Chińczycy trzymają się mocno… Z roku na rok coraz mocniej
Weszło

Chińczycy trzymają się mocno… Z roku na rok coraz mocniej

Szanghaj – ponad dwudziestomilionowy miejski moloch, największy ośrodek gospodarczy Chin, trzeci co do wielkości port morski świata, ostatnia przystań w trenerskiej karierze Andrzeja Strejlaua. Były selekcjoner reprezentacji Polski wyprawił się do Państwa Środka w lutym 1997 roku, by nieść kaganek piłkarskiej oświaty – najpierw wygłosił serię wykładów dla miejscowych szkoleniowców, później został doradcą ówczesnego prezesa klubu Szanghaj Shenhua. Kilka miesięcy później został trenerem tej drużyny i pod jego opieką Kwiat Szanghaju (tak tłumaczy się słowo „Shenhua”) rozkwitł. Drużyna zdobyła wicemistrzostwo kraju, co podobno zaowocowało złożeniem polskiemu trenerowi propozycji prowadzenia reprezentacji Chin. Swoimi wrażeniami z pobytu w Szanghaju Strejlau podzielił się w wywiadzie dla „Piłki Nożnej”. – Piłkarze cały czas znajdują się w bazie treningowej pod moją kontrolą. Do domu udają się tylko raz w tygodniu i to też za moją specjalną zgodą. Pieniądze otrzymują na konta bankowe. Nie piją, nie palą. Załatwiłem swoim podopiecznym antenę satelitarną, aby mogli oglądać mecze piłkarskie drużyn z całego świata. Mają także stół do snookera, by w czasie wolnym nie musieli grać tylko w tenisa stołowego.
Minęło piętnaście lat i w piłkarskim Szanghaju zmieniło się prawie wszystko. Nazwę Shenhua – przyznajmy, wciąż egzotyczną – poznał cały piłkarski świat i musiał mocno się zdziwić, kiedy obserwował, co też wyprawia się pod tym szyldem. Kiedyś wydarzeniem był przyjazd do miasta Andrzeja Strejlaua, dziś podniety są znacznie większe – zjechali przecież Nicolas Anelka i Didier Drogba. Piłkarzy nikt nie trzyma pod kluczem, mają więc możliwość oddania się ciekawszym rozrywkom niż gra w ping-ponga. I nie zmieniło się chyba tylko jedno: pensje nadal są przelewane na konta bankowe. Nieporównywalnie większe niż kiedyś, ma się rozumieć.

Sprawca tej metamorfozy nazywa się Zhu Jun, ma 46 lat i spore ambicje. Majątek zbił na grach komputerowych. Jego spółka The9 w 2004 roku stała się wyłącznym dystrybutorem gry World of Warcraft na chińskim rynku. Popularność tytułu przyniosła Zhu pieniądze, rozgłos i prestiż – znalazł się na 57 miejscu na liście najbogatszych Chińczyków sporządzonej przez magazyn „Hurun Report”. To był szczyt, z którego Zhu zaczął szybko schodzić po wygaśnięciu praw swojej spółki do sprzedaży World of Warcraft. Inne gry – ma w swoim portfelu kilkanaście tytułów – nie przynoszą już takich przychodów. Mimo to wartość notowanej na Nasdaq The9 wycenia się na blisko 145 milionów dolarów.

W futbol Zhu zainwestował w 2007 roku. Pakiet kontrolny w Szanghaj Shenhua kosztował go 20 milionów dolarów. Wkrótce postanowił spacyfikować konkurencję i doprowadził do fuzji Shenhua z lokalnym rywalem – United. Nowy klub zachował nazwę Shenhua, ale większość kadry stanowili piłkarze grający do tej pory dla United. Protestowali kibice, ale Zhu ich zdanie miał gdzieś i zagroził przeniesieniem klubu z Szanghaju do oddalonego o 300 kilometrów Wuhu.

