Historia zwykłego 22-latka z Bródna, który zaczyna brylować na salonach…

Pracownicy Legii mówią, że to kwestia czasu, kiedy zostanie jej prezesem. Ł»e ma takie parcie na sukces i jest tak ambitny, że nikt go nie zatrzyma. Sam otwarcie nie chce tego przyznać, ale powoli wyrasta na prawą rękę prezesa Leśnodorskiego. Poznajcie człowieka o bardzo ciekawej historii, który wykonuje na Łazienkowskiej gros niewdzięcznej roboty, a o którym nikt do tej pory nie słyszał. Przynieś, podaj, pozamiataj w wersji deluxe. A raczej – zadzwoń, załatw, zorganizuj. Syn Polki i Kongijczyka. Po prostu Dominik Ebebenge.
Zdjęcia z kadrą Legii opisuje na Facebooku jako „my second family”, bo – jak sam twierdzi – bardzo wiele jej zawdzięcza. Gdy jego rówieśnicy roznoszą kurczaki w KFC, kończą studia lub właśnie rozpoczynają pracę w korporacji, on – hmm – jakby to powiedzieć… Działa na nieco innym poziomie. Na pytanie, jaką pełni funkcję – bo słyszałem o kilku – odpowiada: koordynator do spraw sportu. A zapytany o konkretne obowiązki, rozgaduje się na dobrą godzinę. – Tak naprawdę zajmuje się bardzo wieloma sprawami i jestem tak wdzięczny losowi, że tu trafiłem – zaznacz to, proszę, w tekście – że przy nawet najmniejszym działaniu staram się zachowywać, jakbym był właścicielem Legii. Jeśli chcemy być klubem na miarę europejską, liczy się każdy detal.

– Wiesz, co mnie w nim ujmuje? Ł»e jest niesamowicie ambitny, ale nie idzie do celu, rozpychając się łokciami. To osoba o bardziej europejskim niż „typowo polskim” usposobieniu, z którą przyjemnie rozmawia się i po wygranej, i po porażce, co nie jest tutaj regułą. Ma wszystko, by zajmować wysokie stanowisko nie tylko w Legii, ale w jakiejkolwiek korporacji – ocenia asystent Jana Urbana, Kibu Vicuna. – Niektóre jego wizje są nawet zbyt ambitne i momentami trzeba go delikatnie hamować, ale jeśli dalej będzie szedł w takim kierunku i wciąż będzie się uczył, to ma szansę stać się znaną osobą w polskiej piłce – dodaje Jacek Magiera. – A uczy się szybko, jak raz odebrał telefon w autokarze w Moskwie, to wystarczyło na niego wymownie spojrzeć, by go wyłączył, przeprosił i drugi raz nie popełnił tego samego błędu.

Ale pomówmy o konkretach – kim w skrócie jest dla Legii Dominik Ebebenge? – Wolnym elektronem – jak sam twierdzi. Zajmuje się logistyką wyjazdów, pracuje nad współpracą z innymi klubami, jeździ na losowania europejskich pucharów, załatwia bilety i mieszkania piłkarzom, pomaga dyrektorowi sportowemu, a w wolnym czasie – za zgodą klubu – robi wywiady dla klubowej telewizji z Johannem Cruyffem, spikeruje na Euro, oprowadza po Warszawie Seppa Blattera, by w międzyczasie wylecieć do Monachium z Rafałem Wolskim, gdzie dba o to, by piłkarz nie czuł się osamotniony.

– Od początku rzucono mnie na głęboką wodę. Jedną z pierwszych poważniejszych spraw, które miałem załatwić, był wyjazd na mecz z Gaziantepsporem. Mieliśmy sześć dni od losowania w Szwajcarii. Tylko sześć dni, bo czekał nas wylot na lotnisko pod granicą syryjską, gdzie żaden przewoźnik nie chciał lądować, a Turcy, na domiar złego, lubią improwizować, co nas – Polaków – denerwuje. Na szczęście wszystko wypaliło, ale przyznaję, że było nerwowo – opowiada. Na każdy kolejny pucharowy mecz wyjazdowy latał dwa dni wcześniej, by dopiąć wszystko – tj. sprawy lotniskowe, transportowe i hotelowe – na ostatni guzik.

