Czuło się podejście: co ten gówniarz tu robi?
Weszło

Czuło się podejście: co ten gówniarz tu robi?

– Wiem, że w piłce nic nie osiągnąłem, że jeszcze nic nie wygrałem. Ale to, że w wieku 30 lat jestem w ekstraklasie, to mój handicap. Muszę to wykorzystać. Doświadczenie będzie procentować – za dziesięć lat, przy obecnym zapale, mogę być dobrym trenerem – mówi w rozmowie z Weszło Artur Skowronek, najmłodszy szkoleniowiec w ekstraklasie, z którym spotkaliśmy się jeszcze przed meczem z Widzewem. Czym nas zaskoczył? Tym, że na dzień dobry zaproponował, abyśmy przeszli na ty. W naszych realiach to nietypowa sytuacja. Z trenerem Pogoni Szczecin rozmawiamy m.in. o wywieraniu presji na arbitrach, zależności od Ediego, incydencie w Nowym Sączu czy spięciach z wiceprezesem Ruchu Radzionków.
Jak zostaje się trenerem klubu ekstraklasy w wieku 30 lat?
Szczęście mi w życiu dopisało, i trzeba to podkreślić. W Ruchu Radzionków kompletnie się nie układało, trener Górak postanowił pójść w swoją stronę, a wyciągnięto rękę do mnie, do wychowanka klubu. I jako wychowanek odwrócić się nie mogłem. Złapaliśmy się wspólnie z drużyną w trudnym momencie, zacisnęliśmy zęby i graliśmy dla siebie. Udało się wybić nie tylko trenerowi, ale i wielu piłkarzom. Pamiętam, jak pojechaliśmy na Pogoń, zagraliśmy otwarcie, przegraliśmy 1:5, ale pierwsza połowa była naprawdę dobra. Dobra na tyle, że musiałem utkwić w głowie prezesa.

Mówisz „szczęście”, ja powiem – los na loterii. Bo dotychczas było tak, że albo ktoś wcześnie skończył niezłą karierę i niemalże z boiska wskoczył do trenerki, albo był asystentem „kogoś znanego”. Jak kluby kogoś zatrudniają, to ciągle poruszają się wśród tych samych nazwisk, ewentualnie biorą tego, który był pod ręką, typu Kiereś czy Mroczkowski.
Miałem farta, to prawda. Jednak od zawsze wiązałem swoje życie z futbolem. Najpierw chciałem być piłkarzem, ale nie wyszło najlepiej i wcale się nie wstydzę, że w piłkę nie grałem. Ja ją kopałem – tak lepiej będzie się czytało… Potem chciałem już zostać trenerem. Działacze widzą, że mam charyzmę, że nie dam sobie wejść na głowę, że poradzę sobie z doświadczonymi zawodnikami i złapię z nimi kontakt. Jasno pokazywałem, który teren jest mój i chyba tak zdobyłem szacunek – pracą. Pracą, którą zauważyli piłkarze, zaufali i pomogli ciągnąć wózek w tę stronę, w którą ja chciałem… Ale masz rację, rozjechały się te moje drogi, bo ani nie byłem jakimś piłkarzem, ani zbyt długo nie asystowałem. Może faktycznie złapałem mały los?

Skorzystałeś na kryzysie w polskiej piłce? Skowronek będzie przecież znacznie tańszy od reszty.
Pogoń stać na trenera z nazwiskiem. Gdyby takiego chcieli, toby pewnie takiego zatrudnili. Bardzo jednak cenię prezesów, że odważyli się dać szansę tak niedoświadczonemu gościowi, jak ja. To, czego nie udało mi się osiągnąć jako piłkarz, chcę przelać na trenerkę. Już wcześniej wiedziałem, że wokół tego chcę ułożyć sobie życie.

Często traktowano cię z góry?
Pewnie, że tak. Dało się odczuć podejście „co ten gówniarz tutaj robi?”. Byłem lekceważony.

Reagowałeś?
Spokojnie, trzeba trzymać ciśnienie. Jak do tej pory. Ł»ycie dało mi szansę i trzeba było pokazać, że z tą szansą dam sobie radę. Póki co chociaż trochę mi to wychodzi.