Zhu zyskiwał rozgłos również w inny sposób. Zdarzało się, że przemawiał do piłkarzy przed meczami, z czasem postanowił zostać jednym z nich. Latem 2007 roku zmusił urugwajskiego trenera Osvaldo Gimeneza, by wystawił go w sparingowym meczu z Liverpoolem. Zhu miał swoje pięć minut. Dosłownie – na boisku wytrzymał dokładnie przez taki czas. Wystarczyło, żeby zrobić z siebie pośmiewisko. Cały incydent został uznany za jedno z najbardziej żenujących wydarzeń w historii chińskiego futbolu. Zhu zupełnie nie przejął się takimi opiniami i kilka tygodni temu partnerował Anelce w ataku Shenhua. Przeciwko Argentina CN Sports zagrał 45 minut i – jeśli wierzyć doniesieniom mediów – spartolił okazję do zdobycia gola. Teraz szykuje się na grę razem z Drogbą. – Na pewno zagramy razem. Mogę grać z każdym – zapowiedział, a może raczej zagroził w jednym z wywiadów. – Myślę, że wielu ludzi jest po prostu zazdrosnych, że mogę grać z prawdziwymi piłkarzami.

Na prawdziwych piłkarzy Zhu wydaje wielkie pieniądze. Drogba opowiada, że do Chin wcale nie przyjechał dla pieniędzy, podnieca go wyzwanie, jakim jest gra w Azji. Wiadomo, że kopanie piłki tam piłki nie byłoby tak pociągające, gdyby nie wiązało się z 300 tysiącami dolarów tygodniówki. Być może w tym transferze jest także drugie dno. Po podpisaniu umowy z Shenhua Drogba powiedział, że chciałby pomóc poprawić relacje między Chinami i Afryką. Trudno zinterpretować te słowa. Faktem jest, że Chiny są bardzo aktywne na tym kontynencie, szacuje się, że zainwestowały na nim już blisko 13 miliardów dolarów. O wadze tych kontaktów gospodarczych świadczy też to, że Chiny w całości sfinansowały budowę nowej siedziby Unii Afrykańskiej.

Fortuna wydawana na kontrakty Anelki i Drogby nieco dziwi, bo Shenhua ma za sobą poważne kłopoty finansowe. W 2011 roku Zhu musiał wyprzedać czołowych zawodników, by ratować klubowy budżet. Rozeźliło to kibiców, którzy zaczęli domagać się jego odejścia. Przez pewien czas wydawało się, że to marzenie może się spełnić. Mówiło się, że Zhu chce wszystko rzucić w diabły – sprzedać udziały w klubie i odzyskać zainwestowane weń 100 milionów dolarów. Dziś stanowczo dementuje te plotki. Cały czas pojawiają się kolejne – choćby o tym, że nie szanuje swoich pracowników. Może coś o tym powiedzieć Jean Tigana, który przez cztery miesiące był trenerem Shenhua. Zhu już po pięciu meczach wyrzucił asystentów Francuza, by i jego skłonić do szybkiego odejścia.

Zhu nie przywiązuje się do trenerów. Przez pięć lat zatrudnił ich ośmiu, w tym Miroslava Blażevicia, który doprowadził Chorwację do trzeciego miejsca na mundialu w 1998 roku, i Drażena Beska, byłego szkoleniowca Zagłębia Lubin. Teraz Shenhua prowadzi Sergio Batista, były selekcjoner reprezentacji Argentyny. – Na świecie jest przecież tylu trenerów… Nie ma nic niezwykłego w tym, że zmieniamy dwóch trenerów w ciągu roku skoro nie mamy długoterminowej wizji. Działamy inaczej niż w Europie – wyjaśnia.

