraz jest panią Radwańską, towarem luksusowym. Jak cię nie stać, gadaj z Arturem Szpilką albo Piotrem Ł»yłą.

Napisałem, że Aga nie wydaje mi się zbyt bystra. Bo chociaż stoję po jej stronie w drugim etapie konfliktu, to uważam, że w pierwszym zawiniła. Coś sobie uroiła. Na pewno nie trafia do mnie, że TVN zmanipulował jej wypowiedź po igrzyskach, by przedstawić dziewczynę w złym świetle. Ot, prawa telewizji, że do serwisu nie mieści się minutowa paplanina, potrzebne jest dobre sześć sekund. Radwańska wierzy w to, że ktoś celowo wyciął taki fragment, by ją skompromitować, a ja wierzę, że ktoś wyciął taki fragment, by z wypowiedzi zawodniczki wyciągnąć samo mięso.

Dziewczyna ma prawo nie rozumieć kulis pracy telewizji – i ma prawo z wybraną telewizją nie rozmawiać. Jej życie. Ani jej kariera nie wystrzeliła, gdy rozmawiać zaczęła, ani żaden koncern medialny nie upadł, gdy przestała. Ale wolę chociażby głupiutką dziewczynę niż niby inteligentnego dziennikarza, który w chamski sposób ładuje ją w sprawy smoleńskie i cieszy się, że błysnął nieszablonowym porównaniem. Rzygać mi się chce od tych wszystkich mądrych głów, które nie mogą zrozumieć prostej rzeczy: co jakiś czas zdarza się ktoś, kto na te mądre głowy szczy. Mdli mnie od tych zakochanych w sobie pajaców, którzy myślą, że cały świat kręci się wokół ich telewizji i ich poglądów. Są ludzie – chociaż trudno w to uwierzyć gwiazdom TVN – którzy telewizora nie mają w ogóle.

Z wielu powodów ten konflikt jest idiotyczny. Także dlatego, że TVN sobie poradzi i jak będzie chciał pokazać Radwańską to ją pokaże, zarówno mecz, jak i konferencję prasową. Na dużym turnieju sama Agnieszka nie będzie miała zresztą żadnego prawa, by wybierać sobie telewizje, które mają wstęp na konferencję. Wejdą te, które uzyskają akredytacje od organizatora – i nikt żadnej tenisistki o zdanie pytać nie będzie. Więc i zacietrzewienie Radwańskiej głupawe, i poruszenie wśród dziennikarzy niezbyt roztropne. Ponadto, co dodatkowo wariackie, Radwańska o fochu poinformowała w wywiadzie udzielonym Jarosławowi Kuźniarowi, czyli… dziennikarzowi TVN-u, gościnnie publikującemu we „Wprost”. Czyż to nie absurd? Ł»ali się Aga, jaka jest pokrzywdzona, zapowiada słodką zemstę, łzy wylewa, a chusteczkę podaje gość ze znienawidzonej telewizji.

* * *

Fragment tego wywiadu godny jest zacytowania. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że słynny Kuźniar nie rozumie pojęcia „dzień konia”.

Radwańska: – To jest sport. Czasami coś nie idzie, a czasami mam „dzień konia”.
Kuźniar: – I wtedy to po pani widać. Jest pani wkurzona, kłóci się z sędzią.
Radwańska: – Dzień konia to jest ten dobry dzień, gdy każda piłka siedzi w korcie.

Pan redaktor poznał kolejny zwrot. Jeszcze kilka i – jak przystało na celebrytę – napisze książkę.

KOMENTARZE (0)