Nakręcasz się już?
Nawet jeśli, to w przeciwną stronę. Wiem, że w tej piłce nic nie osiągnąłem, że jeszcze nic nie wygrałem. Ale to, że w wieku 30 lat jestem w ekstraklasie, to mój handicap. Muszę to wykorzystać. Doświadczenie będzie procentować – za dziesięć lat, przy obecnym zapale, mogę być dobrym trenerem.

Od kogo dotychczas się uczyłeś?
Przede wszystkim to miałem samodyscyplinę, żeby pchać się do przodu. Jednak najbardziej zainspirowali mnie Wleciałowski i Michalski, byłem wtedy w Ruchu na studenckich praktykach. Otwarci ludzie, pokazali mi wszystkie zakamarki. Potem przez trzy lata asystowałem Rafałowi Górakowi.

Chciał takiego młodego asystenta?
Górak to młody trener, przy pomocy prezesa Barana budował Ruch Radzionków, też spoglądał w dół. Dostrzegł moją pracę z młodzieżą i wciągnął do drugiej drużyny. Widząc, jak radzę sobie z seniorami – a do rezerw zrzucani wtedy byli Rocki czy Wiśniewski – wziął mnie do swojego sztabu. Przychodziłem do pierwszego zespołu i prowadziłem wiele zajęć, a szatnia mnie „badała”. Te Kompały, Wiśniewskie, Gierczaki. Ale chyba zobaczyli, że moja robota ma sens i uniknęliśmy dziwnych relacji.

Nie miałeś problemów w drugiej drużynie, żeby do nich dotrzeć?
Rezerwy to ciężka sprawa. Człowiek, który chce być w pierwszym zespole, odgrywać w nim ważną rolę, z różnych względów siedzi w rezerwach. Jemu nie jest łatwo to zaakceptować. Ale myślę, że się dogadywaliśmy.

W Radzionkowie, jak zajmowałeś miejsce Góraka, miałeś być rozwiązaniem tylko tymczasowym, bo chciano zatrudnić Dariusza Dźwigałę. Nie wiem, czy znasz te kulisy…
Znam i domyślam się, że chcieli nie tylko Dźwigałę. Lista była dłuższa, ale dobrze, że nikt nie pękł. Dobrze dla mnie, bo dostałem spokój w pracy. Dziś pewnie nie żałują.

Dostałeś spokój w pracy, tak?
No tak.

A ja słyszałem, że jedna osoba spokoju ci nie dawała… Marcin Wąsiak.
(zdziwienie) A co to za temat?

Dobrze wiesz.
Cóż, nie zawsze nam było po drodze.

Delikatnie mówiąc.
Wiem, że chcesz to odpowiednio nakreślić, żeby się dobrze czytało… Ale ja ludzi z Radzionkowa bardzo szanuję, bo mi zaufali, dzięki nim mogłem pokazać się szerzej. Z Marcinem, bo dziś mogę powiedzieć na ty, faktycznie, często było nam nie po drodze.

Dlaczego był takim twoim przeciwnikiem?
To pytanie do niego.

Daj spokój…
Powiedzmy, że za bardzo walczyłem o dobro szatni. W chwilach, kiedy w klubie nic nie funkcjonowało choćby półprofesjonalnie, zespół był na bocznym torze. Nie mogłem na to pozwolić. Dla chłopaków byłem przedłużeniem ramienia, walczyłem o wiele rzeczy, przez co niekiedy bywało ostro.

Byłeś łącznikiem, czyli najbardziej poszkodowanym.
Ale źle się z tym nie czułem. Walczyłem nie tylko za piłkarzy, ale i o dobro swoje, sztabu. Wszyscy byliśmy w takiej samej sytuacji. Było nam też nie po drodze w kwestiach sportowych, merytorycznych… Więcej ode mnie nie usłyszysz. Za duży mam do tych ludzi szacunek. Dzięki Ruchowi jestem dziś w Pogoni.