Na razie Zhu zadowala się sprowadzaniem gwiazd do Szanghaju, ale być może wkrótce znudzi się rywalizacją na chińskim podwórku i spróbuje zrobić trochę zamieszania w Europie. Bycie właścicielem klubu na Starym Kontynencie to jak wejście do innej ligi – większy prestiż, zainteresowanie i możliwości. Łatwiej byłoby również wyrazić przez futbol – jak lubi mawiać Zhu – chińskie myśli, cokolwiek to wypowiadane z emfazą zdanie znaczy. Kilka lat temu robił już podchody pod kupno Liverpoolu, ale jego oferta okazała się zbyt niska, by zaspokoić finansowe oczekiwania amerykańskich właścicieli „The Reds”.

Może na kupno europejskiego klubu skusi się ktoś inny. Według Forbesa chińskim paszportem legitymuje się aż 95 osób z majątkiem liczonym w miliardach dolarów, a wielką fortunę zgromadziło przecież także wielu innych przedsiębiorców. Choćby Xu Jiayin, który grube miliony zarobione na handlu nieruchomościami wydaje na Guangzhou Evergrande. W zeszłym roku głośnym echem odbiło się sprowadzenie do tego klubu Argentyńczyka Dario Conki, najlepszego w 2010 roku piłkarza brazylijskiej ekstraklasy, któremu zagwarantowano ponad 10 milionów euro rocznych zarobków. Na podobną pensję w Guangzhou może podobno liczyć Marcello Lippi. Włoski szkoleniowiec po podpisaniu umowy zarzekał się, że praca w Chinach jest – a jakże – ekscytującym wyzwaniem; zapewne poziom ekscytacji jest wprost proporcjonalny do wysokości kwoty, na jaką opiewa jego kontrakt. Na tym Xu nie poprzestał – zakontraktował już Lucasa Barriosa, pojawiają się też plotki, że jest gotów obsypać górą pieniędzy Kakę. Do innych chińskich klubów też przyjeżdżają doświadczeni gracze z Europy – Frederic Kanoute czy Seydou Keita. Kuszeni są następni.

Chińscy bonzowie zdają się podążać drogą wyznaczoną przez władze MLS i szejków z Zatoki Perskiej. Kuszący, pełen blichtru wydaje się zwłaszcza szlak wydeptany przez tych drugich. Szejkowie też zaczynali zabawę w futbol od kaperowania starzejących się gwiazd. U schyłku karier w Katarze grali m.in. Gabriel Batistuta, Josep Guardiola, Marcel Desailly i Steffen Effenberg. Szybko okazało się, że to za mało i rozrywkę można przenieść na zupełnie inny, ciekawszy poziom. Efekt znamy – szejkowie rozpoczęli podbój piłkarskiej Europy, wydając petrodolary na Manchester City, Paris Saint-Germain czy – w znacznie mniejszym stopniu – Malagę. Ten krok jeszcze przed chińskimi bogaczami, ale wydaje się, że to tylko kwestia czasu i niebawem będziemy mogli europejskie kluby opisywać dobrze znaną formułką – „made in China”.

Są jednak i okoliczności zbliżające model przyjęty w Państwie Środka do działań podejmowanych w USA – Chińczycy zaczynają również pracę u podstaw. Działający na rynku nieruchomości Wang Jianlin przekazał na szkolenie młodzieży, sędziów oraz zatrudnienie zagranicznego selekcjonera (obecnie – Jose Antonio Camacho) 77 milionów dolarów. Jak sam mówi – z miłości do piłki. Państwo walczy z korupcją w futbolu, zamieszani w nią zostali skazani na wieloletnie więzienie. Konieczność podniesienia poziomu chińskiej piłki podkreślił nawet Komitet Centralny Komunistycznej Partii Chin. Sukcesy na piłkarskim boisku stanowiłyby w końcu potwierdzenie chińskiej potęgi na kolejnym polu i dowód na to, że Chińczycy trzymają się naprawdę mocno.

BARTOSZ WLAŁ¹LAK

KOMENTARZE

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY