To on ujawnia informacje na temat korupcji
Weszło

To on ujawnia informacje na temat korupcji

Z nazwiska kojarzy go pewnie kilka procent kibiców. Na co dzień pracuje w portalu polskieradio.pl, a w wolnym czasie od czterech lat aktualizuje bloga pilkarskamafia.blogspot.com. W zeszłym tygodniu dotarł do zeznań Piotra Dziurowicza, które obciążają Michała Probierza, za co dostało mu się od kilku dziennikarzy. – Trochę mnie irytują te głosy, które podważają moją uczciwość. Pan Szczepłek z „Rzeczpospolitej” nawet nie zapytał Probierza, co na ten temat sądzi. Zajął się tym, że informacje zostały opublikowane w tym momencie, a nie tym, czy są prawdziwe – opowiada Dominik Panek w rozmowie z Weszło.
Jest pan osobą, która najwięcej zawdzięcza korupcji w polskiej piłce?
Myślę, że nie. Od czasu do czasu pojawiają się opinie, że zrobiłem karierę na korupcji w polskim futbolu, ale są one absurdalne. Jestem dziennikarzem od dwudziestu lat i wystarczająco dużo wcześniej osiągnąłem. Sportem interesowałem się od dawna, a przy okazji mojej pracy zająłem się śledztwem w sprawie korupcji. Najpierw poczułem, że warto to opisać, a później udokumentować w jednym miejscu, żeby ludzie mogli przeczytać wszystko ze szczegółami. W większości są to dokumenty typu: uzasadnienia sądu i każdy może sam wyrobić zdanie na ten temat. Od pewnego czasu nie pojawiają się na moim blogu żadne komentarze do tych spraw, żeby nie narzucać żadnej interpretacji. Czasem tylko dyskutuję z użytkownikami, choć mam wątpliwości, czy ma to sens, bo jestem w tej kwestii osobą publiczną i występuję z imienia i nazwiska, a inni korzystając z anonimowości próbują podważyć moją wiarygodność i zarzucają mi, że kibicuję któremuś klubowi. Nie ma sensu.

Patrzy pan na naszą piłkę z obrzydzeniem?
Byłem zwykłym kibicem, który chodził na mecze od siódmego roku życia, ale w życiu bym nie pomyślał, że korupcja rozwijała się na taką skalę. Dopiero po pierwszych głośnych meczach w latach 90. i jak zaczęło się śledztwo, uświadomiłem sobie, że coś może być nie tak. Czy czuję obrzydzenie? Nie chcę, żeby zabrzmiało to zbyt pompatycznie, ale czuję raczej misję, żeby w swoim prywatnym czasie informować ludzi o tym, że niektórzy zamieszani w korupcję nadal funkcjonują w naszej piłce. Kibice powinni wiedzieć, kto ustawiał mecze i sami wyciągać z tego wnioski. Na początku było na ten temat sporo informacji, wszystko było nagłaśniane przez media, a potem to zainteresowanie się zmniejszyło. Na co dzień większość zdarzeń pewnie by umykała.

No i druga sprawa – dziennikarzom często zarzuca się, że interesują się czymś tylko na początku, a później już tego nie śledzą. Na moim blogu można przeczytać o wszystkim. Łącznie z tym, kiedy i kogo uniewinniono.

Wspomniał pan, że zajmuje się tym w prywatnym czasie. Czyli nie czerpie pan już żadnych profitów z pisania o korupcji?
Tak, nie ma to nic wspólnego z moją pracą zawodową.

Zaskakujące. To przecież bardzo czasochłonna sprawa.
Po tym, jak wyprowadziłem się z Wrocławia, przestałem publikować szersze relacje z procesów. Nie mogę sobie pozwolić, żeby relacjonować wszystkie te rozprawy. Ale kiedy już bywam we Wrocławiu, staram się podejść do sądu, żeby przeczytać jakieś akta i mieć w zapasie coś, co można byłoby spisać na bloga. Ile czasu mi to zajmuje? Czasem dwie-trzy godziny, innym razem dwadzieścia minut. Jak są jakieś zatrzymania, staram się znaleźć czas, żeby wrzucić na bloga choćby kilka zdań.

Jak jest z dostępnością do materiałów, które pan przegląda? Publikuje pan fragmenty zeznań z 2005 roku.
Każdy dziennikarz może pojawić się w sądzie i złożyć wniosek o dostęp do akt.

Dużo panu jeszcze zostało do przekopania?
Nie jestem w stanie wszystkiego przekopać. W najbliższym czasie będę zajmował się zeznaniami Dziurowicza i oczywiście „bieżączkami”, czyli zarzutami, aktami oskarżenia, karami Wydziału Dyscypliny…

Ostatnio dotarł pan do zeznań obciążających Michała Probierza. Kilku dziennikarzy zarzuciło panu, że dziwnym trafem akurat teraz ta sprawa została wyciągnięta na światło dzienne.
Odpowiem pytaniem – a który moment byłby dobry? Wtedy kiedy obejmował jakiś klub? A może kiedy rozpoczynał sezon albo grał mecz pucharowy? Nie, nie ustalam sobie żadnych terminów, kiedy coś publikuję. Nie mam zielonego pojęcia, o czym będę pisał w najbliższych dniach. Spisuję te akta po kolei i pojawiają się na moim blogu artykuły też mniej ciekawe, które umieszczam z powodów czysto dokumentalistycznych. Do akt Piotra Dziurowicza dotarłem dwa tygodnie temu, a w tamtym tygodniu pojawił się fragment dotyczący Michała Probierza. Wcześniej pojawiały się też wpisy Dziurowicza o Hetmanie Zamość, Hutniku Kraków, Świcie Nowy Dwór Mazowiecki. Nie ma tu żadnej tajemnicy. Gdyby dziennikarz i zapytał, to bym mu to wszystko wytłumaczył. A zadzwonili tylko z „Gazety Krakowskiej”.