Wszyscy o tobie mówią – spokojny.
Taką cechą chcę się naznaczyć. Staram się, żeby na forum ciśnienie mi nie puszczało. W takich sytuacjach to nie ma prawa bytu. Ale czasem lepiej, jak to ciśnienie puści – niech zespół poczuje stawkę.

A jak to było na meczu z Sandecją w Nowym Sączu?
Do tego dążysz… No, puściło mi ciśnienie i to znów w chwili, kiedy walczyłem o zespół. Szliśmy do sektora naszych kibiców podziękować za doping i w międzyczasie w naszą stronę poleciały butelki. Przyklasnąłem im, w takim znaczeniu, że zachowali się beznadziejnie. To było niepotrzebne, a i tak mi się zaraz oberwało. Zresztą, słusznie.

Już na konferencji prasowej się zreflektowałeś.
Potrafię się przyznać do błędu, jeżeli go popełnię. Trenerowi nie przystoją takie sytuacje.

Jako piłkarz podobno pierwszy biegałeś z pretensjami do arbitrów.
Tak wypowiadali się o mnie byli koledzy z boiska i trenerzy. Dobrze, jeśli trener ma cechy przywódcze, ja byłem wtedy kapitanem, to bardzo pomaga. Najlepiej, jeśli szkoleniowiec ma wachlarz cech i wie, w którym momencie jakie pokazać oblicze.

Możemy obstawiać, że w tym sezonie wylądujesz na trybunach jak Piotr Stokowiec?
Nieee. Najistotniejszy jest trening i mecz, a pozostałe sprawy to kwestia działania innych ludzi.

Zauważyłeś, jak dużą rolę odgrywa wywieranie presji na arbitrach?
Oczywiście, że zauważyłem. W niektórych zespołach ta umiejętność wymuszania jest akcentowana na treningach. Rozumiem to, bo to element taktyki.

Próbowałeś?
Nie. My mamy zająć się sobą, a nie kierowaniem pracy sędziego. Moim zdaniem, to do niczego nie prowadzi.

Element taktyki, sam powiedziałeś.
Ja z tego elementu korzystał nie będę. Przy umiejętnym sterowaniu można odnieść w trakcie meczu korzyść, ale ja się tym nie zajmuję.

Z Wisłą wygraliście dzięki sędziemu Lyczmańskiemu, przez Borskiego przegraliście z Piastem.
Nie określę tak tego. W jednym i drugim przypadku zostały popełnione błędy, drużyny odniosły korzyść. Przede wszystkim w obu meczach były fragmenty, gdzie powinniśmy w inny sposób rozstrzygnąć wynik. Z Piastem powinniśmy zremisować, od Wisły – tak mi się przynajmniej wydaje – o tę jedną bramkę byliśmy lepsi.

Wiele włosów straciłeś podczas meczu z Lechem?
Włosy straciłem wcześniej (śmiech). Taki mój urok… Przed tamtym meczem byłem jednak dziwnie spokojny. Uważałem, że przed tym spotkaniem dobrze odrobiliśmy lekcje, że jesteśmy przygotowani. I było to widać w pierwszej połowie, niestety tylko wtedy, bo po przerwie Lech nas zepchnął do obrony. Nawet, jeśli graliśmy w dziesiątkę, nie powinno tak się stać. Sporo straciliśmy nerwów, ale dowieźliśmy do końca remis. Dla nas – wynik korzystny. W takich trudnościach budujemy charakter zespołu.

Jak Ślusarski nie trafił do pustej bramki, to…
To wiedziałem, że tego meczu już nie przegramy. Od razu pomyślałem – drugiej takiej okazji mieć nie będzie.

Nie za bardzo się ostatnio odkryłeś, przyznając publicznie, że wyłączenie z gry Ediego to wielki problem dla Pogoni?
Mamy tak inteligentnych w Polsce trenerów, że wszyscy to widzą. Korzystamy z „Prozony”, same statystyki pokazują, jak często pod grą jest Edi. Spokojnie, ja się nie wykładam. Teraz moim zadaniem jest wykorzystać fakt, że inni chcą „plastrować” Ediego.