Najbardziej emocjonujący wyjazd? Moskwa. – Od pierwszych chwil czuliśmy tam olbrzymią niechęć ze strony… prawie każdego. Wszyscy byli do nas wrogo nastawieni, dawali to odczuć na każdym kroku. Ozięble odpowiadali na najprostsze pytania, walczyli, by nasi kibice nie mieli prawa wjazdu do Rosji. Nawet zwykłą uefowską odprawę przedmeczową zorganizowali tak, byśmy poczuli się niekomfortowo. Rozmawiali z delegatem z Azerbejdżanu wyłącznie po rosyjsku, nikt z nas nic nie rozumiał, bo – umówmy się – ich zachowanie odbiegało od standardów UEFA. Na szczęście koniec końców Janek Gol utarł Spartakowi nosa i jak mieliśmy już wracać do Polski, poprosiliśmy pilota, by zaintonował pewną piosenkę. I wyobraź sobie – wszyscy siedzą w samolocie, pilot zaczyna swój komunikat: „Witam na pokładzie, lot potrwa tyle i tyle, i w imieniu całej załogi. Janek Gol, allez, allez!” – wspomina z nieskrywanym entuzjazmem i dodaje: – UEFA bardzo nas pochwaliła za tę Ligę Europy. Jeśli chodzi o organizację, nie mamy się czego wstydzić. Pod tym względem jesteśmy gotowi na Champions League.

Bardziej zorientowani kibice Legii mieli prawo go poznać w zeszłym tygodniu. Kiedy na oficjalnej stronie klubowej pojawił się news pt.: „Nasz człowiek w Chelsea”. Uwagę przykuwało zdjęcie młodego chłopaka z dwoma pracownikami klubu w klubowych dresach. Sam Ebebenge nie chce swojego pobytu na Stamford Bridge nazywać „stażem” („brzmi to śmiesznie”), woli raczej termin „wizyta”. Ale zacznijmy od początku… – Bo właśnie początek tego wyjazdu jest niecodzienny – przyznaje.

– Wyjechałem jako reprezentant Legii na konferencję „Leaders in football”, o której mówi się, że jest najbardziej prestiżową w świecie piłki. Takie wiesz, spotkanie networkingowe, gdzie poznajesz wielu ludzi. Wszyscy mieli zawieszone plakietki z logiem instytucji, którą reprezentują. I tak się kręciłem po wspólnej lunchowej części, gdy zauważyłem, że pod ścianą sam stoi pracownik z emblematem Chelsea. Chciałem dopić, co miałem i zagaiłem. Przedstawiłem kim jestem, z jakiego klubu, ale zaliczyłem małe faux pas, bo po chwili rozmowy zapytałem: – A pan, widzę, że pracuje w Chelsea, ale czym się pan konkretnie zajmuje?
– Michael Emenalo, dyrektor techniczny klubu.
– O cholera – myślę sobie. Facetowi zrobiło się głupio, mnie jeszcze głupiej. Rozumiesz, mam przed sobą byłego asystenta Ancelottiego, obecnego dyrektora Chelsea, a ja kompletnie nie skojarzyłem i wyskoczyłem z takim pytaniem. No, ale szybko przypadliśmy sobie do gustu, spodobała mu się moja historia i rzucił: „Jak chcesz, to przyjedź do nas na kilka dni”. Na początku myślałem, że to tak, wiesz, kurtuazyjnie. Ale ponowił propozycję, więc uznałem, że grzechem byłoby nie skorzystać – opowiada Ebebenge.

O samej wizycie na Stamford Bridge nie może wiele powiedzieć – zobowiązał się do niezdradzania szczegółów – ale wspomina, że nie był „jednym z wielu wizytatorów” i przez jakiś czas miał nawet okazję porozmawiać z Rafą Benitezem, a także wyjechać na mecz z drużyną U-20. – Chelsea przedstawiana jest jako klub nuworyszowski, może trochę tandetny ze względu na właściciela, który może kogokolwiek kupić i uderzyło mnie, że na każdym kroku chcą walczyć z tym stereotypem. Wszyscy byli bardzo otwarci i wbrew temu – co się myśli – centralnym punktem klubu na najbliższe lata ma być akademia. Wiadomo, że stać ich na prawie każdego, ale właśnie szkoleniu chcą poświęcać zdecydowanie największą uwagę. Podobnie jak Legia.