Taka krytyka była nieunikniona.
Zdaję sobie z tego sprawę, ale jeżeli poświęcam swój wolny czas i staram się być uczciwy w tym, co robię… Przecież pokazuję wszystkie strony. I wszyscy, którzy chcą u mnie opublikować swoje zdanie wiedzą, że mogą to zrobić. Tak przecież było z członkiem zarządu Unii Janikowo albo sędzią Marcinem Wróblem. Trochę mnie irytują te głosy, które podważają moją uczciwość. A pan Szczepłek z „Rzeczpospolitej” nawet nie zapytał Probierza, co na ten temat sądzi. Zajął się tym, że informacje zostały opublikowane w tym momencie, a nie tym, czy są prawdziwe.

Dziwna jest też reakcja samego Probierza, do pana zadzwonił i zapowiedział proces.
Dopóki nie dostanę żadnego pisma w tej sprawie, nie chciałbym się na ten temat wypowiadać. Człowiek, który do mnie zadzwonił, przedstawił się jako Michał Probierz, ale nie jestem dziennikarzem sportowym i nie potrafię rozpoznać Probierza po głosie. Jeżeli to nie był on? No właśnie… Dopóki nie ma dokumentu, to sprawy też nie ma.

Piotr Dziurowicz w słynnym wywiadzie z 2005 roku powiedział, że „zdarzają się piłkarze uczciwi, ale do czasu”. Uważa pan, że afera korupcyjna wyczyściła nasze środowisko piłkarskie czy przekręty dalej się zdarzają?
Dwa tygodnie pojawiła się informacja w lokalnej prasie, że mecze ustawiała piątoligowa Osiczanka Osice. Nasza piłka nie jest do końca czysta, nie da się jej wyczyścić do spodu. Korupcja jest w sporcie tak jak w innych dziedzinach życia. Pamiętamy spektakularne zatrzymania lekarzy za rządów PiS-u. Chyba w niczym to nie pomogło, więc nie liczyłbym, że pomoże też w piłce. Rozmawiałem jakiś czas temu z osobą, która orientuje się w śledztwie i słyszała ona, że mecze mogą być ustawiane, ale są to pojedyncze przypadki rozgrywane w bardzo wąskim gronie, w cztery oczy i za wysokie pieniądze. Są to przypadki, do których praktycznie nikt nie jest w stanie dotrzeć. Nie wiem, czy to prawda, ale czasem media zastanawiają się, czy jakiś mecz nie był ustawiony i czy prokuratura nie powinna się nim zająć.

Piłka międzynarodowa też co jakiś czas nam udowadnia, że nie da się całkiem wyczyścić korupcji. Idealne przykłady to mafia singapurska czy Włochy.
To męczy najbardziej mnie, kibiców, prokuratorów, policjantów… A u nas? W 2005 roku zatrzymano Dziurowicza, minęło siedem lat i najgorsze jest to, że tyle to trwa, a ludzie, którzy usłyszeli zarzuty kilka lat temu, nie zostali jeszcze skazani ani uniewinnieni. To idealnie pokazuje działanie polskiego prawa.

A jakie jest pana zdanie np. na temat Dariusza Wdowczyka? Tacy ludzie powinni dostawać drugą szansę?
Nie potrafię się wypowiedzieć na ten temat. Uważam, że ludzie podejrzani lub skazani za korupcję nie powinni grać w polskiej reprezentacji. Był jeden moment, kiedy wykorzystałem swoją wiedzę w określonej sytuacji – kiedy do kadry został powołany Łukasz Piszczek, zamieściłem informację, że ma zarzuty korupcyjne, bo osoba podejrzana o takie rzeczy nie powinna grać w biało-czerwonej koszulce. A jeśli rozmawiamy o Wdowczyku, to oczywiście – ma prawo powrotu do sportu, ale problem polega na tym, że został zdyskwalifikowany na siedem lat, a Trybunał Arbitrażowy skrócił mu karę o cztery lata z przyczyn dla mnie niezrozumiałych. Moim zdaniem Wdowczyk jeszcze nie poniósł konsekwencji tego, co robił.

A pan nie bał się jakichś negatywnych konsekwencji z racji tego, że zajmuje się korupcją?
Zdarzało się, że próbowano na mnie wymusić, żebym czegoś nie publikował, lecz nie były to groźby, nazwijmy to, fizyczne, tylko ostrzeżenia o konsekwencjach. Ale jakoś do tej pory nic się nie przytrafiło i żaden pozew nie trafił do sądu. Ludzie wiedzą, że informacje, które publikuję są w stu procentach wiarygodne i chyba nigdy nie przytrafiła mi się żadna wpadka.

Rozmawiał TOMASZ ĆWIÄ„KAŁA