Celowo opowiedziałeś o słabości Pogoni?
(śmiech)

Dziś Edi wygląda jakby miał eliksir na nieśmiertelność.
I to cieszy. Przede wszystkim świetnie wygląda fizycznie, może pociągnie jeszcze cały następny sezon.

Nie obawiasz się opierać całej drużyny na 40-latku?
Nie opieram Pogoni na Edim, choć… może to z boku tak wyglądać. Notuje wiele otwierających podań, wypracowuje sytuacje, ma sporą wartość w ofensywie, ale Pogoń to nie tylko Edi. Nie gramy jeden na jednego, tylko po jedenastu.

Radek Janukiewicz mówi, że Edi to pierwsza dziesiątka polskiej ligi.
Ma rację.

Póki co na minus szczeciński Łukasz Piszczek.
Mówimy o Frączczaku?

Tak go nazwał prezes Pogoni.
Prezes może wygłaszać różne opinie. Faktycznie, Adaś może świetnie pracować przy linii, jest szybki, może dać drużynie sporo w ofensywie, ale szwankuje gra w obronie. I nad tym pracujemy. Spokojnie więc z tymi porównaniami do Piszczka.

Odnoszę wrażenie, że Pogoń weszła do ekstraklasy, bez większych wzmocnień, zupełnie bezboleśnie.
Zespół nie poddał się presji, wytrzymał ciśnienie, a o awans łatwo nie było. Byli konsekwentni w swojej robocie i na ekstraklasę w pełni zasłużyli. Powiedziałem prezesowi, że skoro o tę ekstraklasę walczyli, to zasługują, by w niej zagrać. Stąd tylko te kosmetyczne zmiany. Wierzę, że ta drużyna wystarczy do spokojnego utrzymania.

Któryś z dotychczasowych rywali cię zaskoczył?
Byliśmy dobrze przygotowani na każdego z tych przeciwników. Zaskoczyła mnie tylko Jagiellonia, in minus. Byłem pewien, że w pierwszej połowie nie ustawią się tak nisko, że nie będą bronili się na własnej połowie. Do tej pory pokazywali fajną, ofensywną grę i mieli z przodu sporo do zaoferowania. Myślę, że dobrze przeanalizowali nasze mecze i odpowiednio nas przystopowali.

Pamiętasz swoje pierwsze wejście do szatni Pogoni, był stres?
Pamiętam, ale z wieloma chłopakami znałem się już wcześniej. Miałem pozytywną adrenalinę, a stresu jako trener nie miałem prawa mieć. Moim zadaniem było wejść do szatni i pokazać, że piłkarze mają przed sobą odważnego, zdecydowanego i pewnego siebie trenera. Myślę, że to mi się udało. A jakiegokolwiek stresu, nawet jeśli jest, to pokazywać zawodnikom nie wolno.

Kiedyś powiedziałeś: piłkarze wiedzą, że w szatni rządzi tylko trener.
Ł»eby zbudować kolektyw i stworzyć dobrą atmosferę, to z zawodnikami trzeba rozmawiać. Jednak to trener musi rządzić.

Jak to skonfrontujesz z tym, że zawodnicy Wisły grali przeciwko Michałowi Probierzowi?
Boli mnie to, że takie tematy musimy w ogóle podejmować. Kuriozalna sytuacja.

Nie obawiasz się, że starsi od ciebie piłkarze będą chcieli od środka zrobić rewolucję? W końcu to ty przyszedłeś do nich, nie oni do ciebie.
Dobrze powiedziane… W tym rola trenera, aby takich sytuacji uniknąć. Myślę, że zawodnicy w taki sposób tego nie odebrali, bo to profesjonaliści pełną gębą, poważni piłkarze. Wiedzą, że trzeba budować relację drużyna-trener i od nas samych zależy, jak ta relacja będzie wyglądać.

To by było na tyle ode mnie. Dzięki za rozmowę i życzę powodzenia.
Dzięki. A nie dziękują ci, co się boją. Ja się nie boję.

Rozmawiał PIOTR TOMASIK