Kiedy zaczynałem pisać ten tekst, zdawałem sobie sprawę, że to w pewnym sensie laurka. Cukierkowy obrazek młodego chłopaka, który realizuje swoje marzenia i – w co jestem stanie uwierzyć – codziennie z uśmiechem jeździ z Ł»oliborza na Łazienkowską. Sam Ebebenge jednak już na początku naszej kilkugodzinnej rozmowy zaznaczył, że chciałby stać się dla ludzi inspiracją, tym bardziej że – jak często powtarza – nie miał w życiu łatwo. Dzieciństwo spędził na Bródnie, gdzie – mimo że, jak wszyscy, kibicował Legii – zdarzało mu się wysłuchiwać rasistowskich wyzwisk. – To go wzmocniło, bo kochał ten klub niezależnie od okoliczności – opowiada jeden z jego obecnych kolegów z pracy. W piłce też nie zrobił kariery i po dwóch-trzech latach treningów z „elką” na piersi, los zmusił go do zawieszenia butów na kołku. – Za szybko rosłem i kolana nie wytrzymały – wspomina. Gdy miał trzynaście lat, rodzinę opuścił ojciec, z którym do dziś nie ma kontaktu.

Tuż po maturze – jako osiemnastolatek jeszcze bez żadnego wykształcenia – rozpoczął nachalne „atakowanie” klubowej skrzynki mailowej z propozycją może nie współpracy, ale rozpoczęcia wolontariatu. Ku zaskoczeniu Ebebenge, klub odpisywał. Zorganizowano mu nawet spotkanie z ówczesnym dyrektorem sportowym, Mirosławem Trzeciakiem, na którym Dominik odbił się jednak od ściany. – Miałem głowę pełną pomysłów, choćby na temat skautingu i byłem przekonany, że skoro niczego nie oczekuję w zamian, to rozmowa będzie formalnością i dostanę szansę. Ale na koniec usłyszałem grzeczne „nie” – tłumaczy.

Jakiś czas później Trzeciak stracił robotę, a na maila Ebebenge nieoczekiwanie przyszła wiadomość z Legii o mniej więcej takiej treści: „chyba wiesz, jak wygląda sytuacja w klubie, nie? To może spróbuj jeszcze raz…”. No i spróbował. Zaczął od długiej rozmowy z Jackiem Magierą, by potem spędzić kilka godzin w towarzystwie prezesa Leszka Miklasa. – Powiedział, że mogę spędzić całe wakacje przed studiami w klubie – mówi Dominik. Na czym polegały jego obowiązki? – Pomagałem w wyprowadzaniu się do nowych biur i przenoszeniu tych wszystkich pudeł, ale przede wszystkim skupiałem się na poznawaniu ludzi. Znajomi ze studiów namawiali mnie, bym został z nimi tydzień dłużej, bo wiadomo, jak to wygląda po sesji, ale ja miałem w głowie tylko Legię – dodaje.

Chwilę później dostał pierwsze odpowiedzialne zadanie jeszcze w ramach wolontariatu – organizacji logistyki przyjazdu Arsenalu na mecz powitalny oraz tłumaczenie konferencji Arsene’a Wengera. – Byłem zafascynowany, bo ledwo skończyłem 19 lat, nigdy wcześniej nie pojawiłem się przed kamerą, a przyszło mi siedzieć przy stoliku obok trenera Arsenalu. Na koniec Wenger podał mi rękę i powiedział, że wszystko świetnie przetłumaczyłem. Tak, jakby cokolwiek rozumiał. Tylko te ręce mi trochę niespokojnie chodziły, jak potem zobaczyłem na youtube…

W tym czasie Ebebenge łączył jeszcze pracę ze studiami. W przeciwieństwie do swoich kolegów, którzy zbierali doświadczenia w Paryżu czy w Londynie, pół roku spędzał – formalnie na stażu – w Warszawie, a pół na University of Bath, gdzie studiował na kierunku „business/administration”. Ale nawet stamtąd zajmował się organizacją meczów i kontaktami z UEFA kosztem – jak sam twierdzi – opuszczania zajęć. – W końcu jednak udało mi się wszystko pozdawać, a dzień, w którym odłożyłem długopis na ostatnim egzaminie, był jednym z najszczęśliwszych w moim życiu.

I znów w odróżnieniu od swoich kolegów, zamiast opijać sukces, ruszył do Warszawy, odrzucając zarazem możliwość obracania grubymi kwotami w singapurskim lub dubajskim banku. – Pieniądze nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Już na studiach czułem się jakbym miał gorset, jak ptak w zamkniętej klatce, mając jednocześnie przeświadczenie, że piłka to coś, w czym się sprawdzę. Każda minuta w Legii to spełnienie moich marzeń i mam nadzieję, że takich jak ja będzie więcej. Polska piłka potrzebuje młodych, ambitnych ludzi…

TOMASZ ĆWIÄ„KAŁA


KOMENTARZE (0)

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY