Tenis stołowy jako dowód, do czego prowadzi zabawa z farbowaniem
Weszło

Tenis stołowy jako dowód, do czego prowadzi zabawa z farbowaniem

Najpierw list od czytelnika, Mariusza:

Abstrahując od świetnej bramki i asysty Neymara, rzucił mi się w oczy taki szczegół: to się nazywa sport XXI wieku. W czasie Igrzysk Olimpijskich, których ideały u zarania były tak wzniosłe i do tej pory mówi się wiele o tzw. duchu zmagań olimpijskich, uderzając w wielki dzwon, ma miejsce sytuacja dla mnie kuriozalna.

W spotkaniu Brazylia – Białoruś, pierwszą bramkę zdobywają zaskakująco Białorusini za sprawą Renana Bressana. Bressan jest … Brazylijczykiem, urodził się w Tubarao w stanie Santa Catarina. Dla reprezentacji Białorusi gra od tego roku i po zdobytej bramce całuje na koszulce herb Białorusi. Poważnie, zastanawiam się nad procesem myślowym (?) Bressana i jednocześnie gdzieś tam pojawia się to myślenie w kategoriach wzniosłej idei olimpijskiej oraz retoryczne pytanie, czy coś tu czasem nie
gra.

pozdrawiam w duchu olimpijskim,
M.
Piłka piłką, ale igrzyska momentami wyglądają groteskowo. Idea, by nie zwycięstwo się liczyło, ale udział jest oczywiście piękna, ale regularnie i z coraz większym natężeniem coraz bardziej szmacona. A to przez doping, a to przez nową chorobę sportu – naturalizowanie.

Rzecz chyba nie podlega dyskusji, że na przykład rozgrywki międzynarodowe w tenisie stołowym straciły jakikolwiek urok i że emocjonować to mogą się nim co najwyżej mieszkańcy dorzecza Jangcy, którzy dzięki telewizji mogą odnaleźć zapomnianych kumpli. Niestety, nie ma chyba sposobu, by przywrócić tej rywalizacji sens, bo każdy przypadek „chińskiego” tenisisty stołowego jest inny. Ten nasz nieszczęsny Wang Zengyi – ten, który przegrał z 50-letnim Chińczykiem z Hiszpanii, mimo że prowadził już 3:0 (zdawało nam się, że z 50-latkiem to można przegrać, ale w szachy) – przyjechał do Polski w wieku zaledwie osiemnastu lat, teraz ma 29, jeśli dostał obywatelstwo zgodnie z procedurami, a nie dzięki szybkiemu machaniu paletką to trudno odmawiać mu prawa do reprezentowania kraju.

Ale tu Wang Zengyi, w Hiszpanii kto inny, w Niemczech kto inny, w Holandii jeszcze kto inny, gdzieś w tle zawsze jakaś poruszająca serce i stanowiąca alibi historia. W efekcie jednak w tenisa stołowego grają niemal tylko Azjaci. W sobotą fantastycznie patrzyło się na walczącą zawzięcie Natalię Partykę, ale już w niedzielę trudno było zaangażować się emocjonalnie w jej chińsko-polską koleżankę. Lepiej przegrać z Natalią niż wygrać z Li Qian. W tenisie – tym prawdziwym – można trzymać kciuki za Agnieszkę Radwańską, ale gdyby z rakietami zaczęli biegać sami „skośni” to niestety z bólem serca należałoby się przerzucić na coś innego i bardziej sensownego. I nie ma to nic wspólnego z rasizmem, lecz ze zdrowym rozsądkiem, który widząc samych Chińczyków pod różnymi flagami wszczyna alarm.

Tenis stołowy umarł i powinien stanowić nauczkę dla innych dyscyplin. Jeśli ping-ponga nie da się uratować, a pewnie przez polityczną poprawność się nie da, to trudno – mała strata. Ale nie przyglądajmy się beztrosko, jeśli np. w kosza w polskiej kadrze będą grać Amerykanie, bo ping-pong pokazuje, jaki może być koniec podobnych zabaw. I to samo z piłką – jeśli futbol na poziomie międzynarodowym ma mieć sens to farbowanych lisów należy gonić kijami.